wróć do spisu opowiadań


"Dziedzictwo krwi" autorstwa Amaterasu
"Dziedzictwo krwi"
Amaterasu
30 czerwca 2013


********************
Prolog
********************


Ludzkość jest taka nudna… Nigdy nie wie, co chce osiągnąć, postępując akurat w taki, a nie inny sposób. Kierowana jedynie instynktem pragnie przetrwać w pełnym niebezpieczeństw świecie. Szczególnie w naszym świecie, gdzie rzeczywistość nie jest tak barwna, jak może się z pozoru wydawać. Nazywani bezużytecznymi, zbędnymi śmieciami, narażając nieustannie swoje życie, próbowaliśmy znaleźć jakiś sposób, chociażby najmniejszą wskazówkę, która umożliwi ludzkości pokonać wrogów – tytanów. Z powodu licznych porażek i braku efektów naszych starań już nie raz wyśmiano nas na ulicy i uraczono niezbyt kulturalnymi epitetami. Niejednokrotnie słyszałam, jak wielu określało nas darmozjadami żerującymi na pracy uczciwych obywateli. Ale czy kiedyś ci obywatele stanęli oko w oko z tak przerażającą istotą, której sam widok wprawiał w osłupienie? Czy kiedykolwiek musieli ścisnąć w dłoni miecz, wiedząc, że jeśli nie spróbują zabić tytana, to on ukróci ich żywot? Czy mieli sposobność postawić na szali swoje własne istnienie, będąc świadomymi, że nigdy mogą już nie ujrzeć swoich bliskich – rodziny i przyjaciół?

Zapytana kiedyś o ideały, którymi kieruję się w życiu, odpowiedziałam krótko – chcę udowodnić ludzkości, że siedząc za murami i żyjąc w tej sztucznej rzeczywistości stworzonej przez rząd, nie uwolnią się od tytanów. Innymi słowy, starałam się tylko pokazać, że w tak naprawdę jesteśmy słabi. Słabi aż do bólu. I chociaż nie pamiętam dnia, kiedy bym nie wspomniała o tym moim towarzyszom, ci woleli pójść za głosem większości. W końcu, człowiek to taka mało asertywna istota, no, może nie licząc paru wyjątków. Pracując jako Zwiadowca, poznałam tylko jedną taką osobę.

Szeregowy Levi był, mogłabym śmiało rzec, ewenementem. Przeszedłszy błyskawicznie szkolenie, trafił do naszego oddziału okrzyknięty już na wstępie geniuszem. Przesadnie dbający o porządek chłopak z początku ignorował rozkazy swoich zwierzchników i postępował zgodnie z własnymi przekonaniami. Jego podejście do życia mi się podobało. Nie obchodziło go zdanie innych, zabijał tytanów z zimną krwią, przejmując się jedynie stanem swojego munduru i wyposażenia. Wyróżniał się. Szybko awansował na starszego szeregowego.

Nie rozmawialiśmy ze sobą dużo. Zresztą, żadne z nas nie przepadało za towarzystwem innych. Wiedliśmy żywot utalentowanych odludków, często budziliśmy przerażenie na polu bitwy i podczas akcji działaliśmy samodzielnie. Kompani woleli nam nie przeszkadzać, preferowali walkę w zwarciu. Może to z tego powodu często podejmowaliśmy się najbardziej niebezpiecznych zadań, z których wyjście bez szwanku było teoretycznie niemożliwe? I z reguły nie mieliśmy ani jednego draśnięcia.

Aż do tego dnia…

Nasz obóz został osaczony przez dosyć dużą grupę tytanów. Zapewne nigdy by się to nie stało, gdyby nie hałasujące nad strumieniem świeżaki, które nie potrafiły zachować się cicho przez piętnaście minut. Niepojęte, prawda? Miały przynieść tylko parę wiader wody zdatnej do picia, a zwabiły kilka monstrualnych stworzeń. Może i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że amunicji zostało niewiele – wcześniej przeprowadziliśmy atak na dosyć dużą grupę tytanów. Co prawda, udało nam się ich zlikwidować, ale nie wyszliśmy z walki bez szwanku. Ponieśliśmy niemałe straty w ludziach. I teraz niemalże bezbronni mieliśmy poświęcić kolejnych? Przez głupotę dzieci? Żałosne wręcz… Ludzkość jest naprawdę żałosna…

Dowódca zwołał zebranie. Jednogłośnie zdecydowano, że ktoś musi kupić pozostałym trochę czasu na ucieczkę. I pewnie ten ktoś nie wróci żywy za mury. Zginie, broniąc reszty towarzyszy. Wybrano mnie. Oficjalnym powodem były ponad przeciętne zdolności i możliwość zapewnienia bezpiecznego odwrotu, ale chyba głupiec by nie pojął, że to tylko przykrywka. W ten sposób Irvin pozbyłby się niewygodnego bagażu zakłócającego spokojne życie członków jednostki, uzasadniając, że moja śmierć nie poszła na marne. Dzięki niej reszta mogła wrócić do domu.

Nie miałam rodziny, przyjaciół. Nikt nie dochodziłby, czy zginęłam w słusznej sprawie, czy może tylko kompani pozbyli się irytującej osoby. Rząd nie przejąłby się pojedynczym pionkiem na szachownicy, którego utracił w grze o przetrwanie. Z mojej śmierci towarzysze broni cieszyliby się, a zresztą… dlaczego ja w ogóle o nich myślałam…? Może dlatego, że gdzieś tam w podświadomości wierzyłam, że kiedyś nadejdzie taki dzień, kiedy ludzkość nareszcie zacznie walczyć o swoje miejsce w świecie? Może kiedyś zrozumie, że za murami nie jest bezpieczna? Że daje sobą pomiatać jak jakimś śmieciem? Widocznie myliłam się.

Nie protestowałam. Jeszcze był w końcu ten fascynujący dzieciak, Levi. Skoro miał przeżyć, to mogę zginąć. Jeżeli miał pomóc zrozumieć ludziom, że wewnątrz murów życie nie będzie zawsze bezpieczne, że trzeba walczyć, to niech i tak się stanie. Pogodziłam się z własnym losem.

Z namiotu dowództwa wyszłam przed zakończeniem zebrania. Musiałam w końcu uzupełnić butle z gazem, sprawdzić sprzęt… Nie miałam zbyt wiele czasu do przybycia tytanów, a chciałam się trochę zabawić, nim skończę jako przystawka w brzuchu jednego z nich. W końcu, jeśli już mam umrzeć, to z klasą i jak na starszego kaprala przystało.

Zastanawiało mnie, dlaczego tak łatwo pogodziłam się ze śmiercią. Może to dlatego, że różniłam się od większości Zwiadowców, że wiedziałam, co mnie może spotkać, jeśli nie trafię w czuły punkt przeciwnika? Może to dlatego, że nie miałam do kogo wrócić? Nikt na mnie nie czekał z ciepłym obiadem, nie witał, kiedy wracałam po udanej misji. Nikomu na mnie nie zależało. Jednak żyłam, wierząc, że kiedyś spotkam kogoś, kto mnie zrozumie… Ale nie mnie widoczne było pisane szczęśliwe zakończenie. Nie osiągnęłam niczego. Mogłam się porównać do reszty moich towarzyszy. Wszyscy tak samo żałośni… beznadziejni… Różniłam się od nich tylko tym, że miałam świadomość własnych czynów. Niezbyt jeszcze rozumiałam, nawet u kresu życia, dlaczego obdarzono mnie takim darem. Zwykłego człowieka, który nie miał dla kogo ani za co walczyć… Zwykłego człowieka, który kierował się własnymi pobudkami… Zwykłego człowieka, któremu nie zależało na własnym życiu…

Zarzuciłam zielony płaszcz na ramiona, sprawdzając, czy na pewno wzięłam wszystko, co zapewni mi godną walkę z tytanami. Bo wyrównana przecież nie może być, prawda? Jak jedna kobieta mogłaby pokonać kilka monstrualnych stworzeń i jeszcze przeżyć? Zwycięstwo nie wchodziło w grę.

W pełnym uzbrojeniu wyszłam z namiotu. Włożyłam dłoń do kieszeni i wyczuwszy kartonowe pudełko oraz zapalniczkę, uśmiechnęłam się sama do siebie. Ile razy to już Irvin powtarzał, że na służbie nie powinnam palić? Nie pamiętam, z reguły zbywałam go gestem dłoni lub obiecywałam „poprawę”, chociaż to i tak kończyło się tylko na skonfiskowaniu fajek, ewentualnie bieganiu po placu treningowym. No dobrze, skoro i tak mam zginąć, to może raz się go posłucham i zrezygnuję z tej przyjemności.

Westchnęłam ciężko i ruszyłam w stronę przywiązanego do drzewa konia. Kiedy tylko się trochę do niego zbliżyłam, zarżał głośno. Wspominałam już, że zwierzęta raczej za mną nie przepadały? Ilekroć mnie zobaczyły, miały ochotę uciec jak najdalej. Zresztą, nie dziwię im się.

Uśmiechnęłam się lekko w stronę konia, przeczesując palcami jego brązową grzywę.

- Nie martw się, już dzisiaj będziesz wolny. O ile nie zrobisz za przystawkę dla tytana. A teraz pora wykonać ostatnią robotę w moim plugawym życiu. – Pospiesznie rozwiązałam linę i dosiadłam zwierzę. Pewnie opuszczając obóz, kompani poinformują mnie, gdzie znajdę przeciwników. W końcu to im mam zapewnić drogę ucieczki, a nie sobie.

Popędziłam konia do biegu i po kilku minutach dojechałam do bramy. Mijałam uwijających się przy składaniu namiotów i pakowaniu sprzętu żołnierzy. Nie zwracali na mnie uwagi, zresztą, kto by się przejmował mięsem armatnim, którego utrata miała zapewnić życie dla reszty zespołu?

Jeden ze strażników wskazał kierunek, gdzie widziano tytanów. Uśmiechnęłam się kpiąco w stronę rozmówcy i ruszyłam we wskazanym kierunku. Już po jakiś pięćdziesięciu metrach słyszałam odgłos kroków zbliżających się przeciwników. Przejechałam jeszcze kawałek i po chwili dostrzegłam ich…

…tytanów.

Było ich może z dziesięciu, trzech dziesięciometrowych po prawej, czterech piętnastometrowych z prawej, a pomiędzy nimi kroczyło trzech siedmiometrowych. Poruszali się w niewielkich odległościach od siebie, co mogło być niemałym problemem, ale teraz miałam inne priorytety. Zbliżyć się… pozostać niezauważoną… i zabić.

Jedyne, co lubiłam robić w życiu, to uśmiercać tytanów… widzieć ich padające na ziemię ciała po skutecznym ataku… czuć tę satysfakcję, że jest na świecie już jednego potwora mniej… że za to wszystko odpowiedzialność ponosi człowiek… i ta bezkarność… Nikt przecież nie ukarze za pozbawienie życia wroga ludzkości, prawda?

Uruchomiłam sprzęt do trójwymiarowego manewru. Jak zwykle działał bez zarzutu. Jedyne, co musiałam przyznać to to, że w lesie walczyło się o wiele wygodniej niż na otwartej przestrzeni. Można w końcu zaskoczyć przeciwnika.

Szybko wybrałam cel. Jeden z tytanów z lewej strony znalazł się nagle niebezpiecznie blisko mnie. Zaklęłam w myślach. Odmieniec… Bądź co bądź, liczyłam chociaż na to, że żaden z nich mi się nie trafi. Ale cóż, nadzieja matką głupich. Użyłam trochę więcej gazu niż wcześniej i wybiłam się w górę. Uniosłam miecz nad głową, a stal odbiła promienie świecącego w zenicie słońca. Zbliżywszy się do przeciwnika, wykonałam cięcie na jego karku. Czuły punkt…

Trysnęła krew, brudząc mój policzek. Wylądowałam na koronie pobliskiego drzewa. Starłam ciecz, karcąc się w myślach. Nawet raz nie potrafię wykonać czystego trafienia. Uśmiechnęłam się szeroko sama do siebie.

Jedyne, czego może mi brakować w życiu…

Jedyne, czego będę żałowała…

…to to, że nie zabiję już nigdy tytana!

Śmieszne, prawda? Człowiek, którego pasją jest niszczenie stworzeń, przed którymi pozostali drżą. Właśnie dlatego nasza rasa jest taka nudna! Taka beznadziejna! Nie potrafi się bawić! Cały czas uciekamy, licząc na ratunek. Ale ratunek nie przybędzie! Nigdy! Jesteśmy zdani tylko na siebie!

Kolejny tytan padł…

I jeszcze jeden…

I kolejny…

Zostało sześciu…

Oblizałam wargi. Szło prosto… zbyt prosto. Pomimo półgodzinnej walki miałam tylko lekko poturbowane ramię, ot, wynik nieprzemyślanego manewru. Na szczęście mogłam nim poruszać. Stojąc przed kolejnym tytanem, starłam z czoła pot. Chwyciłam mocniej broń i przebiegłam pomiędzy nogami stwora. Ponownie uwolniłam gaz, unosząc się na znaczną wysokość. Wykonałam przewrót w tył i już miałam rzucić ostrzem w kark przeciwnika, kiedy niespodziewanie pojawił się za mną kolejny tytan. Zaklęłam. Zerknęłam przez ramię i zauważyłam unoszącą się nade mną ogromną, przepoconą rękę. Nie zdążyłam uciec. Rzuciłam tylko ostrze w kark przeciwnika przede mną i jedyne, co poczułam, to tępy ból w plecach.

Trafił mnie…

Nie przewidziałam tego…

Wylądowałam na ziemi, krztusząc się własną krwią. Pokonałam tylko pięciu tytanów… I co? I to miał być koniec mojego życia? Zakpiłam z siebie, odwracając głowę w stronę przeciwnika. Z wielkim uśmiechem na twarzy wyciągał w moją stronę rękę. Chciał mnie pożreć. No cóż, miał pecha. Nie byłam ani trochę smaczna.

Wybuchłam śmiechem. Właściwie to nie wiem, co mnie tak rozbawiło. Może moja własna bezsilność? Albo naiwność? Myślałam, że mogę pokonać tytanów. Myślałam, że dam radę przetrwać, a później umrę godnie wykończona walką. Myślałam, że jestem inna od reszty kompanów, że mogę zrobić coś nierealnego. Jednak nawet teraz, kiedy czuję, że zaraz umrę, nie żałuję niczego. Może i nie dokonałam cudów. Może i zostanę zapomniana. Może i moja śmierć przyniesie ulgę.

Ale…

Ale…

Ale…

…cieszę się, że byłam świadoma konsekwencji moich czynów do samego końca…

Czułam, jak tytan mocno chwyta mnie w dwa palce i powoli podnosi do góry. Zanim jednak zdążył otworzyć usta, usłyszałam charakterystyczny dźwięk przecinania jego grubej skóry. Przeciwnik rozluźnił uścisk, moje bezwładne ciało wysunęło się spomiędzy palców potwora. Upadłabym na ziemię, gdyby ktoś mnie nie złapał.

- Zostawiać żołnierzy na pewną śmierć. To przecież żałosne – stwierdził mój wybawca, lądując na ziemi. Westchnęłam ciężko. Już miałam coś powiedzieć, odwróciwszy wzrok w jego stronę, kiedy to… ćpuńskie spojrzenie mnie zmroziło. – Ale widać, pani kapral nie posiada własnego rozumu i nie potrafi się sprzeciwić.

Przełknęłam głośno ślinę. Nigdy wcześniej nie ucinałam sobie krótkiej pogawędki ze starszym szeregowym Levim, ale słyszałam pogłoski, że dzieciak, nie dość, że zdolny i młody, to jeszcze wyszczekany. I widocznie to prawda.

- Pani kapral stara się żyć tak, by nie być częścią tej nudnej ludzkości, szeregowy – wycharczałam, krztusząc się krwią. Zabiwszy po drodze kolejnego przeciwnika, chłopak wylądował za jakiś głazem i tam, nawet nie pytając się o zgodę, zdjął swój płaszcz i szybko opatrzył moje większe rany.

- Radzę się nie ruszać – ostrzegł tylko, zanim znikł z mojego pola widzenia. Pewnie wrócił rozprawić się z pozostałymi tytanami.

I co miałam zrobić… Nie wrócę do obozu, przecież to wstyd, że uratował mnie niższy rangą. Zresztą, nie mogłam się ruszyć… Przeciwnik pogruchotał mi większość kości, zniszczył sprzęt do trójwymiarowego manewru i nadepnął na dumę. A nawet, gdybym dołączyła do oddziału, to zapewne wyśmiano by mnie. Nie poradziłam sobie z prostym zadaniem. Straciłam czujność. Godne pożałowania…

Levi wrócił po kilkunastu minutach. Nie było widać po nim, że walczył, może tylko świadczyła o tym posoka na jego policzku. Kucnął obok mnie i westchnął przeciągle.

- Co tutaj robisz, dzieciaku? – zapytałam cicho, z trudem łapiąc oddech. Chłopak obdarzył mnie chłodnym spojrzeniem, ale zarzucił sobie moje prawe ramię – a raczej to, co z niego zostało – na szyję i podniósł lekko.

- Nie ma czasu na wyjaśnienia – stwierdził, uruchamiając sprzęt do trójwymiarowego manewru. Nie wiem, co chciał tym osiągnąć. Przecież i tak wykrwawię się prędzej, czy później, więc po co w ogóle po mnie wracał?

- Szeregowy…

- Niech się wreszcie pani kapral zamknie. – Prawie podniósł na mnie głos. Widocznie zirytowałam go moim zachowaniem. – Jeśli myśli pani, że kiedy pani umrze, wszystko będzie w porządku, to się pani myli.

- Szeregowy…

- Zamknij się w końcu, kobieto! – krzyknął. Gdyby spojrzenia mogły zabijać to na pewno to, jakim obdarzył mnie Levi, znalazłoby się w czołówce. – Tak ci się spieszy na tamten świat, czy co?

Ten dzieciak… nie dość, że mnie uratował, to teraz próbuje mnie pouczać. Może gdybym była w lepszym stanie, to i wygłosiłabym mu długą reprymendę, ale będąc zdana na jego łaskę i niełaskę, wolałam siedzieć cicho. Po raz pierwszy ktokolwiek przejął się moim losem i nie zważając na niebezpieczeństwo, zaryzykował dla mnie życie. Levi… on był po prostu fascynujący…

- Z jakiej planety tyś się urwał, dzieciaku? – Zachichotałam pod nosem, zastanawiając się, co z nim nie tak. – Wiesz, nie żyjemy w świecie, gdzie miłosierdzie jest doceniane. Zresztą, ja go nie potrzebuję.

- Czy ja naprawdę będę musiał panią kapral zakneblować, żeby się łaskawie zamknęła?

- Nie, ale za to pani kapral byłaby wdzięczna, gdybyś przestał ją pouczać. – Starałam się zabrzmieć jak najbardziej groźnie i przekonująco. Widocznie udało mi się, ponieważ chłopak postanowił już więcej się nie odzywać. A przynajmniej nie próbował mnie przekonać, bym siedziała cicho.

Skoro Levi przestał marudzić, mogłam chociaż oszacować liczbę i rodzaj obrażeń. Lekko poruszyłam lewą dłonią, ale natychmiast tego pożałowałam. Syknęłam cicho. To na nic. Jeżeli obydwie moje ręce są w takim stanie, to chyba na wózek inwalidzki mnie wsadzą… A, i jeszcze nogi… Wolałam nie myśleć, co z nich zostało.

- Chyba byłoby lepiej, gdybym wtedy zginęła… I co będzie teraz dalej? Stałam się bezużytecznym żołnierzem… Musiał ratować mnie szeregowy… - mruknęłam pod nosem.

- Nie musiałem – zaprzeczył, zatrzymując się. – Po prostu chciałem. Niedaleko powinna się znajdować reszta oddziału…

- Czekaj. Zanim doprowadzimy większość oddziału do zawału, a wierz mi, że liczyli na moją śmierć, to dam ci małą radę… - Miałam złe przeczucia. Mogłam dać sobie rękę uciąć (a swoją drogą, chyba wszystko byłoby lepsze od tego cholernego bólu), że nie wrócę za mur Maria.

- Ale…

- Zamknij się chociaż raz i słuchaj uważnie, szeregowy. Nie będę się powtarzała. – Odkaszlnęłam głośno i spojrzałam na chłopaka. – Po pierwsze, nigdy nie krzycz na kobietę. Nie każda jest tak wyrozumiała jak ja. Po drugie… pilnuj własnej dupy, bo wiesz, różni zboczeńcy łażą po tym świecie. – Tutaj Levi już miał otworzyć usta, by zaprotestować, ale nie zdążył. – Dajże dokończyć listę przedśmiertnych rad! Po trzecie, pamiętaj, żeby nie palić. A jak już chcesz, to fajki są… w którejś z kieszeni mojego płaszcza. O ile gdzieś mi nie wypadły. A wiesz, szkoda by było, za drogie są… - Zamyśliłam się na chwilę. – Po czwarte… I tutaj nie żartuję. Ludzie to podłe, nudne i irytujące świnie dbające jedynie o własne interesy. Uważaj. Nigdy im nie ufaj.

- Co to ma znaczyć? – zapytał zdziwiony chłopak. Uśmiechnęłam się lekko w odpowiedzi.

- Kto wie? Moja przyjaciółka powiedziała mi kiedyś coś podobnego. – Gdybym mogła, wzruszyłabym ramionami. – No, może oprócz ostatniego. To stwierdziłam sama.

- Jest pani…

Levi nie dokończył. Usłyszeliśmy jakieś szmery w krzakach i po chwili zza drzewa wyszła grupka członków oddziału Zwiadowców. Źrenice większości rozszerzyły się gwałtownie. Nie wierzyli, że przeżyłam. Zresztą, ja także byłabym w szoku, gdyby człowiek, którego wysłano na pewną śmierć i którego darzę nienawiścią, nie zginąłby, a wrócił jedynie poturbowany, uratowany w dodatku przez szanowanego członka oddziału.

- Starszy kapral… - zaczął jeden z żołnierzy, obdarzając mnie spojrzeniem pełnym nienawiści.

- Nie tak łatwo mnie zabić, jak myślicie – odpowiedziałam chłodno. – Musicie się bardziej postarać. Funkcja nie bierze się znikąd.

- Jak mogłaś to przeżyć?! – wykrzyczał inny, wyciągając miecz. Ruszył do ataku, zupełnie nie zważając na konsekwencje swoich czynów. – Dlaczego, Levi?! Dlaczego ją uratowałeś?! Oboje jesteście wrogami ludzkości, gińcie!

To, co zrobiłam… Właściwie nawet nie potrafię wytłumaczyć, skąd wzięła się we mnie siła… Może to dlatego, że naprawdę polubiłam tego niepokornego dzieciaka? Ponoć w obliczu stresu i uczuć, chłodne kalkulacje szlag trafia…

Gwałtownie odtrąciłam od siebie starszego szeregowego, przyjmując cios. Czułam, jak zimna stal przeszywa najpierw żebra, płuca, cudem omijając serce. Zaskoczony i przerażony swoim postępowaniem napastnik odsunął się ode mnie. Sam nie wiedział, co robi.

Upadłam na kolana. Z kącika moich ust wypłynęła krew. Grzywka, wcześniej zaczesana na lewą stronę i podpięta spinką opadła na oczy. Uśmiechnęłam się kpiąco.

- Jesteście tchórzami… - wycharczałam. – Cholernymi tchórzami… mało tego, nawet nie potraficie celnie trafić… - Odkaszlnęłam w pół. Tak miałam skończyć? Zginąć z ręki niemogącego się opanować dzieciaka? To tak żałosne, że aż śmieszne…

- Kapralu…? – zapytał zszokowany Levi. – Żyje pani?

- Taa… jeszcze. – Siły zaczęły mnie opuszczać. Zrobiło mi się słabo. Osunęłam się za ziemię, lądując w kałuży własnej krwi.

- Biegnijcie po lekarza! – krzyknął któryś z osłupiałych żołnierzy, przyglądających się całej scenie. Jakaś blondynka zerwała się z miejsca i znikła w krzakach.

- To na nic… - stwierdziłam. – Szeregowy… - spojrzałam w stronę wybawiciela – chodź tutaj na chwilę… Nie powiedziałam ci najważniejszego…

Zdezorientowany chłopak kucnął obok mnie. Był zszokowany i niezbyt wiedział, co robić. Po raz kolejny uśmiechnęłam się.

- Jesteś naprawdę fascynujący, Levi… - szepnęłam.

Serce biło coraz wolniej.

- …dlatego proszę…

Wyciągnęłam zakrwawioną dłoń ku górze i dotknęłam jego bladego policzka.

- …nie zmarnuj swojego talentu…

Chłopak dotknął mojej dłoni.

- …i udowodnij temu plugawemu światu…

Z kącików moich oczu wypłynęły łzy. Dlaczego? Sama nie potrafiłam sobie odpowiedzieć.

- …że ludzkość…

Oddechy stawały się coraz płytsze.

- …nie jest tak nudna…

Ktoś wybiegł z krzaków.

- …jak sądziłam…

Ostatni raz spojrzałam w błękitne niebo. Chciałam je takie zapamiętać. Nieskalane żadną zbędną chmurą… Pytając siebie, jaki był cel mojej egzystencji, mojego istnienia, zamknęłam oczy. Słyszałam tylko krzyk przerażonego żołnierza. Serce stanęło… przestałam oddychać…

Umarłam.

Miałam tylko nadzieję, że wraz z moim odejściem, świat zacznie stawać się coraz lepszym. I do tych zmian przyczyni się jedyny człowiek, w którego uwierzyłam...

Zwał się Levi…

Mój szeregowy, Levi…

****************************************
Rozdział 1: "Terrorystka"
****************************************


Zastanawialiście się kiedyś, czy cuda się zdarzają? Będąc żołnierzem zdanym tylko na własne umiejętności, nigdy nie wierzyłam w cudowne zrządzenia losu ratujące z opresji. Wszystkie sukcesy przypisywałam sobie. To, że niejednokrotnie uniknęłam śmierci, że nie skończyłam w brzuchu tytana… A kiedy już miał nadejść mój koniec… Oprawcą nie okazał się kolosalny, nieobdarzony inteligencją potwór, ale zwykły człowiek. Zabawne, nieprawdaż?

Mawia się, że głupi mają szczęście…

Ostrze w moją stronę skierował nic nieznaczący zdesperowany szeregowy. Zirytowany niepowodzeniem spisku, jaki zawiązano przeciwko mnie, postanowił dopilnować, żebym już nigdy nie wzięła udziału w walce. I przez pewien czas myślałam, że mu się udało.

Poczułam ból… Zaraz, przecież martwi niczego nie czują, prawda? Spróbowałam lekko poruszyć jakąkolwiek kończyną. Palce… zgięłam lekko palce. Chwila… coś musiało mi się uroić. Przecież nie miałam szans na przeżycie! Czy byłam aż tak żałosna, żeby wierzyć w taką bzdurę? Widocznie nie różniłam się zbytnio od reszty ludzi.

- Pobudka, pani kapral. Pora już wracać do świata żywych. – Usłyszałam czyjś głos. Mimo wątpliwości uchyliłam powieki i zobaczyłam pochylającego się nade mną mężczyznę w średnim wieku. Szybkim ruchem prawej dłoni poprawił ześlizgujące mu się z nosa okrągłe okulary i pomachał mi przed oczami trzymaną w lewej ręce lampą. Zmrużyłam wściekle oczy. Zauważywszy, że się obudziłam, mężczyzna uśmiechnął się w moją stronę.

Nie przekręcając głowy, rozejrzałam się dokoła. Znajdowaliśmy się w jakimś… wozie? Tak, to chyba odpowiednie określenie. Wyposażenie pomieszczenia stanowiło niewiele drewnianych mebli. Oprócz łóżka, na którym leżałam, dostrzegłam drugie posłanie znajdujące się naprzeciwko mojego, parę szafek i stolik. Właśnie przy nim stał nieznajomy, grzebiąc w swojej teczce.

- Kim jesteś? – syknęłam cicho. Szybko jednak tego pożałowałam. Gardło paliło mnie niemiłosiernie, zupełnie tak, jakbym połknęła paczkę gwoździ. Zaklęłam w myślach. Mężczyzna oderwał się od swojego zajęcia, karcąc mnie spojrzeniem.

- Nazywam się Grisha Yaeger. Jestem lekarzem – przedstawił się, wyciągając z teczki butelkę pełną brązowej cieczy i strzykawkę, którą to po chwili namysłu napełnił. Usiadł na rogu mojego łóżka i odsłonił koc w miejscu, gdzie powinno znajdować się moja lewa ręka. Wbił igłę w zgięcie łokcia, wstrzykując do moich żył nieznaną mi substancję. – Poskładałem cię po tym zeszłorocznym, feralnym wypadku.

Zaraz… Rok?! Przez rok czasu leżałam nieprzytomna zdana na łaskę i niełaskę tego okularnika? Przecież to aż śmieszne… Kto normalny zająłby się leczeniem dziewczyny, której szansy na przeżycie były niemalże równe zeru? Może i nie miałam wykształcenia medycznego, ale chyba każdy chociaż trochę inteligentny człowiek wiedział, że musiałby się zdarzyć cud, żebym kiedykolwiek się obudziła.

- Dlaczego? – zapytałam, patrząc na mężczyznę. Spojrzał na mnie zdziwiony i zmarszczył swoje brwi, szukając w mojej wypowiedzi jakiegokolwiek sensu. – Dlaczego jeszcze żyję?

- Miałaś dużo szczęścia – stwierdził po chwili namysłu, odkładając butelkę i zdezynfekowaną już strzykawkę na miejsce. – Wątpię, czy większość obudziłaby się po przyjęciu na siebie takiej ilości obrażeń.

Więc to, że jeszcze oddycham, jest zasługą uśmiechu fortuny? Żałosne… Przed śmiercią miał mnie ocalić cholerny fart? Może gdyby nie powaga na twarzy lekarza i bolące gardło, pękłabym ze śmiechu. Moja własna niemoc mnie bawiła. Czy to nie dziwne?

- …i wątpi pan zapewne, czy ktokolwiek inny podjąłby się podjęcia mojego leczenia? – dodałam, unosząc jedną brew. Mężczyzna odwrócił wzrok i podrapał się z tyłu głowy zakłopotany. Uśmiechnęłam się triumfalnie. Doktor Yaeger nie różnił się zbytnio od innych medyków, których miałam okazję poznać, może poza tym, że podejmował się rzeczy niemożliwych. Większość ludzi na jego miejscu porzuciłaby śmiertelnie rannego, nie przejmując się, czy ten ma szanse na przeżycie, czy też takowych nie posiada.

- Jednak pogłoski krążące o pani kapral były prawdziwe… - Westchnął, nalewając do stojącej na stoliku szklanki trochę wody z butelki. – Proszę. – Podał mi kubek. Z pomocą mężczyzny podniosłam się do siadu. – Złamane kości się już zrosły, więc nie musi się pani bać o żebra. Aktualnie pozostało tylko pozdejmowanie opatrunków…

- A obrażenia wewnętrzne? – przerwałam, upijając łyk ożywczego napoju.

- Tragedii nie ma, ale z następnymi wyczynami będzie musiała pani kapral poczekać – wytłumaczył z subtelną nutką ironii w głosie. Przewrócił oczami.

- Nie wątpię. A czy ktoś ze Zwiadowców pytał o mnie?

Nastała cisza. Widocznie Grisha nie chciał poruszać tego tematu, jednak widząc moje stanowcze spojrzenie, westchnął tylko i uniósł wzrok ku górze. Czyżby nikt przez rok czasu nie przyszedł zapytać o mój stan zdrowia?

- Starszy kapralu… pani oficjalnie nie żyje.

Co proszę? Więc uznano mnie za zmarłą? Pewnie tak było dowództwu wygodnie… Zresztą, nie zdziwiłabym się, nikt za mną nie przepadał i ogłoszenie, że zostałam zjedzona przez tytana, niosło ze sobą same korzyści.

Naprawdę, ludzkość jest tak nudna i żałosna…



*****


Minęło pięć lat, odkąd wybudziłam się ze śpiączki w wozie doktora Yaegera. Skoro dowództwo uznało mnie za zmarłą, postanowiłam nie wracać do wojska. Zresztą, kto by tam uwierzył, że jestem starszym kapralem, który rzekomo został pożarty przez tytana? Chyba tylko głupiec… chociaż zgaduję, że większość z nich potrafiła tylko machać mieczem, nie myśląc o konsekwencjach swoich czynów… A bywały i takie ewenementy, które walczyć nie potrafiły.

Z początku włóczyłam się od miasta do miasta, pomagając okolicznych wieśniakom w uprawach. Jednak z litości wyżyć się na tym plugawym świecie nie da, prawda? Wykorzystując moje wojskowe doświadczenie i chcąc się zemścić za zatajenie mojego istnienia, ze starszego kaprala stałam się poszukiwaną terrorystką. Ironia, prawda? Kobieta kochająca zabijać tytanów, zamiast uśmiercać wrogów ludzkości, sama zaczęła być zagrożeniem dla żyjących wewnątrz murów. Liczyło się tylko przetrwanie, a według praw dżungli, żyć mogli tylko najsilniejsi. Stałam się zła do szpiku kości. Z czasem nauczyłam się konstruować bomby, które to podkładałam w domach bogatych mieszczan i arystokracji. Nie mogłam narzekać na zasobność mojego portfela. W obawie o własne życie ludzie chętnie płacili całkiem spore sumy pieniędzy, a i tak później kończyli pod gruzami swoich posiadłości. Nie miałam dla nikogo litości.

Przez trzy lata mojej działalności ani razu nie pomyślałam o powrocie do Legionu Zwiadowców. Może czasem usłyszałam coś o Levim, który po pewnym czasie awansował na młodszego kaprala i stał się ponoć jednym z najlepszych żołnierzy chodzących po ziemi. Nie dziwiłam się ilości sukcesów odnoszonych przez tego dzieciaka. Od początku widziałam w nim niemały potencjał, więc zawiodłabym się, gdyby zginął na froncie. Pokładałam w nim nadzieje.

Starałam się nie odwracać za siebie i brnęłam ciągle naprzód. Wszelakie wybryki uchodziły mi na sucho, a wojsko nie mogło mnie złapać. Zawsze wymykałam się w ostatniej chwili, ratowana przez jakąś wyrwę w murze lub pustą beczkę.

Aż do tego dnia, kiedy ponownie spotkałam tytanów…

Ucieczka po nieudanym zamachu na jedną z ważniejszych osobistości na południu kraju nie poszła po mojej myśli. Od paru dni jednostki Oddziału Stacjonarnego siedziały mi na ogonie. Cholera, gdyby tylko wtedy ta pierdolona bomba wybuchła, to teraz już spokojnie siedziałabym sobie w Troście, a nie musiała się kryć w mieście, uważając, by nikt mnie nie zauważył.

Siedząc w ślepym zaułku, oceniłam, że od muru dzieli mnie jakieś pięćset metrów. Naciągnęłam mocniej kaptur na głowę. Miałam nadzieję, że chociaż w innym mieście zgubię tych szczyli niemających pojęcia o prawdziwej walce, szczycących się tylko tym, że przeszli szkolenie. W rzeczywistości nie potrafili sobie poradzić nawet z jednym człowiekiem siejącym spustoszenie w kraju.

Zauważyłam, że bramy nie pilnuje wybitnie duża liczba strażników. Wystarczyłoby tylko ich nastraszyć, że gdzieś pomiędzy cegłami umieściłam bombę, która w każdej chwili mogłaby wybuchnąć, zabijając przy okazji cywilów i niszcząc mur. Ale po co miałam zwracać na siebie uwagę? Może udałoby się przemknąć niezauważoną? Raczej wątpię, wszędzie czają się żołnierze gotowi mnie złapać. Cholera… zapędziłam się w kozi róg na własne życzenie…

Na przeciwległej ścianie dostrzegłam zamontowaną drabinkę pozwalającą wspiąć się na dach. Uśmiechnęłam się pod nosem. Nawet z najbardziej beznadziejnej sytuacji można znaleźć wyjście… tylko trzeba tego chcieć.

Weszłam po drewnianych szczeblach na samą górę, uważając, by nie upaść. Narobiłabym niepotrzebnego hałasu i od razu żołnierze by mnie znaleźli. A nie chciałam wylądować w więzieniu przez swoją własną niezdarność. To byłoby zbyt… żałosne. Wolałam uciec niż później kombinować, jak uśpić strażników i wydostać się na zewnątrz.

Budynki na szczęście stały w niewielkiej odległości od siebie, więc skakanie po dachach nie powinno sprawić żadnego problemu. Już miałam wziąć rozbieg, kiedy usłyszałam charakterystyczny dźwięk wydawany przez zwijające się linki przy zmianie kierunku trójwymiarowego manewru.

Cholera…

Więc zaczęli tak pogrywać?

- Nie ruszaj się! – Usłyszałam głos jakiegoś żołnierza. Wylądował i zaczął powoli podchodzić w moją stronę. Nie widziałam go, w końcu nie miał na tyle odwagi, by stanąć naprzeciwko mnie. Zgodnie z „rozkazem” nawet nie drgnęłam, czekając, aż ten podejdzie wystarczająco blisko.

Mocniejszy powiew wiatru zrzucił kaptur z mojej głowy. Poczułam, że nieznajomy przykłada mi zimne ostrze do szyi. Kątem oka widziałam, że jest podobne do tego, którym pięć lat wcześniej przebił mnie na wylot szeregowy. Służące do zabijania tytanów…

- Rozepnij płaszcz – zażądał, przerywając moje rozmyślania. Prychnęłam. Chyba nie myślał, że się tak łatwo zgodzę, co? Że tak łatwo dam się złapać? Co to, to nie.

- Chyba śnisz, dzieciaku. Skończyłeś szkolenie i uważasz, że możesz wszystkim rozkazywać? Naprawdę, żal mi ciebie. Zupełnie jak całej tej plugawej rasy – stwierdziłam z wyższością.

- Rozepnij płaszcz, bo cię zabiję!

- Zabijesz? Ty chcesz zabić mnie? – Odwróciłam głowę lekko w stronę żołnierza. Na jego twarzy malowało się przerażenie i coś w rodzaju… lęku? Ktoś się mnie bał? Zabawne… Uśmiechnęłam się kpiąco. – Jaj nie masz – skwitowałam.

- Rozepnij płaszcz! – rozkazał ponownie. Wzruszyłam tylko ramionami, stając przodem do chłopaka. Ten, zauważywszy, że jego groźby nie robią na mnie żadnego wrażenia, przełknął głośno ślinę. Ręka, w której trzymał ostrze, drżała.

- Chcesz przeżyć? – zapytałam, lustrując go spojrzeniem. Palcem odsunęłam stal od mojej szyi. Dzieciak skinął głową. – To uciekaj. Przecież oboje wiemy, że nie będziesz w stanie mnie aresztować.

Odgarnęłam wpadające do oczu brązowe kosmyki. W myślach śmiałam się z głupoty tego szczyla. Czy on naprawdę uważał, że terrorystka taka jak ja pozwoli mu bezkarnie uciec, po tym jak zobaczył moją twarz? Niedoczekanie…

Chłopak schował miecz i odwrócił się na pięcie. To był jego pierwszy błąd. Od paska okalającego biodra odpięłam niewielki sztylet i nie czekając na ruch żołnierza, podeszłam do niego i przyłożyłam mu ostrze do pleców.

- Ludzie są tacy głupi… Rusz się tylko, a przebiję twoje serce– rzuciłam niedbale. Dzieciak chyba nie spodziewał się takiego obrotu spraw. – Czy naprawdę sądziłeś, że jeśli zobaczysz moją twarz, pozwolę ci ujść z życiem? Jestem terrorystką i nie mogę pozwolić sobie na takie błędy. Bo widzisz, żyję z zabijania. – Zaśmiałam się.

- J-ja nikomu n-nie powiem… - wyjąkał. –Ale nie chcę jeszcze umierać!

- Zdejmij sprzęt do trójwymiarowego manewru. Może się jeszcze zastanowię.

Chłopak posłusznie porozpinał wszelkie paski. Był naprawdę… żałosny. Wiedziałam, że ludzie boją się śmierci, ale żeby tak desperacko walczyć o życie? Podczas najzwyczajniejszego starcia z tytanami poza murami na pewno poszliby na pierwszy ogień. Nikomu nie potrzebni są słabeusze.

Zaśmiałam się.

- Czy wiesz, że gdyby teraz przez mur Rose przebili się tytani, nawet nie posmakowałbyś walki? Wiesz, w wojsku nie ma miejsca dla tchórzy, więc powiedz mi… dlaczego wziąłeś udział w szkoleniu?

- Aby przeżyć! – rzucił bez wahania. Uniosłam brwi zaskoczona. Głupiec… Jak można wierzyć w takie bzdury?

- Zanim cię zabiję, zdradzę ci mój mały sekrecik… - Podeszłam bliżej do przeciwnika. – Kiedyś należałam do wojska… i wiesz co? Dopiero tam się przekonałam, że gorszy od tytana może być jedynie człowiek…

- Dlaczego zostałaś terrorystką, skoro kiedyś służyłaś królowi? – zapytał, przełykając głośno ślinę. Prychnęłam.

- Nie za dużo chcesz wiedzieć, dzieciaku?

Nie odpowiedział. I tak mógł się czuć zaszczycony, ponieważ zdradziłam mu mój sekret. Nawet nie wiem dlaczego, ale jeśli i tak miałam go uśmiercić… To niech przynajmniej żałuje, że nie wyszedł ze starcia ze mną cało. Przecież mógłby przekazać dowództwu, że jestem zbiegłym żołnierzem i dostać awans.

- Dobra, koniec tej zabawy. Żegnaj. – Zanim zdążył wykrztusić chociaż jedno słowo, wbiłam sztylet w jego serce. Mój szary płaszcz zabrudziła szkarłatna krew. Uśmiechnęłam się kpiąco i zepchnęłam martwe ciało żołnierza z dachu. Z jednej z kieszeni wyciągnęłam małą, okrągłą bombę. Wcisnąwszy przycisk uruchamiający zapłon, cisnęłam kulką w dół, po czym zabierając sprzęt do trójwymiarowego manewru, odsunęłam się na odpowiednią odległość.

Bomba wybuchła, rozsadzając ciało chłopaka. Raczej nic z niego nie zostało, no chyba że jakimś cudem uciekł. Zresztą, co mnie to obchodziło? Nawet jeśli nie trafiłam sztyletem prosto w serce, to szanse na jego przeżycie wynosiły mniej niż dziesięć procent.

Spojrzałam na „pamiątkę” po żołnierzu. Sprzęt do trójwymiarowego manewru był nawet w całkiem niezłym stanie. Widocznie nie zdążył się nim pobawić. Naciągnęłam na głowę kaptur i założyłam wyposażenie odebrane chłopakowi.

Teraz mam równe szanse…

...albo raczej zyskałam nad Oddziałem Stacjonarnym przewagę. W końcu, kto miał większe możliwości – wykwalifikowany żołnierz walczący na froncie, czy grupka siedzących za bezpiecznymi murami szczyli?

Przebicie się do Trostu nie będzie stanowiło problemu…

- Tam jest! – krzyknął któryś z poszukujących mnie żołnierzy. Uśmiechnęłam się kpiąco w jego stronę i uruchomiłam sprzęt. Linki wczepił się w pobliski budynek. Po raz pierwszy od sześciu lat wzleciałam ku niebu, szkoda tylko, że musiałam uciekać prze „wymiarem sprawiedliwości”, a nie zabijać tytanów.

Członkowie Oddziału Stacjonarnego byli nie lada zdziwieni. Zapewne moje umiejętności ich zadziwiły, zresztą, kogo nie wprawiłby w stan lekkiego szoku widok terrorystki sprawnie posługującej się sprzętem do trójwymiarowego manewru? Chyba tylko głupca twierdzącego, że to bułka z masłem.

Bez większych problemów udało mi się przedostać na drugą stronę muru. Ci głupcy byli tak zszokowani, że umożliwili mi szybką i łatwą ucieczkę. Właśnie dlatego uważam, że ludzkość jest nudna i żałosna. Kiedy już ma okazję, by dopiąć swego, przegrywa przez nic nieznaczącą bzdurę.

Wylądowałam na chodniku i rozejrzałam się uważnie. Większość przechodniów patrzyła na mnie z zainteresowaniem, małe dzieci wskazywały palcami, starsi szeptali. Cholera, jeśli dalej będę zwracać na siebie taką uwagę, to w życiu nie uda mi się znaleźć bezpiecznego miejsca. Zawsze można wziąć część mieszkańców Trostu jako zakładników, ale…

No właśnie… najzwyczajniej w świecie byłaby to zbyt pracochłonna akcja, by zaplanować ją ot tak. Nie mogłabym zapewnić sobie bezpieczeństwa…

Przydałby się cud…

Nie czekając na wojsko, które już pewnie zorientowało się, że znów uciekłam i zaczęło ścigać mnie w Troście, skręciłam w boczną uliczkę odchodzącą od głównej alei. Nie zauważyłam żadnej beczki ani innego miejsca, gdzie mogłabym się ukryć. W takim wypadku pozostało tylko mi użyć sprzęt do trójwymiarowego manewru… ale w każdej chwili mógł się skończyć gaz. Wolałam nie ryzykować. Dopóki mam możliwość ucieczki na ziemi, nie powinnam wzbijać się w górę. Oczywiście, ze względów bezpieczeństwa.

Biegłam jeszcze chwilę, gdy dostrzegłam, że popełniłam błąd… ślepy zaułek… Cholera. Jeśli teraz by mnie znaleźli, to pewnie skończyłam w brudnej celi. Co to, to nie.

- Tutaj jest! – Po raz kolejny usłyszałam czyjś głos. Kątem oka dostrzegłam niewielki oddział żołnierzy kierowany przez niską, drobną blondynkę. Kobieta poprawiła palcami spadające z nosa okulary.

Słyszałam kiedyś o niej. Brzenska, jedna z najbardziej zasłużonych członków Oddziału Stacjonarnego. Z nią mogły być kłopoty…

- Pojmać ją – rozkazała, wskazując na mnie palcem. Uśmiechnęłam się pod nosem. Ile to już razy próbowano mnie pojmać, a i tak wywijałam się w ostatniej chwili? Głupota… Po prostu głupota… Zamiast tylko gadać, mogliby sami ruszyć te swoje zacne litery i spróbować mnie złapać. Może wtedy zrozumieliby, że jestem godną przeciwniczką – nie dla Oddziału Stacjonarnego, ale dla Żandarmerii.

W moją stronę biegło dwóch żołnierzy. Nie zawahali się wyciągnąć broni, widocznie nie należeli do tych „zielonych”. Stałam przez chwilę, czekając, aż zbliżą się na tyle blisko, bym mogła ich znokautować. Kiedy już znaleźli się w odległości na wyciągnięcie miecza, użyłam sprzętu do trójwymiarowego manewru i zawisłam na ziemią, kopiąc przy okazji żołnierzy w ich twarze.

- Ta suka… - zaklął jeden z nich. Prychnęłam z wyższością, ponownie lądując na ziemi.

- I co zrobisz dalej, Brzenska? Obie przecież wiemy, że mnie nie złapiecie.

Blondynka zacisnęła ze złości dłonie w pięści. Moje zachowanie ją irytowało? Bardzo możliwe. Nie zdziwiłabym się, gdyby sama rzuciła się na mnie z pięściami.

- To co? Dasz mi uciec, czy będę po kolei unieszkodliwiać twoich ludzi? – zapytałam bezczelnie, stawiając stopę na klatce piersiowej leżącego obok żołnierza.

Kobieta otworzyła usta, żeby udzielić mi odpowiedzi, kiedy usłyszałam huk. Odwróciłam głowę w stronę głównej bramy prowadzącej do „zewnętrznego świata”. Nad murem dostrzegłam tytana. Cholera, czy to był ten Odmieniec, który zniszczył mur Maria. Jeżeli miała się powtórzyć historia sprzed pięciu lat, to ja…

Zaraz, o czym ty myślisz?! Jesteś terrorystką, tak? Zabijasz ludzi! Nie ratujesz ich! Minęły już czasy, kiedy służyłaś jako Zwiadowca! To już nie twój obowiązek! Teraz muszą się tytanami zajmować inni!

Zaklęłam w myślach. Chociaż wmówiłam sobie, że już nie potrzebuję zabijania tytanów do szczęścia, gdzieś w głębi duszy czułam, że tego nadal mi brakuje. Chciałam jeszcze raz zobaczyć padające na ziemię kolosalne ciała, czuć krew monstrualnych potworów na swoich rękach… Tylko czy dla przyjemności byłam w stanie zaryzykować wolność?

- Brzenska, walczyłaś kiedyś z tytanem? – zapytałam niespodziewanie. Kobieta skinęła głową i spojrzała na mnie podejrzliwie, unosząc jedną brew. – To pewnie wiesz, jakie to niebezpieczne. Ja… potrafię z nimi walczyć, dlatego proponuję zawieszenie broni. Przynajmniej na czas obrony Trostu, bo to, że te potwory wedrą się na teren miasta, jest pewne.

Zamyśliła się. Rozumiałam wahanie okularnicy, sama nie wiem, czy na jej miejscu zawarłabym układ z terrorystką, która zabiła już wielu ludzi. A tym bardziej nie powierzyłabym jej życia setek innych.

- Dowódco, chyba nie masz zamiaru… - zaczął stojący najbliżej blondynki żołnierz. Spiorunowała go wzrokiem.

- Idioto, czy ty wiesz, że w Troście, oprócz Oddziału Stacjonarnego, są tylko kadeci – dzieciaki, które nigdy nie walczyły z prawdziwym tytanem? – skarciła podwładnego. Chłopak już więcej nie ośmielił się odezwać. – Kim ty jesteś, do cholery? – zwróciła się w moją stronę. Uśmiechnęłam się pod nosem.

- Niech chociaż to pozostanie moją słodką tajemnicą. To jak?

Chwila ciszy… Blondynka nadal nie była zdecydowana.

- Idź, ale nie spodziewaj się, że uda ci się uciec – ostrzegła mnie.

- Dowódco! – zaoponował zniesmaczony żołnierz, który jeszcze przed chwilą robił za moją wycieraczkę.

- Zamknij się, szeregowy. Takiego trójwymiarowego manewru codziennie się nie widzi. Suka nie jest zwykłą terrorystką.

****************************************
Rozdział 2: "Uśpione żądze"
****************************************


Życie bywa tak nieprzewidywalne jak pogoda – w każdym momencie może się zmienić, a człowiek nie ma na ten proces najmniejszego wpływu. Wszystko zależy jedynie od podejmowanych przez nas decyzji. To, że z żołnierza stałam się terrorystką, to, że stałam na dachu jednego z budynków w Troście i opracowywałam strategię jak najszybszego pokonania zbliżających się w moją stronę tytanów - to wszystko było konsekwencjami moich wyborów. Wiedziałam, że mogę polec w walce i tym razem już nikt nie przyjdzie mi na ratunek. Brzenska dobrze wiedziała, co robi, zezwalając na wzięcie udziału w bitwie. I była świadoma, że szanse na moje przeżycie są niskie.

Rozejrzałam się wokół. Cywile już dawno zdążyli uciec w stronę bramy prowadzącej do sąsiedniego miasta. Nawet dobrze, że szybko ulotnili się z pola bitwy. Zanim przybędą wojskowi, może uda mi się wybić paru tytanów i schować się. Widząc zmierzających w moją stronę kolosów, wyciągnęłam z wewnętrznej kieszeni płaszcza parę bomb i rzuciłam w ich kierunku. Wybuch rozsadził części ciał potworów – została po nich kałuża krwi i unoszący się wokół dym. Walka na odległość okazała się być prostszą niż myślałam. Dopóki miałam bomby, zbliżyć mógłby się do mnie tylko Odmieniec.

- Łatwizna – skwitowałam, czekając na kolejną grupę przeciwników. Jeśli żołnierze nadal będą się tak ociągać, to ominie ich cała zabawa. A szkoda by było, to przecież taka okazja dla świeżo upieczonych kadetów! Na własnej skórze poczuliby, jakie emocje wzbudza walka z tytanami. Tego przecież nie można wyrazić słowami.

Wzdychając znudzona już tą całą farsą, rzuciłam kolejną serię bomb w przeciwników. Jak tak dalej pójdzie, to może nawet będę w stanie uciec. Cóż za ironia… Brzenska stworzyła idealną okazję, bym mogła spokojnie ulotnić się z pola bitwy. Sprzętu do trójwymiarowego manewru praktycznie nie używałam, ale niestety nie wiedziałam, ile dzieciak zużył gazu. Więc nic dziwnego, że wolałam na razie zachować ostrożność i nie przechodzić do ataku bezpośredniego, prawda? Chyba tylko głupiec decydowałby się na takie zagranie, nie będąc pewny, na czym stoi.

Z dymu pozostałym po wybuchu zaczęły wyłaniać się kolejne sylwetki tytanów. Cholera, jaka ja byłam naiwna, sadząc, że parę bomb rozsadzi twardą skórę przeciwników. Nawet jeśli trafiłam w rękę czy też nogę, ich ciało się przecież regenerowało. Może zabiłam jednego albo dwóch, co nie zmienia faktu, że zmarnowałam amunicję… Przez sześć lat wyszłam z wprawy.

- No cóż, chyba się już nie polenię – rzuciłam sama do siebie, przechodząc do trójwymiarowego manewru. Za wszelką cenę chciałam uniknąć walki bezpośredniej, ale cóż… jak trzeba, to trzeba.

Zlokalizowawszy wzrokiem najbliższego przeciwnika, wyciągnęłam miecze i wzbiłam się odpowiednio wysoko, by bez problemu naciąć potworowi skórę na karku. Trafiłam. Czując na twarzy nieprzyjemnie pachnącą krew tytana, oblizałam wargi i uśmiechnęłam się kpiąco.

- Cuchnie… jak zwykle – mruknęłam, przeciągając się. Ten cały dowódca Oddziału Stacjonarnego nie spieszył się raczej z wydaniem odpowiednich rozkazów.

Nim zdążyłam uważniej rozejrzeć się, dostrzegłam lecącą z nieprawdopodobną prędkością rękę kolejnego przeciwnika. Nie namyślając się długo, odcięłam potworowi parę palców, by po chwili zakończyć jego marny żywot.

Tak właściwie, to dlaczego tytani wzbudzali w ludziach tak wielki strach? Może i byli kolosalnymi, niezwykle silnymi, niemyślącymi potworami, ale po treningu kadet powinien z łatwością poradzić sobie z walką. Rozumiem, nie każdy miał w sobie na tyle odwagi, by bez skrupułów pozbawić inną istotę życia, ba, niektórzy by muchy nie skrzywdzili, ale w końcu chcemy przeżyć czy nie, do cholery? Zwiadowcy giną na marne za tych, którzy nawet palcem nie kiwnęliby, żeby im pomóc. I to określają jako „sprawiedliwość”?

Nie zwracałam uwagi na otoczenie, po prostu walczyłam jak za dawnych czasów, bezlitośnie zabijając bestie. Czy czerpałam z tego tytułu przyjemność? Gdyby się tak teraz nad tym zastanowić, przyznaję, że mordowanie ludzi i uśmiercanie tytanów różnią się jak ogień i woda. Jeżeli godny byt miało mi zapewnić wyeliminowanie paru zbędnych osobistości, to dlaczego ogłoszono mnie terrorystką? Przecież żołnierze walczący na froncie podczas każdej misji uśmiercają dziesiątki tytanów. Ironia, prawda? Jedne morderstwa są dozwolone, inne nie. Jedne morderstwa mają na celu zapewnienie bytu ludzkości, inne zaś niosą ze sobą zupełnie odwrotne skutki. Stąd moje porównanie.

Musiałam przyznać, że zabijanie bestii wywoływało na mojej twarzy uśmiech. Kpiący, ironiczny uśmiech. Moje dokonania utwierdzały mnie w przekonaniu, że człowiek może mieć władzę nad tytanami, że potrafi wygrać. A mordowanie ludzi sprawiało, że myślałam zupełnie odwrotnie. Kolejna ironia…

Z rozmyślań wyrwał mnie dopiero charakterystyczny dźwięk zwijających się linek sprzętu do trójwymiarowego manewru. Uśmierciłam już któregoś tytana z kolei, zresztą, nie liczyłam. Ta wiedza do szczęścia potrzebna mi nie była. Kątem oka spojrzałam w lewo i dostrzegłam kilkuosobową grupę żołnierzy, a raczej kadetów. Młode, niedoświadczone dzieciaki… nie wiedziały, na co się porywają. Przypomniałam sobie, że z szkolenia, w którym brałam udział, niewielu przeżyło. Większość zginęło podczas „obrony” muru Maria.

Westchnęłam. To nie pora na przywoływanie wspomnień. Co już się zdarzyło, nie wróci. Musiałam skupić się na teraźniejszości. Na pokonaniu jak największej ilości tytanów. Na przeżyciu. Może w tłumie cywili udałoby mi się przemknąć do sąsiedniego miasta, a stamtąd ruszyłabym w stronę stolicy.

Na myśl przyszło mi jedno pytanie… Czy ja przypadkiem nie chciałam stchórzyć, uciekając z pola bitwy? Po chwili wahania stwierdziłam, że przecież skoro już nie należałam do wojska, to wszelkie te sprawy dotyczące honoru i tak dalej nie dotyczyły mnie, jednak coś w tej mojej pieprzonej podświadomości podpowiadało mi, że kolejna okazja do walki z tytanami może się już nie przytrafić.

Musiałam wybierać pomiędzy żądzą krwi a własnym bezpieczeństwem.

Cholera, to takie upierdliwe.

Zacisnęłam mocniej dłoń na rękojeści miecza. Misje wojskowe już mnie nie dotyczą. Walka z tytanami już mnie nie dotyczy. Muszę uciekać, póki mam okazję!

Tylko… dlaczego cały czas stałam w miejscu?

Rusz się!

Rusz się!

Dlaczego nie chcesz się ruszyć?! Przecież możesz się ulotnić!

Zaraz otoczą cię tytani! Rusz się!

Prychnęłam. Tytani? Te kolosalne, nieinteligentne bestie nie były wyzwaniem. Nie dla mnie, dla kobiety, która zabiła już tylu ludzi.

Nie jesteś już żołnierzem!

Racja… Powinnam martwić się o własną skórę, a nie stawać twarzą w twarz z bestiami. To już nie mój obowiązek.

Spojrzałam w stronę nadchodzącego z prawej strony tytana. Nie zdążyłabym uciec w stronę bramy prowadzącej do wewnętrznej części muru Rose. Chociaż zawsze…

Skoro się dostałam górą, to i górą mogę się wydostać. Pytanie tylko, czy starczyłoby mi gazu. Wątpię. Zaklęłam. Po raz pierwszy postanowiłam nie ryzykować.

Zabiłam znajdującego się najbliżej tytana i nie czekając na kolejnych, ruszyłam w stronę bramy. Po drodze minęłam paru żołnierzy, część z nich obejrzała się za mną, a część kompletnie zignorowała. Bądź co bądź, mieli ważniejsze rzeczy do roboty od zastanawiania się, co uzbrojony cywil robił w mieście, do którego przetarli się tytani. Zakładałam, że musieli zapewnić bezpieczną ewakuację mieszkańców, czy coś w tym rodzaju.

Nie pomyliłam się. Im bardziej zbliżałam się do bramy, tym spotkałam na swojej drodze więcej ludzi. W pewnym momencie porzuciłam sprzęt do trójwymiarowego wymiaru. Nie przydałby mi się raczej podczas próby przemknięcia przez bramę, prawda? Zwracałabym na siebie uwagę, a który terrorysta by tego chciał? Chyba tylko niedoświadczony, beztroski gówniarz myślący, że wszystko ujdzie mu płazem.

Zbliżając się do tłumu stojącego przy bramie, znalazłam w kieszeni płaszcza paczkę papierosów i zapalniczkę. Wyciągnąwszy z opakowania jedną fajkę, zapaliłam ją i zaciągnęłam się ze stoickim spokojem obserwując rozgrywającą się przy wejściu scenę. Stary, otyły mężczyzna kłócił się o coś z kilkoma mieszkańcami, opóźniając ewakuację. Bezradni strażnicy nie potrafili załagodzić konfliktu i stali z boku, czekając, aż problem sam się rozwiąże. Westchnęłam z dezaprobatą. Te dzieciaki z Oddziału Stacjonarnego nie mogły poradzić sobie z paroma nic nieznaczącymi ludźmi? Żałosne…

- Panienka nie jest zbyt młoda, żeby palić? W dzisiejszych czasach fajki nie kosztują mało – zagadał do mnie mężczyzna stojący obok. Prychnęłam z wyższością, wydychając z płuc papierosowy dym.

- Widocznie mnie na nie stać – odpowiedziałam chłodno, wolną dłonią naciągając mocniej kaptur na głowę. Nie miałam ochoty na rozmowę z nieznajomym, zresztą, nie przepadałam za nawiązywaniem jakiegokolwiek kontaktu z kimkolwiek. – I uprzedzając pana pytanie, palę, bo lubię. Nie pana interes, ile mam lat.

- Nie masz przypadkiem za ciętego języczka? – zapytał podejrzliwie, łapiąc mnie za rękę. Zacisnęłam dłoń w pięść. Próbowałam powstrzymać wybuch narastającej złości. Właśnie mężczyzna ośmielił się mnie dotknąć… Niewybaczalne.

- Jeżeli chce pan dożyć jutra, radzę mnie puścić – ostrzegłam tonem nieznoszącym sprzeciwu. Facet pokazał tylko swoje żółte zęby, uśmiechając się kpiąco.

- Musisz nieźle zarabiać, co? Może dziwką jesteś?

- Nie, ale bardzo chętnie mogę wykastrować takiego zboczeńca jak ty. – Wyrwałam rękę z uścisku nieznajomego. – To, że kobieta ma pieniądze, nie oznacza, że od razu musi się sprzedawać.

Zniesmaczona zachowaniem nieznajomego kopnęłam go boleśnie w piszczel. Mężczyzna zgiął się z bólu, łapiąc się za nogę. Zaklął siarczyście i obdarzył mnie spojrzeniem pełnym nienawiści. Wzruszyłam ramionami i z godnością odeszłam od nieznajomego.

Nazywać mnie „dziwką”? Facet chyba zmysły postradał. Musiałam się powstrzymywać, żeby nie wysadzić go razem z resztą mieszkańców. Zorientowawszy się, że wypaliłam już całego papierosa, pozostałości po nim zrzuciłam na ziemię i zgniotłam czubkiem buta. Wkurzona sięgnęłam po drugiego szluga i zapaliwszy go, zaciągnęłam się po raz kolejny. Próbowałam się uspokoić. Wiedziałam, że gdybym teraz wybuchła, o ucieczce mogłabym pomarzyć. Spokój był jak najbardziej wskazany.

Najbardziej z całego gatunku ludzkiego nie znosiłam właśnie mężczyzn. Większość z nich uważała kobiety za osoby słabe, niepotrafiące się obronić, ba, spotykałam i takie ewenementy, które przedstawicielki płci żeńskiej traktowały jako narzędzia służące do zaspokojenia własnych potrzeb. Iście żałosne postępowanie. A co w tym wszystkim było najgorsze? To, że część zaakceptowała swój los i pozwoliła się panoszyć facetom, gdzie im się żywnie podoba. Kiedyś może i przed atakiem tytanów na mur Maria wiodło się kobietom lepiej, ale w dzisiejszych czasach każdy walczy o przetrwanie. Ludzkość utraciła już jedną trzecią terytorium. Dla słabych nie ma miejsca.

Usłyszałam dziwny hałas. Powoli odwróciłam się i dostrzegłam biegnącego w naszą stronę tytana. Ale… przecież to niemożliwe… Nie mógł tutaj tak szybko dotrzeć! Chyba że… był Odmieńcem…

Zaklęłam w myślach, wkładając jedną z dłoni za połę płaszcza. Pomiędzy palce włożyłam parę bomb, gotowa w każdym momencie na ich użycie. Nie mogłam pozwolić sobie zginąć. Nie w tym momencie.

Na szczęście zanim zdążyłam użyć mojej broni, ktoś z walczących na froncie żołnierzy powalił tytana. Odetchnęłam z ulgą, zostawiając bomby na miejscu i przyjrzałam się wybawicielowi. Dziewczyna, całkiem ładna. Krótkie, czarne włosy sięgały jej zaledwie ramion. Widząc, że zmierza w stronę tłumu, odsunęłam się jeszcze bardziej w bok. Zaczęła przemawiać w stronę ludzi, łagodząc konflikt pomiędzy cywilami.

Przyglądając się jej mundurowi, zorientowałam się, że była kadetem. Chociaż całkiem niezłym kadetem, musiałam przyznać. Zapewne znalazła się w kręgu najlepszych, jej trójwymiarowego manewru mogli pozazdrościć najlepsi w Oddziale Zwiadowców. Chwila… Dlaczego ja o tym w ogóle myślę…? Może dlatego, że dziewczyna przypomina trochę mnie? Bzdury, przecież to niemożliwe. Co było, już nie powróci.

Wóz stojący wcześniej w przejściu, torując drogę do sąsiedniego miasta, został odsunięty przez właściciela i mieszkańcy mogli spokojnie przejść przez bramę. Idąc wraz z tłumem, zerknęłam jeszcze raz przez ramię na brunetkę. Rozmawiała z jakąś kobietą i jej małą córką.

„To tylko mój obowiązek”, co?

Cofam to, co o niej myślałam.

Wypuściłam niedopałek na ziemię i wgniotłam go butem w bruk. Dawno tak się nie zirytowałam. Jeszcze brakowało tutaj słonia w karafce.

Podczas przejścia pod bramą nie spotkała mnie żadna niespodzianka. Odetchnęłam z ulgą, kiedy zobaczyłam znajome budynki. Kto by pomyślał, że jeszcze jakieś dwie godziny temu uciekałam do Trostu, aby uniknąć spotkania z członkami Oddziału Stacjonarnego.

Stanęłam na chwilę, by zorientować się w sytuacji, w jakiej się znalazłam. Wszędzie kręcili się wojskowi, podejrzewałam, że ktoś z ludzi Brzenski także przebywał w mieście. Pewnie przypuszczali, co zrobię, kiedy skończy mi się gaz lub połamią ostrza. Nie byłam pewna, czy uda mi się wymknąć, ale to chyba lepsze niż dać się pożreć tytanowi.

- Proszę się nie ruszać! Podejrzewamy, że wśród państwa ukrywa się niebezpieczna terrorystka… - Cholera… Ta kobieta była sprytniejsza niż się spodziewałam…

Co muszę zrobić?

Jak mogę uciec?

Nie zważając na konsekwencje własnych czynów, przepychając się przez tłum pełen oniemiałych gapiów, próbowałam schować się w którejś z bocznych uliczek. Na próżno. W każdej widziałam dwóch uzbrojonych żołnierzy.

Cholera…

Cholera…

To koniec…

Nie stanie się cud, który mnie uratuje…

Nikt nie przyjdzie z pomocą…

Zatrzymałam się, czekając na śmierć. Skoro już mam umrzeć, to chociaż nie będę się opierać. Zginę z dumnie uniesioną głową.

Żołnierze otoczyli mnie, celując we mnie swoimi mieczami. Zachowywali jednak ostrożność.

- To koniec. Poddaj się – zażądała Brzenska, podchodząc do mnie bliżej. Prychnęłam tylko. Zawsze mogłam wysadzić nas wszystkich. – Nawet o tym nie myśl.

Blondynka skinęła na swoich podwładnych, którzy dzierżyli w swoich dłoniach krótkie noże. Nawet nie zauważyłam, kiedy rzucili je w moją stronę. Poczułam, że ostrza przeszywają na wylot nadgarstki.

- Cholera… ty dziwko… - syknęłam. Doskonale wiedziała, do czego jestem zdolna. Doskonale wiedziała, że nie zawaham się popełnić samobójstwa.

- Aresztujcie ją – rozkazała swoim podwładnym, lustrując mnie spojrzeniem. Ból był zbyt wielki, bym mogła chociaż pomyśleć o ucieczce.

Podwładni Brzenski powalili mnie na kolana, zrywając z ramion płaszcz. Cholera, pieprzyć bomby… ale co ja zrobię bez moich fajek? Zaklęłam po raz kolejny. Dwóch mężczyzn wykręciło mi boleśnie ręce do tyłu, a trzeci skrępował i tak już uszkodzone dłonie sznurem.

Grzywka opadła mi na czoło, zasłaniając lewe oko. Spojrzałam wściekła na blondynkę. Kobieta poprawiła palcami spadające z nosa okulary.

- Dlaczego mnie nie zamordujecie na miejscu? W końcu jestem groźnym przestępcą – zapytałam, uważnie obserwując reakcję Brzenski. Spojrzała na mnie z wyższością.

- Najpierw odpowiesz na parę pytań, suko – oświadczyła z pewnością. – Kim ty jesteś?

- Pocałuj mnie w dupę, a może ci powiem - rzuciłam ironicznie. Jeden z żołnierzy zbulwersował się i kopnął mnie mocno w prawy bok.

- Będziesz milczeć? To Żandarmeria się ucieszy. Pamiętaj tylko, że oni nie skończą na przebitych nadgarstkach. Wyciągną z ciebie, kim naprawdę jesteś.

Cholera… wpadłam w niezłe gówno.

Cholera…

Cholera…

- Wstawaj, idziemy. – Blondynka odwróciła się tyłem do mnie i zaczęła iść w znanym tylko sobie kierunku. Jej podwładni podnieśli mnie i zaczęli prowadzić za swoim dowódcą.

Cholera…

Oddawaj mi moje fajki, Brzenska!

****************************************
Rozdział 3: "Tajemnica"
****************************************


Pełne nienawiści spojrzenie strażnika… Donośny, męski głos odbił się echem od ścian ciemnej, brudnej celi. Nie doczekawszy się odpowiedzi, oprawca po raz kolejny wymierzył cios w brzuch. Zakrztusiłam się własną krwią. Próbowałam podkulić nogi, chcąc osłonić się przed kolejnym uderzeniem wściekłego mężczyzny. Na próżno… Strażnik zacisnął dłoń na mojej szyi, po czym uniósł mnie do góry. Rzucił mną o kamienną ścianę.

- Kim ty jesteś, dziwko?! – wykrzyczał, łapiąc mnie za włosy i podnosząc do góry. Przygryzłam wargi. Nie chciałam krzyczeć, nie chciałam mu pokazać, że wszystkie kopniaki i uderzenia sprawiają mi ogromny ból.

Spod półprzymkniętych​ powiek spojrzałam na swojego oprawcę. Widząc, że jego cierpliwość się kończy, uśmiechnęłam się pod nosem. Kiedyś w Żandarmerii można było spotkać bardziej opanowanych ludzi – w końcu do tej jednostki trafiali ponoć najlepsi na roku kadeci. A teraz? Banda rozjuszonych świń siedzących bezpiecznie za murami…

- Z czego tak się cieszysz?! Zaraz cię zabiję, jeśli nie zaczniesz gadać! – krzyknął zirytowany, zaciskając dłoń na mojej szyi mocniej.

- A jesteś w stanie? – wykrztusiłam, łapiąc łapczywie powietrze. – Potraficie tylko gadać… wielka Żandarmeria…

Żołnierz nie wiedząc, jak mógłby postąpić w danej sytuacji, rzucił parę przekleństw i znów posłał mnie w kierunku ściany. Zirytowany moim oporem odwrócił się tyłem i ruszył w stronę wyjścia z celi. Moja głowa opadła bezwładnie w przód. Każdy najmniejszy ruch sprawiał niewyobrażalny ból. Nie miałam już siły, by obdarzyć mężczyznę pełnym pogardy spojrzeniem, by rzucić jakąś ciętą ripostą. Nie pamiętam, ile już czasu minęło, odkąd ludzie Brzenski wtrącili mnie do więzienia. Nie pamiętam, ilu już różnych żołnierzy z Żandarmerii przybyło w celu wydobycia ze mnie informacji. Nie pamiętam, ile już ciosów mi zadano. Milczałam. Próbowałam pozostać obojętna na ból, jednak jestem tylko człowiekiem. Cierpienie w końcu jest czymś, co czyni nas realnymi, prawdziwymi. Czymś, co łączy wszystkich ludzi.

Usłyszałam szczęk klucza w zamku. Oprawca wyszedł, trzaskając głośno drzwiami.

- Zobaczysz, jeszcze cię złamiemy – oświadczył żołnierz na pożegnanie. Później już tylko docierały do mnie echo stawianych przez mężczyznę kroków.

Ostatkami sił oparłam się plecami o ścianę. Zwisające z sufitu przymocowane do łańcuchów kajdany krępowały nadgarstki, utrzymując cały czas moje ciało w pozycji siedzącej. Zresztą, rany, które zadali mi podwładni Brzenski w dniu ataku na Trost, nie zagoiły się. W żaden sposób nie potrafiłam poruszyć dłońmi. Westchnęłam ciężko. Już do końca życia miałam gnić w tej brudnej celi skazana na łaskę i niełaskę Żandarmerii? Żałosne Po raz kolejny mój los leżał w rękach wojskowych.

Miałam cholernego pecha…

Bez różnicy, czy działałam w charakterze posłusznej rozkazom dowództwa pani kapral, czy też uprzykrzałam innym życie jako terrorystka, mordując „niewinnych” obywateli… I tak skończyłabym tak samo. Zginęłabym z rąk ludzi. Więc czy walka z nimi, walka z własnym przeznaczeniem miała najmniejszy sens?

*****


Kapral Levi nigdy nie tolerował nieporządku. Tępił wszelkie przejawy bałaganu, starając się, by nawet w każdym raporcie wszystko zapisane było estetycznie, bez skreśleń. I chociaż niejednokrotnie udzielał żołnierzom licznych reprymend, wciąż na jego biurku lądowały dokumenty, których nawet nie mógł rozczytać. Trzeba przyznać, że wielu żołnierzy potraktowałoby powiedzenie "Piszesz jak kura pazurem pod płotem." jako komplement a nie obelgę. Popijając więc napar z melisy, kapral próbował nie zniszczyć niedawno zakupionych mebli i jednocześnie zrozumieć, co chciał przekazać wojskowy, redagując swój raport.

Nie mogąc już znieść widoku koślawego i niedbałego pisma Hanji, Levi gwałtownie wstał z krzesła, zgarnął z biurka raport, zrzucając przy okazji na podłogę wszystkie przedmioty znajdujące się na idealnie czystym blacie i zirytowany wyszedł ze swojego gabinetu, trzaskając głośno drzwiami. Potrąciwszy paru przechodzących korytarzem żołnierzy (nawet ich nie przeprosił), wpadł bez pukania do gabinetu okularnicy.

Siedząca przy biurku kobieta podskoczyła na krześle zaskoczona. Nie wiedziała zupełnie, dlaczego młodzieniec zaszczycił ją swoją obecnością, jednak widząc wściekłego do granic możliwości kaprala, miała ochotę schować się w stojącej pod ścianą obszernej szafie i poczekać tam do czasu, aż brunet opuści pomieszczenie. Niestety, teraz już było za późno na szukanie jakiejkolwiek drogi ucieczki przed gniewem Leviego.

- Hanji - rzucił ostro chłopak, mierząc Zoe mrożącym krew w żyłach spojrzeniem. Dziewczyna przełknęła głośno ślinę. Dawno nie widziała młodszego kaprala tak wkurzonego. - Czy chociaż raz mogłabyś nie napisać raportu na kolanie?

- J-ja... Ale ja zupełnie nie wiem, o co ci chodzi! - zaprotestowała gwałtownie szatynka, machając rękoma.

Levi rzucił na biurko pomiętą już trochę kartkę papieru i wskazując na nią palcem, rzucił tonem nieznoszącym sprzeciwu:

- Za pół godziny chcę widzieć to przepisane. Estetycznie - zażądał. Odwrócił się na pięcie i nie pozwoliwszy Hanji zaprotestować, opuścił pomieszczenie.

Szatynka westchnęła ciężko. Znała młodszego kaprala nie od dziś i doskonale wiedziała, że jeśli nie poprawiłaby swoich bazgrołów, Levi skutecznie utrudniłby jej badania na Erenie.

Minęło już kilka dni od rozprawy sądowej, na której zadecydowano, że kadet Yaeger zostanie oddany pod opiekę zwiadowców. Niebawem brunet wraz ze swoim nowo utworzonym oddziałem miał wyruszyć w stronę siedziby oddziału niedaleko muru Rose, jednak przed rozpoczęciem kolejnej misji Irvin z uśmiechem na ustach oświadczył mu, że zanim wybierze się w podróż, musi przejrzeć wszystkie raporty żołnierzy napisane po ataku na Trost. Więc Levi, oczywiście wielce niezadowolony ze swojego położenia, zabrał się za pracę zleconą przez dowódcę, której Smith nigdy by sam nie tknął. W końcu, od czego ma tak lojalnych i pracowitych podwładnych jak kapral?

Hanji przeciągnęła się w fotelu, rozglądając się wzrokiem po pomieszczeniu w poszukiwaniu jakiegoś bliżej nieokreślonego przedmiotu. Nie przepadała za ciasnymi gabinetami, gdzie odwalała papierkową robotę - o wiele bardziej ceniła sobie eksperymenty na tytanach, które przeprowadzała zawsze, gdy jakiś osobnik został pojmany podczas misji. W czasie obrony Trostu zwiadowcom udało się schwytać aż dwóch przedstawicieli wrogiej rasy, która, chociaż ludzie walczyli z nią już ponad sto lat, nadal pozostawała zagadką. Więc Zoe, chcąc nie chcąc, zmuszona została nie dość, że do przejrzenia akt zaginionych żołnierzy do dziesięciu lat wstecz, to jeszcze Levi przyniósł jej upierdliwy dokument do przepisania.

Zrezygnowana szatynka sięgnęła po długopis leżący przy stercie piętrzących się ku sufitowi teczek. Zupełnie nie rozumiała, czemu miało służyć zadanie, jakie zlecił jej Smith. Nie zdradził żadnych szczegółów, po prostu wpadł do pokoju, rzucił stos papierów na biurko i oświadczył, że za dwa dni chce widzieć listę najzdolniejszych kobiet, które zniknęły w ciągu ostatniej dekady.

Odsunęła od siebie rozłożoną teczkę. Szkoda tylko, że Levi wparował w najmniej odpowiednim momencie i musiała przerwać jakże pasjonujące błądzenie wzrokiem po aktach na rzecz poprawiania pokreślonego dokumentu.

Po raz kolejny obiecała sobie, że pedancik jeszcze kiedyś zapłaci jej za takie numery.

Kapral wrócił do swojego gabinetu i niemalże zachłysnął się na widok artystycznego nieładu, jaki zastał. Po wyczyszczonej na błysk (i wypastowanej dzień wcześniej) podłodze walały się zrzucone w pośpiechu kartki razem z paroma nic nieznaczącymi drobiazgami, które niby zupełnie przypadkiem znalazły się na biurku. Zrezygnowany Levi westchnął i zaczął zbierać z posadzki kartki. Już nie pamiętał, które raporty przejrzał, a później zaakceptował ich stan wizualny, a które czekały w kolejce do kontroli. Trudno, będzie musiał zacząć pracę od początku.

Podnosząc kolejny dokument, dojrzał niewielkie opakowanie papierosów. Na wyblakłej farbie dostrzegł plamy zaschniętej krwi. Zdziwił się lekko. Nie spodziewał się, że w biegu porzuci pamiątkę po dawnej przełożonej na zagraconym biurku. Zawsze odkładał wszystko na swoje miejsce, a o ile pamieć go nie myliła, fajki wrzucał z reguły do drugiej szuflady biurka.

Levi może i nie był człowiekiem sentymentalnym - nie gromadził pamiątek po każdym zmarłym na froncie żołnierzu, ale starszego kaprala zapamiętał głównie ze względu na sposób bycia. Nie spotkał nigdy człowieka, który podjął się zadania, będąc pewnym swojej porażki i śmierci, a na dodatek nie pisnął ani słowa. Nie skarżył się. Nie oponował. Zasalutował i wyruszył na front.

Otrząsnąwszy się z rozmyślań, dokończył sprzątanie, po czym od początku zaczął przeglądać dokumenty. Nie chciał wracać do fatalnego dnia, kiedy to pani kapral wyzionęła ducha na jego rękach, pokładając w nim swoje nadzieje na lepszy świat. Dawno zdał sobie jednak sprawę, że nie zdoła spełnić jej ostatniej prośby i nie stanie się zbawcą tego plugawego świata.

*****


- Dobra robota, Hanji - pochwalił szatynkę Irvin, lustrując listę wzrokiem. Wśród nazwisk zaginionych kobiet - zwiadowców nie dostrzegł żadnego, którego trójwymiarowy manewr właścicielki mógłby być na poziomie powyżej przeciętnym. Zresztą, większość z nich zginęła na misji poza murami, a ciała nie odnaleziono.

Zoe odetchnęła z ulgą. Nareszcie będzie mogła zająć się swoimi eksperymentami i nikt, absolutnie nikt jej nie przeszkodzi (chociaż to akurat mogło się w każdym momencie zmienić, ale dziewczynę niezbyt interesowały humorki dowódcy, czy też awersje Leviego). Miała ochotę zacząć skakać z radości, jednak przy Smithie nie wypadało zachowywać się jak rozpieszczone dziecko, które właśnie otrzymało wymarzoną zabawkę.

Blondyn zmarszczył brwi. Szatynka przestała tak się cieszyć ze swojego szczęścia.

- Starszy kapral Asahina Yuna... z tego, co pamiętam, zginęła na froncie. Nawet jej ciało zostało zabrane z pola walki - mruknął, sięgając po stojący na biurku kubek pełen jeszcze ciepłej herbaty. - To chyba nie jest pomyłka...

Hanji odchrząknęła, jakby miała właśnie wyjaśniać Irvinowi rzecz równie oczywistą, co sposób, w jaki przyrządza się jajecznicę.

- Właściwie, w raporcie dotyczącym śmierci kapral Asahiny zostało odnotowane jedynie, że zamordował ją jeden z żołnierzy. Z tego, co zauważyłam, żaden wojskowy nie potwierdził, że ciało denatki przewiezione zostało za mury. Wysnułam więc teorię, że może... ona wciąż żyje - wyjaśniła niepewnie Hanji.

Z każdym kolejnym słowem kobiety zmarszczka na czole dowódcy pogłębiała się. Co, jeśli Asahina rzeczywiście miewa się całkiem dobrze i, co gorsza, jest terrorystką, którą pochwycono w Troście? Kobietą podejrzewaną o pozbawienie życia niejednego niewinnego obywatela?

Widząc skupienie dowódcy, Zoe uśmiechnęła się nerwowo. Zakłopotana podrapała się z tyłu głowy, zupełnie nie zastanawiając się, czy wypada tak zachowywać się w obecności Smitha.

- Proszę się jednak nie martwić, to tylko moje przypuszczenia. Nie jestem nieomylna, więc zawsze mogłam popełnić błąd w rozumowaniu.

Irvin nie słuchał dziewczyny. Wizja żyjącej i mordującej ludzi Asahiny była zbyt przerażająca. Doskonale wiedział, że, oprócz Leviego, tylko ona mogła z zimną krwią ukrócić żywot człowieka. Musiał porozmawiać z dowódcą Żandarmerii. I postarać się o widzenie z więźniarką.

O pojmaniu nieznanej z imienia terrorystki siejącej spustoszenie w obrębie muru Rose dowiedział się stosunkowo późno, jakieś półtora tygodnia po zakończeniu akcji oczyszczania Trostu. Był zdziwiony, że Żandarmerii udało zatuszować fakt przebywania w podziemiach sądu schwytanej kobiety przed pozostałymi jednostkami, no, może pomijając oddział Rico Brzenski, który to aresztował więźniarkę. Zamieszanie z Erenem tylko wyszło im na korzyść, nikt nie zwracał uwagi na kilka krótkich zdań w raporcie paru żołnierzy. Mogli więc w spokoju wyciągać z terrorystki informacje. Pewnie chcieli wiedzieć, kim jest i... gdzie nauczyła się posługiwać trójwymiarowym manewrem.

- Dowódco...? - Z zamyślenia wyrwał go głos szatynki. - Mogłabym w czymś pomóc?

Smith zaprzeczył stanowczym ruchem głowy.

- Dziękuję za pomoc, Hanji. Możesz wrócić do swoich zajęć.

*****


Głośne skrzypnięcie zamka w drzwiach wyrwało mnie ze snu, a raczej stanu odrętwienia, który miał go przypominać. Z trudem uchyliłam powieki, rozglądając się po brudnej celi. W wejściu do pomieszczenia stało dwóch mężczyzn, przynajmniej tak sądziłam. Nie miałam siły, by wytężyć chociaż trochę wzrok.

Nie wiedziałam, ile już czasu spędziłam w zamknięciu. Przychodzący na przesłuchanie żołnierze mogli już mnie wykończyć, ukrócić moje cierpienia. I tak najwięcej na moim odejściu zyskałaby ludzkość. Ta sama plugawa ludzkość, którą przeklinałam, odkąd pamiętam.

Dalej, zabijcie mnie! Przecież dla was to tak niewiele, a ile uczynicie dla tego fałszywego świata!

- Poznajesz ją, dowódco Smith? - zapytał jeden z żołnierzy. Więc w końcu i Irvin przylazł, by podziwiać mnie jak jakąś atrakcję? - Wygląda znajomo?

Drugi mężczyzna nie odpowiedział. Usłyszałam tylko odgłos kroków zbliżających się w moją stronę. Ktoś kucnął przede mną, unosząc lekko mój podbródek do góry. Syknęłam cicho z bólu.

Dostrzegłam wpatrujące się we mnie niebieskie oczy. Ich właściciel - barczysty blondyn - lustrował mnie spojrzeniem, nie wierząc, że istnieję.

- Jak brzmi twoje imię? - zapytał szeptem.

- Pieprz się... - rzuciłam jak najciszej potrafiłam. Nie musiał się zgrywać. Pewnie rozpoznał mnie, zanim w ogóle drugi żołnierz otworzył celę. Cholerny Irvin i ta jego upierdliwa pamieć do twarzy.

Smith westchnął zrezygnowany, po czym wstał, otrzepując spodnie z kurzu.

- Musimy już wracać - zakomunikował strażnik wypranym z emocji głosem.

- Już idę. - Blondyn obrócił się na pięcie i rzucając mi ostatnie spojrzenie, wyszedł z celi. Znów zaskrzypiał zamek, kiedy żołnierz przekręcał zamek w drzwiach. Znów zamknęłam oczy, czekając na wyrok.

Ale...

Moja tożsamość nie była już tajemnicą.

Moje życie pozostawało w rękach byłego dowódcy.

Co z tym zrobisz, Irvin?

****************************************
Rozdział 4: "Wyrok"
****************************************


W niektórych momentach moje życie było nie tyle nudne, co zbyt… pechowe, jeśli mogłam to ująć w ten właśnie sposób. Rzadko jednak zadawano mi tak ogromny ból, że pragnęłam modlić się jedynie o szybką śmierć. Nie miało już znaczenia, czy umrę godnie, czy dane będzie mi wyzionąć ducha w brudnej, cuchnącej celi. Zresztą, niejednokrotnie przekonałam się na swojej skórze, że w pewnych sytuacjach człowiek najzwyczajniej w świecie czuje się bezsilny i znudzony, a w efekcie zaprzestaje nawet walki o każdy kolejny oddech. I mnie właśnie już po spędzeniu kilkunastu dni w tej ciemnej klitce było wszystko jedno. Może gdyby wparował do pomieszczenia jeden z żołnierzy i zadał parę ciosów mieczem w klatkę piersiową, czułabym do niego wdzięczność? Nie wiedziałam sama.

Czy to nie zabawne? Nieugięta terrorystka, wcześniej wojskowa wywodząca się z dosyć dobrego domu pragnęła skonać. I choć wcześniej niejednokrotnie powtarzała sobie, że pragnie umrzeć godnie, poddała się plugawej Żandarmerii. Po prostu pogratulować pani kapral wytrzymałości nie tylko tej fizycznej, ale i psychicznej.

Moje rozmyślania przerwał hałas na korytarzu. Korytarzem szło parę osób. Nie spieszyły się. O czymś po cichu rozmawiały. Otworzyłam oczy i rozejrzałam się po klitce, oczekując na przybycie „gości”. Śmiało mogłam przypuszczać, że zmierzali w moją stronę – z tego, co mi było wiadomo, nikogo innego aktualnie nie więziono.

W końcu pojawili się. Kilku żołnierzy z Żandarmerii, Irvin, jakaś ciemnowłosa okularnica należąca do Oddziału Zwiadowców, Brzenska i… no właśnie, kto? Pośród tej całej wojskowej hołoty znajdował się starszy mężczyzna. Znudzony zaistniałą sytuacją, to lustrował mnie wzrokiem, to spoglądał na trzymane dłoni dokumenty.

Jeden z żandarmów otworzył drzwi i całe zbiorowisko weszło do celi. Otoczyli mnie jak jakąś atrakcję. Większość przyglądała się mi z obrzydzeniem, pozostali uciekali gdzieś wzrokiem. Irvin stał wyprostowany z tym swoim niewzruszonym wyrazem twarzy, wpatrując się w słaby płomień lampy, którą przyniósł ze sobą jeden z wojskowych.

Uśmiechnęłam się kpiąco.

- Chcecie przeprowadzić zbiorową egzekucję, czy co? A może wszystkie trzy dywizje postanowiły zorganizować sobie wypad na torturowanie więźniarki? Dalej, nie opierajcie się – rzuciłam cicho z kpiną w głosie. Stojący nieopodal żołnierz nie potrafił w sobie gniewu i kopnął mnie mocno w twarz. Zabolało.

- Zamknij się! Ścierwa takie jak ty nie mają prawa do głosu! Nie powinny się w ogóle narodzić! Lepiej…

- Wystarczy – przerwał facetowi staruszek, poprawiając spadające z nosa okulary. Rzucił jeszcze raz okiem na papiery, po czym zwrócił się do mnie: – Jesteś terrorystką pojmaną podczas obrony Trostu, prawda?

Nie odezwałam się. Nie skinęłam głową. Widocznie nieznajomy uznał to za odpowiedź twierdzącą.

- Nazywam się Dallis Zacklay. Jestem zwierzchnikiem wszystkich trzech wojskowych dywizji. W normalnym przypadku najprawdopodobniej zostałaby przeprowadzona twoja egzekucja, jednak zaistniało podejrzenie, iż możesz mieć jakieś powiązanie z którymś z oddziałów.

Czy takie informacje były mi do życia potrzebne? Miałam jedynie ochotę zasnąć i przestać słuchać tego dziada. Przynajmniej nie zaczął mnie od razu bić, by poznać moje personalia.

Jak gdyby się nad tym troszkę dłużej zastanowić, to ze wszystkich żołnierzy przeprowadzających moje przesłuchanie tylko Irvin i Zacklay nie powitali mnie kopniakiem w brzuch, czy innym aktem przemocy.

- Niespecjalnie mnie to interesuje. Możemy już przejść do momentu, w którym mnie zabijacie? – zapytałam, wzdychając teatralnie.

- Tak szybko chcecie się pożegnać z życiem, starszy kapralu Asahina? – wtrącił Smith. Obdarzyłam go nienawistnym wzrokiem. Nie powinien się angażować. To jego nie dotyczy!

- Zamknij się, Irvin – syknęłam. – Kapral Asahina zginęła sześć lat temu, zadźgana przez jednego z żołnierzy. Więc może dokończyłbyś w końcu dzieło swojego podwładnego i pozbędziesz się niewygodnej osoby?

- O czym wy pieprzycie?! Kim ona jest, do cholery?!

- Uspokój się. – Milcząca dotąd Brzenska położyła dłoń na ramieniu wybuchowego młodzieńca. – Dowódca Smith sugeruje nam tylko, że nasza terrorystka wcześniej była żołnierzem.

Staruszek odchrząknął. Spojrzał krytycznie na blondyna, przerzucając wolno kartki.

- Pragnę tylko zauważyć, Irvin, że w raporcie dotyczącym śmierci Asahiny Yuny zostało napisane: „Ciała denatki nie odnaleziono. Najprawdopodobniej zginęła podczas misji mającej zapewnić jednostce odwrót za mury.”. Mógłbyś to wyjaśnić?

Więc nawet sfałszowali dokumenty? Tamten gnojek nie miał odwagi, żeby przyznać się do zabójstwa przełożonej? Odruchowo spróbowałam zacisnąć dłoń w pięść, ale skończyło się to jedynie na kolejnej fali bólu.

Cholera…

- Przyznam się, że ze względu na dobro Oddziału Zwiadowców musiałem sporządzić raport w takiej a nie innej formie – wytłumaczył blondyn. – Wracając do aktualnej sprawy…

- Po co tutaj jeszcze stoicie, co…? Nie macie nic do roboty? Może sprawdźcie, czy jacyś pajace z wielkiej Żandarmerii nie siedzą w knajpie i nie zalewają się w trupa. Zabijcie mnie i będzie po kłopocie. Na nic wam się więcej nie przydam. – Nie mogłam tak po prostu siedzieć i wysłuchiwać tego steku bzdur. Po co odrywano tę szopkę? Żeby wykluczyć ewentualnie zagrożenie? Żeby przekonać się, że nie istnieje żadna alternatywna organizacja ucząca korzystania z trójwymiarowego manewru? Przecież i tak skończyłoby się na jednym – na mojej egzekucji.

Zapadła głucha cisza.

- Dalej, na co czekacie? Chcę umrzeć, dotrze to do was w końcu?!

- Jak możecie zauważyć, chyba największą przyjemnością dla Asahiny Yuny byłoby, gdybyśmy ukrócili jej żywot. A chyba nie o to w karze chodzi. Wszyscy chcemy sprawiedliwości, prawda? Wobec tego pokuta nie powinna być przysługą dla winowajcy. – Irvin wcale nie zwracał się w stronę zebranego tłumu. Cały czas uważnie obserwował moje reakcje. On chyba nie miał zamiaru…

Nie…

Cholera, tylko nie to…

Irvin, bądź przeklęty!

Niewystraczająco namieszałeś w moim życiu, co?!

- Coś sugerujesz? – Zacklay uniósł zaskoczony brew i spojrzał na dowódcę Oddziału Zwiadowców wyczekująco.

Cholerny Irvin i ta jego siła perswazji.

- Nie ukrywam, iż niewypowiedzianą stratą było zaginięcie tak lojalnego żołnierza jak Asahina, dlatego uważam, że lepsza kara za wielokrotne łamanie prawa i szkodzenie ludzkości to właśnie powrót w nasze szeregi i ponowne oddanie się służbie. – W tym miejscu zrobił dłuższą przerwę, by wziąć głębszy oddech. Z każdym jego kolejnym słowem rosło we mnie zdziwienie, ale i jednocześnie lęk. Nie chciałam z powrotem wracać do wojska. – A, jeszcze bym zapomniał, w końcu starszy kapral była przez jakiś czas dosyć dobrze znaną terrorystką, więc mogłaby ewentualnie wspomóc Żandarmerię w zamknięciu sprawy z przestępcami działającymi w stolicy. Reasumując, twierdzę, iż śmierć Asahiny Yuny nie przysporzyłaby korzyści nikomu innemu niż samej zainteresowanej. Zamiast zamordowania jej proponuję, by wcielić ją ponownie w szeregi Zwiadowców.

Miałam ochotę zniknąć, ale najpierw chciałam udusić Irvina gołymi rękoma. Znał mnie. Doskonale wiedział, co zrobić, by utrudnić mi życie do końca.

- Nie… Zabijcie mnie… - wykrztusiłam zszokowana. – Błagam…

- Ale ona zabijała ludzi! Jak można takiej szmacie zaufać?! – zaoponował któryś z żandarmów. Chciał już podejść do mnie i wymierzyć siarczysty policzek, ale gestem dłoni powstrzymała go okularnica.

- Spójrz na jej przerażoną twarz. Nie chce wracać do armii.

- Skoro tak przedstawia się sytuacja – głos ponownie zabrał starzec – to popieram Irvina Smitha i zobowiązuję starszego kaprala Asahinę Yunę do ponownego wstąpienia w szeregi Oddziału Zwiadowców. To tyle. – Nie czekając na reakcję pozostałych żołnierzy, po prostu wyszedł. Przez ramię obejrzał się jedynie na blondyna i rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie.

Byłam wściekła… Tak bardzo wściekła. Ale jednocześnie i bezsilna.

Od zabijania ludzi i udowadniania im tego, jakie to bardzo nudne i przewidywalne stworzenia, jedyną, godniejszą uwagi rozrywką było właśnie mordowanie tytanów. Adrenalina towarzysząca wyprawą za mury nie równała się z ryzykiem pojmania przez wojsko. Nie odczuwało się tej samej satysfakcji, widząc upadające na ziemię kolosalne ciało tytana i padających, martwych osób. Ta pierdoła doskonale wiedziała, jak skutecznie uderzyć w mój czuły punkt. Za długo i za dobrze mnie znała. Zgodziłabym się służyć w Oddziale Zwiadowców nawet ze względu na możliwość uśmiercania cuchnących i brudnych, ale jakże iście fascynujących stworzeń.

Irvin, ty dupku.

Kolejni żołnierze opuszczali celę, równie niezadowoleni co ja. Dzierżący klucze do celi mężczyzna wkurzony cisnął nimi w stronę Smitha. Obaj lustrowali się przez chwilę wzrokiem, jednak w końcu żandarm uległ i trzaskając drzwiami, opuścił pomieszczenie.

Zostałam w nim tylko ja, Irvin i nieznana mi z imienia okularnica.

- Ta dziewczyna nazywa się Hanji Zoe – zakomunikował Irvin, rozkuwając moje nadgarstki. Po chwili moje ręce opadły bezwładnie na brudną podłogę. – Została wtajemniczona w całą sprawę. Prawdę mówiąc, to ona pomogła odkryć twoją tożsamość.

Patrzyłam na niego z nienawiścią w oczach. Nie przejmując się jednak tym faktem, mężczyzna położył mi dłoń na ramieniu.

Nie miałam żalu do szatynki. Może i odgrywała jakąś tam rolę w tym całym przedstawieniu, jednak cały spektakl zaaranżował właśnie Smith.

- Jeszcze kiedyś mi za to podziękujesz.

Chciałbyś, Irvin. Nigdy nie będę ci wdzięczna za ocalenie mojego nudnego i żałosnego istnienia. Czy wyglądam ci na pierwszego, lepszego dzieciaka, który z całych sił walczy o przetrwanie? Pogodziłam się ze śmiercią. Więc po cholerę znów wpierdoliłeś się w nieswoje sprawy, co?

*****


Irvin, ty przeklęty dupku. Obiecuję, że kiedyś cię zabiję. I nie tylko za ten numer z powrotem do Oddziału Zwiadowców. Za zamknięcie mnie w szpitalu też odpokutujesz w piekle!

Niedługo po zakończeniu tego całego przedstawienia, dowódca stwierdził, że w takim stanie do niczego się nie przydam, więc w swej wielkiej wspaniałomyślności wysłał mnie na urlop do lecznicy. Oczywiście wybór placówki argumentował „przesympatycznym” personelem (a szczególnie pielęgniarkami, nie wnikałam, co mu do głowy przyszło) i profesjonalną opieką medyczną. No dobrze, może i gdybym była małym, początkującym kadetem, który zranił się podczas misji treningowej (a swoją drogą, żeby to zrobić, trzeba posiadać wyjątkowy dar przypadkowego samookaleczania), ale, do cholery, mnie raczej nie mógł zaliczyć do takiej kategorii. Nie z takimi ranami się walczyło.

Ale cóż, rozkazy rozkazami. Skoro już wydał polecenie, to postanowiłam, że chociaż na początku się go posłucham. I tak się zemszczę, smrodząc mu fajkami w całej siedzibie.

W sali leżałam sama. Może to i lepiej. Spokój, brak towarzystwa i cisza działały lepiej niż najlepsze medykamenty dostępne na rynku. Po kilku dniach pobytu w szpitalu zaczęłam dochodzić do siebie. Wcześniej bałam się spojrzeć w lustro, teraz jedynie rany na nadgarstkach budziły we mnie obrzydzenie. Pewnie minie trochę czasu, zanim odzyskałam w rękach pełną władzę. Nie istniały w końcu żadne magiczne napoje, po których człowiekowi od razu robiło się lepiej i wracał do pełni sił.

Moje rozmyślania przerwało pukanie do drzwi. Nie czekając na pozwolenie, w wejściu stanęła pielęgniarka. Sprawnym ruchem dłoni poprawiła spadające z nosa okulary i uśmiechnęła się sztucznie.

- Ma pani gościa – zakomunikowała. Westchnęłam, przewracając oczami. Znowu?

Już miałam poprosić, by odesłała natręta, jednak zdążyła już odejść. Do sali wpadła Hanji. Szatynka w pośpiechu trzasnęła drzwiami, rzuciła trzymany w ręce pakunek na stojącą obok łóżka szafkę nocną i z impetem usiadła na krześle. Jęknęła, ścierając rękawem munduru pot z czoła i spojrzała na mnie troszkę podłamana.

- Nasze obiekty badań – głos jej się łamał – zostały zamordowane!

Nie wiedziałam, dlaczego niemalże codziennie Zoe odwiedzała mnie w lecznicy, opowiadając zafascynowana o swoich badaniach i w ogóle o całym Oddziale Zwiadowców. Może Irvin kazał jej przychodzić, a może robiła to z własnej woli… A zresztą, nieważne.

- Tak, ja też się cieszę, że cię widzę, Hanji. – Uniosłam się trochę na poduszkach, spoglądając gdzieś w bok znudzona. – Co słychać?

- Jak możesz być tak nieczuła?! – zapytała z oburzeniem. Dostrzegłam, że łzy zbierają jej się w kącikach oczu. Wzruszyłam ramionami.

- Tak po prostu.

- Ale Sonny i Bean byli tacy słodcy!

Rozbawiła mnie. Niecodzienne spotyka się dziewczynę, która nie dość, że jest zwiadowcą, to jeszcze przejmuje się losem tytanów.

- Dziwna jesteś – mruknęłam. Zoe nawet nie przejęła się moją uwagą.

- A tak w ogóle to dzisiaj kończy się twój urlop. Przyniosłam ci mundur. – Wskazała dłonią na szafkę nocną. – No już, przebieraj się i jedziemy.

No nareszcie! Miałam już dosyć tego bezsensownego leżenia i nic nie robienia. Pewnie gdyby jeszcze potrzymali mnie w szpitalu z tydzień, to bym zwariowała.

- Daj mi kilka minut. – Odrzuciłam kołdrę, siadając na brzegu łóżka. Wciągnęłam kapcie na gołe stopy i zabrałam pakunek. Wyszłam z sali, kierując się w stronę łazienki. Kilka minut później odświeżona wróciłam do pokoju, gdzie nadal siedziała Hanji. Zauważywszy moją obecność, wstała i wyciągnęła z kieszeni płaszcza pudełko i… zapalniczkę?

- Od Irvina – wyjaśniła krótko, podając mi przedmioty. Zdziwiłam się w duchu. Fajki? Smith i papierosy? Nie, to było nie do pomyślenia.

Nie… Nie ryzykowałby, że w całym zamku zacznie mu cuchnąć. Musiał mieć jakieś interes, ale tym przecież mogłam się zająć później, prawda?

Odłożyłam na bok rozmyślania o motywacji Irvina i wrzuciłam paczkę do kieszeni płaszcza. Hanji uśmiechnęła się przyjaźnie, po czym niespodziewanie złapała mnie za kaptur i pociągnęła w stronę wyjścia z budynku. Na korytarzu mijałyśmy zszokowane pielęgniarki. Niektóre przecierały oczy ze zdumienia, inne chichotały pod nosem rozbawione.

- Puść mnie, do cholery – warknęłam, kiedy znalazłyśmy się przy wyjściu ze szpitala. Wyrwałam się z uścisku dziewczyny, obdarzając ją nienawistnym spojrzeniem. – Nie jestem małym dzieckiem, potrafię chodzić. Lepiej powiedz, czy wszystkie formalności są załatwione.

- Przejmujesz się takimi drobnostkami? – zapytała nie lada zdziwiona. – Irvin przecież mówił, że wszystkie zasady masz głęboko w poważaniu. Może to dlatego załatwił wypis za ciebie… Zresztą, nieważne.

Westchnęłam zrezygnowana, po czym wyszłam z budynku, nie czekając na dziewczynę. Uświadomiłam sobie jednak, że nawet nie wiedziałam, gdzie znajduje się obecna siedziba Oddziału Zwiadowców. Owszem, Zoe opowiadała o niej co nieco. Ponoć ze względu na dzieciaka-tytana Irvin stwierdził, że przeniosą się do zamku nieopodal muru Rose. Może i słusznie, gdyby nie fakt, że budynku nikt nie zamieszkiwał od dobrych kilku lat i trzeba było go wysprzątać. Oczywiście tym zajął się świeżo sformowana jednostka do zadań specjalnych. Aż mi się zrobiło żal żołnierzy, którym przypadło wyczyszczenie każdego najmniejszego zakamarka w zamku.

Przystanęłam i wyciągnęłam z płaszcza paczkę fajek. Wyciągnęłam jednego papierosa i przyjrzałam mu się uważnie. Tak, na pewno zakupu dokonał Smith. Kompletnie nie znał się na wszelkiego rodzaju używkach. Nie potrafił nawet wybrać dobrego wina, co osobiście uważałam za skandal i wypominałam mu to na każdym kroku.

- Coś nie tak? – Usłyszałam idącą za mną szatynkę.

- Taaa… - mruknęłam niezadowolona. – Przypomnij mi, żebym zabiła Irvina.

Schowałam papierosa z powrotem do pudełka, które wrzuciłam do najgłębszej kieszeni płaszcza.

- A co ci zrobił? – Dziewczyna stanęła przede mną. Wyglądała na totalnie zszokowaną i zdezorientowaną, jednak napotkawszy moje spojrzenie, przełknęła głośno ślinę.

- Próbował mnie otruć – wyjaśniłam takim tonem, jakiego używa rodzic, by wytłumaczyć małemu dziecku rzecz oczywistą.

- Żartujesz, nie? – zapytała zdziwiona.

- Nie. Nigdy nie żartuję.

****************************************
Rozdział 5: "Kara"
****************************************


Z miasta wyruszyłyśmy dopiero po południu. Zanim Irvin miałby zamknąć mnie w klatce, jaką niewątpliwie był zamek należący do Oddziału Zwiadowców, chciałam załatwić jeszcze parę spraw i, najważniejsze chyba, kupić papierosy, po których wypaleniu nie skończę w szpitalu. Oczywiście Zoe nieustannie narzekała, że w tym samym czasie, kiedy się ze mną włóczyła po mieście, mogłaby eksperymentować na niejakim Erenie. To właśnie dzięki niemu plan odbicia Trostu się powiódł.

Przez całą drogę buzia Hanji nie mogła się zamknąć i dzięki jej paplaninie nie potrafiła skupić się na własnych rozmyślaniach. Próbując ignorować szatynkę, skupiłam się na obserwowaniu otaczającej nas przyrody. Bezpośrednia droga z miasta do zamku wiodła przez las. Piaszczystą ścieżkę, na której z powodzeniem zmieściłyby się trzy jadące obok siebie konie, otaczały z obu stron gęste zarośla. Gdybym spojrzała w górę, zapewne zamiast błękitnego nieba zobaczyłam rozłożyste, zielone korony drzew. Spuściłam wzrok, przypatrując się leżącym na drodze pojedynczym kamieniom.

— Asahina? Słuchasz ty mnie w ogóle? —zapytała zniecierpliwiona Hanji. Spojrzałam na nią kątem oka, wzdychając z rezygnacją. Dziewczyna wydęła zabawnie policzki wyraźnie niezadowolona, że zaczęłam ją ignorować.

— Szczerze…? Niezbyt mnie interesują twoje próby nawiązania kontaktu z tytanami i ich „słodkie imiona”, które nadałaś swoim zwierzaczkom w przypływie weny twórczej —stwierdziłam, naciągając mocniej kaptur na głowę.

Oczy towarzyszki zaszkliły się, spojrzała na mnie z miną zbitego psa i próbując udawać obrażoną, odwróciła głowę.

— Jesteś taka nieczuła – mruknęła pretensjonalnie. — Zupełnie jak Levi.

A, tak… Levi. Już kilkukrotnie podczas naszych rozmów Zoe wspominała, że w niektórych sytuacjach zachowuję się podobnie do młodszego kaprala. Szybko jednak starałam się zmienić temat. Wracały do mnie obrazy sprzed sześciu lat, kiedy to ten dzieciak uświadomił mi, jakim to słabym żołnierzem byłam. Chociaż zabawne, że nadal myślę o nim jak o utalentowanym bachorze, który miał w życiu po prostu za wiele szczęścia. A przecież fakt faktem – był ode mnie o kilka lat starszy. I zapewne po sześciu latach służby wojskowej zasłużył sobie miano na najsilniejszego żołnierza ludzkości.

— Powtarzasz się, Hanji – zauważyłam, uśmiechając się pod nosem.

— Znałaś Leviego, zanim uznano cię za zmarłą, prawda? — zapytała niespodziewanie, poważniejąc. Uniosłam głowę totalnie zaskoczona.

— Skąd taki pomysł? — Próbowałam grać na zwłokę, jednak po chwili uznałam, że to i tak nie miało sensu. Jeśli spotkałabym się twarzą w twarz z młodszym kapralem, prawda wyszłaby na jaw. W końcu Zoe też idiotką nie była i potrafiła się domyślić, że kłamię, prawda? W niektórych sytuacjach nawet najlepsze kłamstwa nie ratowały życia.

— Nieprawda —zauważyła. Westchnęłam cierpiętniczo.

— No dobrze. Znałam. Czy to jakiś fenomen?

Hanji uśmiechnęła się przebiegle, jakby uknuła właśnie spisek czy intrygę albo odkryła skrywaną przeze mnie tajemnicę.

— A powiesz mi, dlaczego Irvin prosił mnie, bym nic nie wspominała o tobie Leviemu?

— Pewnie miał na głowie ważniejsze rzeczy — zasugerowałam, wzruszając ramionami. — Jeśli jednak jesteś tak ciekawa, zapytaj osobiście dowódcę. Nie siedzę mu w głowie i nie znam powodów, dla których mógłby wydać ci takie polecenie.

— To była prośba — poprawiła mnie. Już miałam skomentować jej wypowiedź, jednak odpuściłam sobie, widząc jej naburmuszoną minę.

— Niech ci będzie. To była prośba.

Pomimo swojej dziecinności i świra na punkcie eksperymentów, musiałam przyznać, że Zoe była spostrzegawczą osobą. Zresztą, czemu się tutaj dziwić? Skoro trudniła się badaniami nad tytanami, zdziwiłabym się, gdyby nie zauważała szczegółów. Przyznam jednak, że nie wyglądała jak szalony naukowiec. Biały fartuszek zupełnie do niej nie pasował. Z rozwichrzoną na wszystkie strony kitką, goglami i przyjaznym uśmieszkiem sprawiała wrażenie dziewczyny miłej, sympatycznej, ale troszkę roztrzepanej.

— Asahina… dlaczego zostałaś terrorystką?

Zachłysnęłam się powietrzem. Nie mogła zapytać się o to bardziej taktownie, skoro już była tak ciekawa?

— To nie twoja sprawa — warknęłam po chwili, zaciskając mocniej palce na wodzach. Może i Hanji wydawała się sympatyczna, ale nie uważałam jej za osobę idealną do zwierzeń, ba, najpierw zadałabym sobie pytanie, czy muszę się komukolwiek tłumaczyć, dlaczego podjęłam taką a nie inną decyzję.

— Przepraszam… nie chciałam cię zdenerwować — wymamrotała dziewczyna.

Zapadła pomiędzy nami niezręczna chwila ciszy. Nie chciałam się odzywać do dziewczyny. Pewnie wyładowałabym na niej swój gniew, a wołałam nie robić sobie wrogów na „dzień dobry”.

Po chwili jednak Zoe wybuchła śmiechem. Spiorunowałam ją spojrzeniem. Co ją tak bardzo bawiło?

— Wybacz… - wykrztusiła pomiędzy kolejnymi salwami niepohamowanego rechotu. — Jesteś żeńską, wyższą wersją Leviego?

Zirytowana pytaniem dziewczyny popędziłam konia, nawet nie obracając się za siebie i nie patrząc, czy Hanji zorientowała się, że już pojechałam. Nie chciałam jej uderzyć, a pewnie gdybyśmy szły na piechotę, trzepnęłabym ją już niejednokrotnie w tył głowy. Mogłam puścić jej płazem ciągły monolog o niezwykłości i wspaniałości tytanów, ale obiecałam sobie, że za ostatni komentarz pokutować będzie do końca mego marnego żywota.

Nawet nie zauważyłam, kiedy na horyzoncie pojawił się olbrzymi zamek. Chociaż marmurowa budowla nie porażała wysokością, sam jej widok wzbudzał podziw. Pewnie architekt stwierdził, że surowość budowli przełamie niebieski dach i stąd padł wybór nie na czerwone ani zielone, ale lazurowe dachówki.

— Zaczekaj! – Usłyszałam głos Zoe. Zerknęłam przez ramię. Dziewczyna popędzała konia, jakby bojąc się, że nie trafię do zamku.

— Co jest? — warknęłam, zatrzymując konia. Zawiał wiatr, zrzucając z mojej głowy kaptur. Trudno, stwierdziłam. Nie chciałam się teraz przejmować takimi bzdurami.

— Przecież miałam cię przyprowadzić. Irvin by mnie zamordował, gdyby się dowiedział, że mi uciekłaś — wytłumaczyła. Uśmiechnęłam się kpiąco.

—Szkoda, że jednak zdecydowałam się na ciebie poczekać. Widok twoich poćwiartowanych zwłok byłby ulgą dla mych oczu – stwierdziłam ironicznie, wzruszając ramionami. Hanji otworzyła usta ze zdziwienia. W jej oczach malowało się jednak przerażenie.

Wsadziłam rękę do kieszeni i wygrzebałam paczkę fajek kupionych w mieście. Towarzyszka już miała zaprotestować, jednak zapaliłam jednego papierosa, zaciągnęłam się i chuchnęłam jej dymem prosto w twarz. Szatynka zakrztusiła się i spojrzała na mnie karcąco.

— Nie mogłaś poczekać, aż przyjedziemy na miejsce? —zapytała pretensjonalnie pomiędzy atakami nagłego kaszlu.

— Nie. Chciałam zapalić teraz — skwitowałam znudzona.

— Okropna jesteś.

Słysząc tę uwagę, uśmiechnęłam się z wyższością i pochyliłam się lekko w stronę Zoe.

— Nie, słonko. Okropna to ja dopiero będę — oświadczyłam przesłodzonym tonem, kończąc papierosa. Niedopałek wyrzuciłam na drogę. Hanji przełknęła głośno ślinę. Dostrzegłam spływające po jej czole krople potu. — Możemy jechać dalej — dodałam po chwili i popędziłam konia w stronę zamku.

— A mogłam siedzieć cicho… - mruknęła sama do siebie dziewczyna.

W całkowitej ciszy przerywanej tylko przez podmuchy wiatru dojechałyśmy do zamku. Szatynka więcej się do mnie nie odzywała. Nie wiedziałam, czy nie chciała mnie przypadkiem jeszcze bardziej wkurzyć, czy wolała nie usłyszeć więcej uwag z mojej strony. Chociaż właściwie na jedno by wychodziło.

Zaprowadziłyśmy konie do zagrody i przekazałyśmy wodze dzieciakowi, który akurat pełnił dyżur. Chłopak obiecał, że zwierzakami się zajmie, po czym wyszłyśmy ze stajni i Hanji od razu otoczył wianuszek… wielbicieli? Bez przesady, to pewnie byli żołnierze z jej oddziału, z tym że oprócz standardowych pytań o odkrycia dotyczące tytanów (ciekawe tylko, gdzie ona miała eksperymentować), chcieli się dowiedzieć, czy nie spotkała się z jakimś mężczyzną. Słuchając ich konwersacji, myślałam, że umrę. Hanji za wszelką cenę próbowała uniknąć konwersacji o jej życiu prywatnym, jednak zamiast tego stworzyła sytuację tak komiczną jak widok błagających przełożonego żołnierzy, którzy za wszelką cenę chcą uniknąć kary.

— Irvina gdzie znajdę? — zapytałam po chwili, patrząc na towarzyszkę, która błagała mnie wzrokiem, bym nie zostawiała jej samej z uciążliwymi żołnierzami.

— Powinien być u siebie — jęknęła Zoe. Uśmiechnęłam się ironicznie.

— Gdybym jeszcze wiedziała, gdzie ten du… — Nie zdążyłam skończyć, ponieważ przerwał mi znajomy głos. Głos tego wnerwiającego sztywniaka, ignoranta i debila w jednym —Irvina Smitha.

— O, dowódco… właśnie miałam iść cię szukać – zwróciłam się w stronę barczystego blondyna, który przewyższał każdego przeciętnego żołnierza przynajmniej w głowę. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że mój głos był przesłodzony i zupełnie różny od mojego charakteru.

— Widzę, że już przyjechałyście. Zabieram ją, Hanji — oświadczył, nie zwracając większej uwagi na błagalne spojrzenie szatynki i ruszył w stronę wejścia na dziedziniec. Pomachałam do dziewczyny na pożegnanie, po czym udałam się za Irvinem.

Czy miałam wyrzuty sumienia, że zostawiłam Zoe na pastwę rządnych wiedzy żołnierzy? Nie. Nawet mnie to cieszyło. Niech w końcu ktoś ją, a nie ciągle ona katuje rozmową innych. Miła odmiana zawsze dobrze wpłynie na organizm, nieprawdaż?

Smith zwolnił kroku. Widocznie czekał, aż go dogonię. Westchnęłam. Kiedy już się z nim zrównałam, obdarzyłam go nienawistnym spojrzeniem. Nadal nie miałam zamiaru odpuścić mu tego przedstawienia, które odegrał przed Żandarmerią i Zacklayem.

Nie odzywając się do siebie, przeszliśmy przez bramę, mijając oczywiście zdumionych żołnierzy (niecodziennie można zobaczyć dowódcę Oddziału Zwiadowców spacerującego z wojskową, którą widzą po raz pierwszy na oczy). Blondyn nawet nie zwrócił uwagi na podwładnych, tylko udał się w stronę kolejnego wejścia, tym razem prowadzącego bezpośrednio do części mieszkalnej. Zostawiliśmy w tyle wysprzątany na błysk dziedziniec, po czym weszliśmy do budynku. Po paru minutach trafiliśmy w końcu do gabinetu Irvina. Mężczyzna wyjął z kieszeni munduru klucz, włożył do zamka, przekręcił i otworzył drzwi. Wpuścił mnie do środka i poprosił, bym się rozgościła. Widząc stojące obok ogromnego biurka krzesło, usiadłam na nim i zaczekałam, aż gospodarz zajmie miejsce w czarnym fotelu naprzeciwko mnie.

— Napijesz się czego? — zapytał, siląc się na uprzejmość.

— Jestem zmuszona odmówić — oświadczyłam, odgarniając wpadającą do oczu grzywkę. Sztywniak westchnął i usiadł w fotelu. — Może byś mi w końcu wyjaśnił, na cholerę ta cała szopka, co?

— Zawsze byłaś taka bezpośrednia, Yuna — stwierdził z dezaprobatą w głosie.

— Nie nazywaj mnie po imieniu, bo ci nogi z dupy powyrywam — warknęłam, taksując mężczyznę wzrokiem. Przez sześć lat nie zmienił się ani trochę. Chłodny, nieprzystępny, arogancki, bezczelny, sztywny facet — taki w moich oczach był Irvin Smith. I co ci wszyscy ludzie w nim widzieli? Idealny przywódca? Śmieszne. Potrafił wyzbyć się człowieczeństwa, kiedy tego potrzebował? Żałosne.

— Nie unoś się — upomniał mnie. Zacisnęłam dłoń w pięść i uderzyłam nią o stół. Syknęłam cicho, czując ból w nadgarstku.

— To powiedz mi… na cholerę…? Na cholerę żeś się wtrącał w nieswoje sprawy?! — wybuchłam. Miałam ochotę go zabić. Po prostu.

— Ponieważ jesteś moim żołnierzem — wyjaśnił spokojnie. I to tylko tyle? Tak się tłumaczył po sześciu latach. Prychnęłam z wyższością, krzyżując ręce na piersiach.

— Tsaa… Może jeszcze dodasz, żem najświętsza i najbardziej religijna na świecie? Rzygać mi się chce, kiedy słyszę, jak kłamiesz. Rzygać mi się chce, kiedy na ciebie patrzę. Uszanowałbyś w końcu moje decyzje, co? Więc czego tym razem chcesz?

Smith milczał przez chwilę. Zamknął na chwilę oczy, ponownie je otworzył i westchnąwszy, spojrzał na mnie całkowicie poważnie.

— Yuna, posłuchaj przez chwilę…

— Nie nazywaj mnie tak, do cholery! — krzyknęłam. Już nie byłam tylko wkurzona. Najchętniej rozszarpałabym go na strzępy. Już. Teraz. Zaraz.

— Rozumiem, że masz mi za złe to, co stało się sześć lat temu. — Zupełnie nie przejmował się, że mu przerwałam. Dlaczego był taki opanowany, co?! Nie mógł chociaż raz się unieść i trzepnąć mnie porządnie w twarz? — Wiem, że teraz najchętniej pobiłabyś mnie na śmierć. Znam cię lepiej niż myślisz, Yuna. Potrafisz zabić i się nawet nie obejrzeć. Ty już nie jesteś człowiekiem. Jedyne, co cię powstrzymuje, to lojalność.

— Dlaczego mówisz rzeczy, które wiem od dawna? — prychnęłam, zaciskając palce prawej ręki na lewym ramieniu.

— Chcę cię uświadomić, jak bardzo cenny nabytkiem dla wojska jesteś. Twoja śmierć nie przyniosłaby nikomu żadnych korzyści. Wniosłem o przydzielenie cię do Oddziału Zwiadowców tylko dlatego, że doskonale znam twoją wartość.

Chrząknęłam.

— Traktujesz mnie jak przedmiot — zauważyłam już spokojniej. Sama nie wiedziałam, dlaczego potrafiłam przy Irvinie powstrzymać swój morderczy instynkt. Większość ludzi po wypowiedzeniu takich słów wąchałaby już kwiatki od spodu.

— Nie jesteś już człowiekiem. Z powodzeniem mógłbym porównać cię do tytanów, ale muszę przyznać, że w przeciwieństwie do nich myślisz.

Kąciki moich ust mimowolnie uniosły się ku górze. Po raz pierwszy nie owijał w bawełnę. Był szczery, a ja lubiłam takie osoby. Jeśli ktoś stanął ze mną twarzą w twarz i powiedział, że nie uważa mnie za istotę ludzką, oczywiście nie robiąc tego ze strachu lub z obawy o własne życie, zyskiwał mój szacunek.

— I wyciągnąłeś mnie z tej celi tylko dlatego, żeby z powrotem wcielić do swojej armii samobójców? — zapytałam po dłuższej chwili milczenia.

— Słyszałaś pewnie o Erenie Yaegerze?

Yaeger? Co prawda, Hanji niejednokrotnie poruszała temat eksperymentów na dzieciaku – tytanie, ale nigdy nie wspominała jego nazwiska. Zmarszczyłam brwi.

— Coś się stało? Kojarzysz go?

— Muszę przyznać, że samego bachora akurat nie, ale… Staruszek, który mnie poskładał po tym całym… „wypadku” – tutaj spojrzałam na Smitha znacząco — miał na nazwisko Yaeger, o ile mnie pamięć nie myli.

— Raczej jeszcze nie masz demencji starczej, więc powiedzmy, że ci wierzę — stwierdził mężczyzna.

Czując niepohamowaną chęć wypalenia papierosa, włożyłam rękę do kieszeni w celu znalezienia paczki fajek, wyciągnęłam jedną i nie czekając na reakcję Irvina, pozwoliłam sobie się zaciągnąć.

— Jeśli próbowałeś być zabawny, niezbyt ci to wyszło — skomentowałam. Pan dowódca nigdy nie miał poczucia humoru. A skoro już o tym mowa… — Właśnie… — Włożyłam rękę do którejś z kieszeni płaszcza (swoją drogą, to całkiem pojemne te mundury, nie powiem) i wygrzebałam „podarek” blondyna, po czym położyłam go na biurku. — Następnym razem, jeśli będziesz chciał wybierać fajki, by komuś zrobić przyjemność, zapytaj się kogoś bardziej doświadczonego. Dobrze ci radzę. Inaczej potrujesz wszystkich dokoła.

Irvin milczał. W pewnym momencie westchnął z rezygnacją, zgarnął opakowanie z blatu, wysunął jedną z szuflad biurka i wrzucił do niej paczkę.

— A teraz tak na poważnie. O co chodzi z tym gówniarzem? — mruknęłam. Niech już mu będzie. Skoro tak bardzo chciał, żebym mu pomogła i posunął się nawet do kłamania przed zwierzchnikiem całej armii (skąd miał wiedzieć, że posiadałam informacje na temat przestępczej działalności w podziemiu), to naprawdę mu zależało.

— Nie zmieniłaś się, co, Yuna?

— Zaraz ci naprawdę wydrapię oczy… — syknęłam. Smith wstał z miejsca i podszedł do ustawionej równolegle do biurka meblościanki. Ignorując moje groźby, wyciągnął ze sterty dokumentów dwie teczki, które położył na biurku.

— Rzuć okiem. — Uprzedził mnie, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.

Westchnęłam z rezygnacją i przejrzałam pierwsze papiery. Niestety, musiałam stwierdzić, że nie zebrali zbyt wiele informacji o Erenie. Kilka zdań dotyczących dzieciństwa, przebieg procesu sądowego i sprawozdanie z misji odbicia Trostu nie były, jak na moje oko, wystarczające.

— Kobieta-tytan? — Uniosłam lekko brew, otworzywszy drugą teczkę.

— Posiada inteligencję.

— Irvin… Dlaczego mi to pokazujesz? Te papiery nie wyglądają mi na niewinny raport, którego zawartość zna połowa Oddziału Zwiadowców — zauważyłam, mrużąc oczy.

Irvin wziął głęboki oddech, zamknął otwarte dotychczas okno i rozsiadł się wygodnie w swoim fotelu.

— Na pewno niczego się nie napijesz, Yuna?

*****


Levi zamieszał metalową łyżeczką w filiżance wypełnionej po brzegi jeszcze ciepłą herbatą, spoglądając znudzony na Petrę i Auruo, którzy od samego rana kłócili się o nic nieznaczące sprawy. Młodszego kaprala nie interesowały sprzeczki członków swojego zespołu, ale musiał przyznać, że na dłuższą metę słuchanie nieustannie krzyczących żołnierzy stawało się nie tylko irytujące, ale i męczące.

— Moglibyście się już w końcu zamknąć — syknął, przerywając ostrą wymianę zdań pomiędzy dwojgiem podwładnych. W złości wygiął trzymany pomiędzy palcami sztuciec i spojrzał na towarzyszy karcąco.

Przy stole zapadła cisza. Zawstydzona swoim zachowaniem Petra spuściła wzrok na swoje ułożone na kolanach dłonie. Zacisnęła palce na materiale spodni. Nie chciała zdenerwować Leviego, ba, to chyba była ostatnia rzecz, jaką zrobiłaby w życiu, ale tym razem Auruo przesadził. Najbardziej jednak przerażał ją fakt, że podczas kłótni z Bossardem kompletnie zapomniała o obecności dowódcy. I właśnie uświadomiwszy sobie to wszystko miała ochotę zapaść się pod ziemię.

Eren obserwował całą sytuację z boku, próbując jednocześnie tłumić wybuch śmiechu. Czekał tylko, aż w końcu cierpliwość przełożonego się skończy i skarci awanturników. Chociaż szanował starszych i bardziej doświadczonych członków drużyny, czasem po prostu już nie mógł się powstrzymać od stwierdzenia, że zachowują się jak małe, rozkapryszone dzieci. Gdyby jeszcze tydzień temu ktoś powiedział świeżo upieczonemu zwiadowcy, że po odbiciu miasta zaatakowanego przez tytanów, rozprawie sądowej, na której został dotkliwie pobity, trafi do oddziału składającego się z najlepszych żołnierzy pod dowództwem młodszego kaprala Leviego we własnej osobie, najprawdopodobniej wyśmiałby delikwenta, zalecając terapię u specjalisty.

Gunter i Erd ledwo powstrzymywali się od napadu szaleńczego chichotu. Obaj doskonale wiedzieli, jak skończy się cały incydent. Zresztą, kto miałby tyle siły, by wysłuchiwać kłótni „starego, dobrego małżeństwa” od świtu aż do zmierzchu i nie zwrócić na to uwagi. Może i ich dowódca do cierpliwych należał, ale nie warto było nadeptywać mu na odcisk. A jak już się kaprala zdenerwowało, to stawał się bardziej drażliwy niż kobieta w ciąży.

Levi gwałtownie wstał, omiótł wzrokiem pomieszczenie, po czym spojrzał z wyższością na sprawców całego zamieszania.

— Wasza dwójka i Eren… posprzątajcie tutaj — rozkazał po chwili milczenia i wyszedł z opustoszałej po obiedzie stołówki. Nie chciał słyszeć ani jednego słowa sprzeciwu.

Erd poklepał siedzącego obok Auruo po plecach i uśmiechnął się z politowaniem. Bossard spojrzał na blondyna z nienawiścią, odtrącając jego dłoń.

— Widzisz, co narobiłaś? — warknął w stronę Petry. Dziewczyna nadęła policzki niezbyt zachwycona perspektywą wspólnych porządków tym bardziej, że stołówka po „inwazji” zmęczonych treningami żołnierzy wyglądała jak chlew.

— To twoja wina — mruknęła.

Eren jęknął, gdy jego czoło pokazowo zaliczyło nieprzyjemne spotkanie z drewnianym stołem. To chyba jakiś śmieszny żart! Dlaczego to on miał pokutować za to, że jego towarzysze nie potrafili w odpowiednim momencie trzymać języka za zębami?

— Co jest, Eren? — Gunter spojrzał na chłopaka lekko zdziwiony.

— Co ja takiego zrobiłem, że kapral kazał mi sprzątać?!

*****


Levi sam nie wiedział, co go sprowadziło pod gabinet Irvina. Od pięciu minut stał przed drzwiami z zawieszoną w powietrzu dłonią, wahając się, czy zapukać, czy może jednak dać sobie spokój i pójść odstresować się, składając ubrania. A swoją drogą, musiał przyznać, że dawno nie zabierał się za porządki w szafie, chociaż już dawno powinien znaleźć na to czas.

Kiedy kapral zdecydował się, żeby wejść, drzwi otworzyły się z rozmachem, uderzając go w bok. Brunet już miał skarcić sprawcę całego zamieszania (o ile oczywiście nie byłby to Irvin), gdy z pokoju wyszła co najmniej wyższa o niego o głowę szatynka. Nie, nie Hanji. Znał ją, na pewno, ale w tej chwili nie mógł sobie przypomnieć jej imienia.

Dziewczyna spojrzała na Leviego znudzona, odgarniając opadającą na oczy grzywkę.

— Szeregowy… — mruknęła po chwili. Mierzyła chłopaka spojrzeniem bystrych, brązowych oczu. — Dawno żeśmy się nie widzieli.

Levi stał oniemiały, nie mogąc wykonać ani jednego ruchu. Przecież ona nie żyła od sześciu lat! Duch? Nie wyglądała na ducha. Sprawiała wrażenie zadziwiająco realistycznej.

— Pani kapral? — wykrztusił. Po raz pierwszy od wielu miesięcy na jego twarzy zagościło coś innego niż irytacja, wściekłość, czy pozorny spokój i opanowanie.

Szatynka uśmiechnęła się przekornie i położyła bladą dłoń na ramieniu chłopaka.

— I co? Upilnowałeś własnej dupy?

**************************************************
Rozdział 6: "Spotkanie w strugach deszczu"
**************************************************


— …kapralu…?

Znudzony Levi uniósł wzrok znad wypełnianych dokumentów i zmierzył wzrokiem Erena, który porządkował książki według wielkości i ustawiał je na regale. Irytujący głos dzieciaka niespodziewanie wyrwał kaprala z zamyślenia.

Chłopak wpatrywał się w przełożonego z niepokojem wymalowanym na twarzy.

— Co jest, Eren? — zapytał podwładnego, obrzucając go pretensjonalnym spojrzeniem. Yaeger szybko odwrócił wzrok i wrócił do wykonywania przerwanego zajęcia.

— Nie, nic, kapralu… — mruknął.

Świeżo upieczony zwiadowca już niejednokrotnie przyłapał siebie na tym, że w obecności Leviego nie potrafił się odpowiednio wysłowić i często się jąkał, co spotykało się z dezaprobatą ze strony dowódcy. W pewnym sensie chłopak mógł stwierdzić, że mimo wszystko bał się przełożonego. Chociaż nie przebywał długo w Oddziale Zwiadowców, zdążył zauważyć, że kapral bywa strasznie drażliwy. I to właśnie od rana nie dawało mu spokoju.

Ani przy śniadaniu, ani podczas porannego treningu Levi nie zwrócił uwagi na wieczne kłótnie Petry z Auruem. Od poprzedniego wieczora wydawał się nieobecny, jakby nad czymś intensywnie się zastanawiał.

— To mi nie przeszkadzaj w pracy — warknął przełożony, przenosząc z powrotem wzrok na papier.

Eren westchnął. Mógł pomyśleć dwa razy, nim odezwał się w obecności kaprala, szczególnie, kiedy ten pracował.

Nagle Levi gwałtownie wstał, rzucił długopis na czysty blat biurka i ruszył w kierunku drzwi. Minął kompletnie zaskoczonego Yaegera, który z wrażenia wypuścił z rąk grube tomisko encyklopedii. Książka z hukiem upadła na podłogę, przygniatając palce u prawej nogi rekruta. Chłopak skrzywił się i gwałtownie wyjął stopę z zamiarem pozbycia się ciężaru.

— Wychodzę — oświadczył krótko kapral, naciskając klamkę. Drzwi otworzyły się z cichym skrzypieniem. Nim opuścił gabinet, zmierzył wzrokiem poszkodowanego podwładnego i bałagan, z którym się zmagał, po czym rzucił Erenowi znaczące spojrzenie. Brunet nie chciał zastać artystycznego nieładu po powrocie. — Kiedy skończysz, zajmij się podłogą — dodał jeszcze, zatrzymując się w progu, po czym ruszył korytarzem na zamkowy dziedziniec.

Levi minął paru żołnierzy. Nie zwracał zbytnio uwagi, czy przeszedł obok niego rekrut, czy sam Irvin. Od wieczora spokoju nie dawało mu niespodziewane spotkanie przed gabinetem Smitha.

Dlaczego Asahina Yuna przeżyła nieszczęśliwy wypadek sprzed sześciu lat?

Dlaczego Asahina Yuna pojawiła się znikąd po tak długim okresie czasu?

Zapytał Irvina. Dowódca Oddziału Zwiadowców stwierdził tylko, że starszy kapral przebywał w tym czasie w więzieniu.

Levi jednak nie wierzył przełożonemu.

Nie było powodu, dla którego Asahina Yuna miałaby siedzieć za kratkami.

Brunet wyszedł na dziedziniec. Od razu uderzył go przenikliwy chłód. Słońce przysłoniły deszczowe chmury. Levi zdał sobie sprawę, że dawno nie padało.

— Przecież ci mówię, że to nie mój wymysł. Irvin prosił. — Młodszy kapral usłyszał jęczącą Hanji. Obrócił głowę w prawo i zobaczył, że okularnica błagalnie patrzy na siedzącą pod drzewem Asahinę. Yuna nie zwracała większej uwagi na Zoe i nigdzie się nie spiesząc, wypalała papierosa.

— Niech każe segregować papiery gówniarzom. Mam ciekawsze rzeczy do roboty — stwierdziła, odgarniając wpadające do oka brązowe kosmyki.

— Ale… Odkąd wstałaś, wylegujesz się i nic nie robisz! — wypomniała jej Hanji.

Asahina wzruszyła ramionami, odwracając wzrok.

— Nie wyspałam się.

— Żartujesz?! — Hanji spojrzała na starszego kaprala z wyrzutem. — Obudziłam cię przed dziesiątą i ty mi mówisz, że jesteś zmęczona?

Levi westchnął z dezaprobatą. Pamiętał, że zawsze Yuna wstawała stosunkowo późno w porównaniu do innych żołnierzy. Mało który człowiek ośmielił się wejść do jej pokoju przed jedenastą, a jeśli już zdecydował się na tak drastyczny krok, z reguły wracał z powybijanymi zębami.

— Myślałam, że Irvin cię uprzedził, że mnie się nie budzi. Nie? To szkoda — Asahina teatralnie przewróciła oczami. — A tak w ogóle… kapralu, co cię tutaj przywiało?

Zoe podskoczyła jak oparzona i powoli się odwróciła. Nie chciała znaleźć się w jednym miejscu pomiędzy sadystami, którzy w każdej chwili mogliby ją rozszarpać, gdyby tylko zadała nietaktowne pytanie. Na czole okularnicy pojawiło się parę kropelek potu.

— To… ja idę! — rzuciła, machając kapralom na pożegnanie, po czym szybko uciekła do zamku.

Yuna westchnęła z dezaprobatą, wyrzuciła niedopałek i sięgnęła po kolejnego papierosa. Zapaliła, zaciągnęła się i spojrzała na Leviego. Brunet taksował ją wzrokiem.

— Świetne widoki tam na górze? — zapytała spokojnie, uśmiechając się ironicznie. — Jesteś taki malutki, że to pewnie rzadkość.

— Wolę być niski niż nałogowo jarać — stwierdził, patrząc znacząco na papierosa, którego trzymała pomiędzy dwoma palcami.

— Wolę jarać niż ćpać.

— Nie biorę żadnego świństwa — oświadczył z aż nader opanowanym wyrazem twarzy.

— A to spojrzenie to niby skąd?

Nie odpowiedział. Po krótkim namyśle niedaleko Asahiny i zaczął wyrywać pojedyncze źdźbła trawy.

Zapadła cisza.

— Dlaczego przeżyłaś? — zapytał prosto z mostu. Nie był typem człowieka, który owija w bawełnę i czaruje rozmówcę, by w końcu uzyskać pożądaną odpowiedź.

— Kto wie… — Szatynka westchnęła. — Sama myślałam, że to już koniec.

— Dlaczego nie wróciłaś wcześniej do Oddziału Zwiadowców?

Yuna zacisnęła dłoń w pięść. Doskonale wiedziała, że przy kolejnym spotkaniu Levi na pewno przeprowadzi przesłuchanie, chociaż w jej opinii nie był ciekawski. Nie wypytywał o niezręczne rzeczy, jak to potrafili inni. Chodziło tylko o rozwianie wątpliwości.

— Nie chciałam — odpowiedziała krótko.

Wystarczyło. Zamknęła oczy, wsłuchując się w szum wiatru.

— I pewnie bym nie wróciła, gdyby Irvin się nie wtrącił w moje prywatne sprawy — dodała po chwili.

Brunet uważał, że Asahina nie dogadywała się z innymi zwiadowcami. Najzwyczajniej w świecie ich infantylność i przewidywalne zachowanie ją irytowały, przez co niejednokrotnie wszczynała kłótnie. Nie była tak opanowana jak Levi. Często odzywała się w najmniej odpowiednich momentach, dostrzegając drobnostki. Ośmieszała przełożonych przed resztą zespołu, a podwładnych upokarzała. Mimo wszystko jednak nie miał ochoty jej zabić, kiedy rzuciła ciętą ripostą. Odmiennością wzbudzała sympatię, chociaż nigdy nikt nie powiedział tego głośno. Przynajmniej nigdy przy nim.

Z budynku wyszła grupka żołnierzy, gawędząc ze sobą wesoło. Yuna otworzyła oczy i powiodła znudzonym wzrokiem po ich sylwetkach. Trzy dziewczyny i dwóch chłopaków rozmawiało ze sobą głośno — zbyt głośno jak na gust osoby, którą rozdrażniła poranna pobudka.

— Zaraz im nogi z dupy powyrywam — mruknęła sama do siebie, kończąc papierosa.

Nagle do grupy podszedł zwiadowca równie zirytowany hałasem co starszy kapral i zaczął uspokajać grupę, przypominając, że nie wszyscy życzą sobie, by drzeć się na pół dziedzińca. Wojskowi jednak nie zwracali na niego najmniejszej uwagi.

Levi gwałtownie wstał i podszedł do kłócących się żołnierzy. Asahina stwierdziwszy, że i tak nie ma nic ciekawszego do roboty, poszła w ślady młodszego kaprala.

— …więc uprzejmie prosiłbym, byście zachowywali się jak cywilizowani ludzie…

— Próbujesz nam podskoczyć, bo wychowali cię burżuje?! — Jeden z żołnierzy, dosyć barczysty i dobrze zbudowany, miał już dosyć chłopaka. Złapał go za fraki i poderwał do góry.

Asahina miała okazję przyjrzeć się bliżej dzieciakowi, który postanowił uspokoić głośno zachowujących się żołnierzy. Blondyn. Zielone oczy. Średni wzrost.

— Ej, wy tam. Zamknijcie się w końcu. — Awanturnicy usłyszeli przepełniony jadem głos Leviego. Podszedł do grupki zwiadowców i zmierzył ich wzrokiem. Dziewczyny odsunęły się przerażone obecnością kaprala. Śmiałek, który zaczepił blondyna, odskoczył od chłopaka jak przerażony i schował się za swoim kolegą.

Yuna przypatrywała się całej sytuacji iście rozbawiona. Kto by przypuszczał, że w ciągu tych kilku lat na sam jego widok żołnierze zaczną zachowywać się jak potulne baranki.

— K-kapralu to wszystko w-wina t-tego r-rozpieszczonego dz-dzieciaka — wykrztusiła jedna z dziewczyn, przytulając się mocno do towarzyszki.

Levi zlustrował wzrokiem żołnierzy.

— Nic by się nie stało, gdybyście nie zaczęli się drzeć… Przeklęci gówniarze. Takie bachory jak wy…

Nie dokończył. Poczuł ciężar za swojej głowie. Spojrzał w bok i zobaczył podpierającą się na nim Asahinę. Narodziła się w nim chęć mordu.

— Nie piekl się tak bardzo, karzełku — rzuciła, odgarniając włosy. Z nienawiścią spojrzała na grupkę żołnierzy, którzy wywołali zamieszanie.

— Ty cuchnąca palaczko… ostrożniej dobieraj słowa — zagroził, zaciskając dłoń w pięść. Reszta zwiadowców odsunęła się od „grzecznie rozmawiającej” dwójki, przypuszczając, że w najgorszym wypadku wszyscy mogliby wylądować w szpitalu.

Każdy normalny wiedział przecież, że z młodszego kaprala Leviego się nie kpi.

A tym bardziej z jego wzrostu.

— Mówiłeś coś, gówniarzu? Ciocia nie słyszała. — Yuna teatralnie przyłożyła dłoń do ucha, uśmiechając się ironicznie pod nosem.

— Niech tytan zrobi sobie z ciebie obiad — warknął.

— Przykro mi, muszę stwierdzić, że nie jestem smaczna.

Widząc rosnący gniew Leviego, grupka głośno zachowujących się żołnierzy pobiegła w stronę zamku z zamiarem jak najszybszego ukrycia się. Brunet spojrzał nienawistnie na Asahinę. Dziewczyna przewróciła oczami i odsunęła się od chłopaka.

Poczuła na swojej twarzy pierwsze krople deszczu. Wzniosła oczy ku niebu, błądząc wzrokiem po szarych chmurach.

Blondyn wpatrywał się zszokowany w starszego kaprala.

— To niemożliwe… Nie możesz być… Asahiną Yuną…

Szatynka gwałtownie spuściła wzrok i spojrzała na chłopaka.

— Ta, to ja — potwierdziła. — Znamy się?

Zielone oczy chłopaka błysnęły, jakby właśnie zobaczył osobę, której nie widział całe wieki. Zwiadowca uśmiechnął się promiennie, powstrzymując zbierające się łzy. Szatynka patrzyła na niego z obojętnością, chociaż gdzieś tam w środku była szczerze zaskoczona, że nieznany jej dzieciak skądś ją kojarzy.

— Nie pamiętasz mnie, prawda? Racja, w końcu minęło dwanaście lat od naszego ostatniego spotkania — stwierdził, unikając wzroku Asahiny.

— Powiedz mi w końcu, do cholery jasnej, jak się nazywasz, bo jeśli nadal będziesz czarował, to na pewno sobie nie przypomnę — zironizowała, wznosząc oczy ku niebu.

— Luca… — powiedział lekko speszony.

Szatynka zamyśliła się. Imię chłopaka wydawało się całkiem znajome. W swoim życiu niejednokrotnie spotkała przedstawicieli płci brzydkiej, którzy tak się jej przedstawili.

— Mały, wkurzający kuzyn.

— To ty mnie oblewałeś wodą, kiedy spałam, prawda? — zapytała chłodno, piorunując go spojrzeniem. Blondyn przełknął głośno ślinę. Musiał otwarcie przyznać, że Yuna go przerażała. I stwierdził po chwili, że pewnie nie tylko jego. Skoro potrafiła pokłócić się z młodszym kapralem i nie wylądować w szpitalu...

— Dokładnie — potwierdził zakłopotany, pocierając tył głowy.

Szatynka niespodziewanie złapała go za ucho i mocno pociągnęła. Luca skrzywił się, patrząc błagalnie na Leviego. Brunet wzruszył tylko ramionami. Nie chciał wtrącać się w nieswoje sprawy.

— To teraz się zemszczę, mała pierdoło.

— Czekaj! — Asahina spojrzała na chłopaka zdezorientowana. — Może na początek jakieś: „Kochany kuzynie, tak dawno cię nie widziałam. Chodź, wyściskam cię.” Albo coś w tym guście? Ała, to boli — jęknął. Zorientował się, że dziewczyna ciągnie go w stronę studni. Ponownie spojrzał błagalnie na obojętnego kaprala. — Ratunku! Pomocy! Wściekła diablica chce mnie utopić!

Słysząc czyjeś wrzaski, paru ciekawskich żołnierzy wyjrzało na dziedziniec przez otwarte okna. Większość z nich zbladła albo roześmiała się, widząc Lucę, który usilnie próbował wyrwać się niewiele niższej od niego szatynce.

— Zamknij się, gówniarzu. Działasz mi na nerwy — warknęła, stając delikwentowi na stopie.

Z zamku wybiegła przerażona Hanji. Zbladła, dostrzegłszy swojego podwładnego siłującego się z Asahiną. Podpadł jej.

— Zostaw go, terrorystko!

Yuna westchnęła i odwróciła powoli głowę w kierunku Zoe. Okularnica spięła się, gdy tylko starszy kapral zlustrował ją obojętnym spojrzeniem.

— Ponieważ…?

— Ponieważ to mój podwładny! — oświadczyła pewnie. — I nie życzę sobie, byś go torturowała.

— Ja go nie torturuję, ja tylko się mszczę. — Wzruszyła ramionami, puszczając blondyna. — Niech ci już będzie — westchnęła — ale następnym razem nie liczcie na taryfę ulgową.

Levi zacisnął dłoń w pięść wyraźnie zirytowany. Żadne z towarzyszącej mu dwójki nie raczyło zauważyć, że z nieba siąpił deszcz. A on stał jak głupi i tylko moknął. Szczerze powiedziawszy, bawiła go sytuacja, w jakiej znalazł się kuzyn Asahiny. Sam niejednokrotnie słyszał, że jest sadystą, ale otwarcie się do tego nie przyznał. Zresztą, on mało co mówił o sobie innym, więc kto by się tego po młodszym kapralu spodziewał.

Luca rzucił się na swoją przełożoną. Wtulił się w nią i rozpłakał jak małe dziecko. Hanji zaczęła pocieszać blondyna, że to tylko zły sen i kiedy obudzi się w krainie czekolady, przez którą płynie rzeka ciepłego mleka.

— Ej… — warknął w końcu młodszy kapral. — Leje.

— I co z tego? Nikt ci tutaj nie każe stać, karle. — Yuna wzruszyła ramionami.

Levi prychnął z wyższością, po czym odwrócił się na pięcie i wrócił do budynku. Wkrótce w jego ślady poszła Asahina, zostawiając kuzyna i Zoe samych.

*****


Eren wysprzątał cały gabinet kaprala i od godziny siedział na podłodze, cierpliwie oczekując na jego powrót. Jako że Levi nie wydał żadnych rozkazów, musiał siedzieć na tyłku, aż do otrzymania kolejnego zadania. Chociaż nie był geniuszem, potrafił się domyślić, że spotkałaby go okropna kara, gdyby ruszył się z miejsca.

Niewątpliwie jego przełożony miał dosyć nietypowe upodobania. Nie dość, że wielbił porządek (i Eren zaczynał wierzyć, że gdyby mógł, to młodszy kapral poślubiłby miotłę, a na boku ją zdradzał z mopem), to jeszcze prześladował sprzątaniem swoich podwładnych. Od czasu wstąpienia w szeregi Oddziału Zwiadowców Yaeger to układał dokumenty, to oprzątał konie w stajni lub uczestniczył w eksperymentach niższego dowódcy Hanji w przerwach pomiędzy jedzeniem, spaniem i nauką taktyki Irvina, która miała zapewnić przeżycie za murami. Nie tak wyobrażał sobie życie żołnierza. Pocieszał się jedynie myślą, że będąc pod opieką Leviego, ma dosyć duże szanse na przeżycie. Nawet nie chodziło o to, że bał się tytanów. Jak to już mu wcześniej dowódca uświadomił, aktualnie większe zagrożenie dla niego stanowili żadni przelania krwi „potwora” ludzie.

Rozmyślania chłopaka przerwało pukanie do drzwi.

— Eren, jesteś tam? — Usłyszał zaniepokojony głos Petry.

Yaeger odetchnął z ulgą. Nareszcie ktoś zauważył, że go nie ma!

— Tak, pani Petro — odpowiedział niezwykle uradowany. Dziewczyna nacisnęła klamkę i pewnie weszła do gabinetu Leviego.

— Całe szczęście, tyle cię już się naszukałam. — Kucnęła, taksując wzrokiem pomieszczenie. — Skończyłeś sprzątać.

— Tak, tylko… — Młody rekrut wahał się. — Wie pani może, gdzie jest kapral Levi?

— Ostatnio widziałam go na dziedzińcu — stwierdziła po chwili namysłu. — Rozmawiał z… kimś.

Niespodziewanie do gabinetu jak burza wpadł dowódca Oddziału do Zadań Specjalnych i przewróciłby się przez skuloną Petrę, gdyby w ostatniej chwili nie wykonał kroku w bok. Spiorunował wzrokiem dziewczynę, po czym spojrzał na szatyna, odgarniając opadające na czoło mokre od deszczu włosy.

— Eren, na korytarzu jest woda. Posprzątaj — rozkazał, zrzucając wilgotną kurtkę i niezwykle grzecznie wyprosił członków swojej jednostki z izby.

Przeklął Asahinę Yunę, wyjmując zapasowy mundur z komody. Wolał trzymać jeden w gabinecie na wszelki wypadek niż później iść do swojego pokoju tylko po czyste ubrania.

— Cholerna palaczka.

****************************************
Rozdział 7: "Rodzina"
****************************************


Asahina Yuna nie wiedziała, dlaczego zgodziła się, kiedy Irvin zaproponował wspólne wyjście do gospody. Może uznała, że dobrą odskocznią od wiecznie irytujących dzieciaków byłaby jedna lub dwie szklanki piwa?

Stała jednak poddenerwowana pod karczmą i wypalała kolejnego papierosa, przeklinając w duchu głupotę dowódcy. Pewnie gdyby Smith z łaski swojej poinformował kaprala, kto również wybiera się z nimi do pobliskiej wioski, nie ruszyłaby swoich czterech liter z fotelu w gabinecie. Towarzystwo rozentuzjazmowanej Hanji, gburowatego Leviego i Mike’a, który przy każdej najbliższej okazji obwąchiwał ludzi, to ostatnie, co Asahina chciała.

Szatynka westchnęła, z przyzwyczajenia odgarniając wpadającą do oka grzywkę. Najchętniej wróciłaby do zamku, ale poruszanie się po zmroku bez żadnego uzbrojenia było co najmniej niebezpieczne i jakże infantylne. Nie to, że drżała w obawie o swoje życie czy dziewictwo. Asahina Yuna po prostu wolała unikać kłopotów niż dawać pokazowy popis swojej głupoty. Jak każdy.

Pozostała obojętna na głośne odgłosy rozmów dochodzące z gospody. Pewnie jacyś wieśniacy wyszli na piwo po ciężkim dniu pracy na roli. I dobrze, oni też mają prawo odpocząć, stwierdziła w myślach szatynka. Przecież nie tylko żandarm może się rozerwać.

— Nie wejdziesz do środka? — Dopiero teraz zorientowała się, że z budynku wyszedł Irvin. Czasem, kiedy Asahina poświęcała zbyt wiele uwagi własnym spostrzeżeniom, wyłączała się i ignorowała to, co wokół niej się dzieje.

— Właśnie miałam się ruszyć — skłamała, rzucając niedopałek papierosa na ścieżkę prowadzącą do budynku i wgniotła go czubkiem buta w ziemię.

Blondyn zmierzył ją badawczym spojrzeniem. Chociaż znał Yunę od dobrych dwunastu lat, wciąż nie potrafił stwierdzić, kiedy dziewczyna kłamie, a kiedy jest niezwykle wspaniałomyślna i mówi prawdę. Może dlatego, że rzadko zdejmowała tę swoją maskę obojętności?

— To chodź.

— Czekaj. — Zatrzymała go, zanim z powrotem wrócił do gospody. — Chcę wypalić jeszcze jedną fajkę.

— Nigdy ci nie mało? — zapytał, wzdychając. Szatynka spiorunowała go spojrzeniem.

— Uzależnij się, to porozmawiamy.

Cierpliwie zaczekał, aż dziewczyna skończy kolejnego papierosa i oboje weszli do budynku.

Wszystkie miejsca w gospodzie były zajęte. Większość gości wesoło rozmawiała ze swoimi znajomymi, śmiejąc się głośno. Opowiadali sobie żarty, wspominali dawne czasy. Od niektórych wieśniaków (bo to głównie oni wybrali się do karczmy) wyczuwało się alkohol na kilometr, inni mieli jakiś umiar lub za mało wypili.

Zwiadowcy zajęli niewielki stolik pod ścianą. Oczywiście, w cywilnym ubraniu nikt by nie pomyślał, że należeli do wojska — Irvin stwierdził, że lepiej wmieszają się w tłum.

Lawirując pomiędzy ławami, bez większych przeszkód dotarli do reszty towarzyszy. Hanji usilnie wpatrywała się w siedzącego naprzeciwko Leviego, sącząc przez słomkę drinka. Kapral próbował ignorować Zoe i zajął się nalewaniem wódki do kieliszków, a Mike… Mike nie robił raczej nic godnego nadzwyczajnej uwagi. Siedział sobie, próbując nie zwracać uwagi na cuchnących alkoholików.

— O, jesteście — zauważyła Hanji, poprawiając spadające z nosa drobne okulary. Asahina westchnęła, siadając obok niższego dowódcy. Zoe wdrygnęła się. Nadal pani kapral budziła w niej mieszane uczucia. Podczas tych kilku godzin spędzonych nauczyła się, by uważać przy niej na słowa.

— Ta — mruknęła Asahina.

— Co pijemy? — Irvin zajął miejsce obok Leviego.

— Czystą.

Młodszy kapral skończył rozlewać alkohol i otworzył sok. Do kubków nalał trochę napoju zarówno sobie i Yunie. Irvin jednak odmówił gestem dłoni podobnie zresztą jak i Mike.

— Czuły węch nie jest już taki przydatny w takich miejscach, co? Biedaczek… — stwierdziła Hanji z wyraźnym współczuciem.

Zakarius westchnął zrezygnowany.

— Od Asahiny cuchnie fajkami na kilometr — zauważył Levi. Pani kapral uśmiechnęła się złośliwie, nie mając zamiaru pozostać mu dłużną.

— Za to ciebie w tłumie nikt nie zobaczy, karle.

— Ej, przestańcie — przerwał ich kłótnię Smith. — To za co pijemy?

— Za spotkanie? — zaproponował cicho Mike.

— Wypijmy za to, żeby młodszy kapral Levi jeszcze trochę urósł. — Asahina podparła podbródek dłonią i ze znudzonym wyrazem twarzy bezczelnie spojrzała brunetowi w oczy. Gdyby wzrok mógł zabijać, prawdopodobnie dziewczyna wąchałaby już kwiatki od spodu.

Widząc wkurzonego chłopaka, Hanji uśmiechnęła się szczerze rozbawiona i gwałtownie podniosła rękę do góry, przypadkiem uderzając siedzącą obok szatynkę.

— Popieram! — wykrzyknęła rozentuzjazmowana.

Jestem martwa, pomyślała Zoe, ale dostrzegając pewność siebie na twarzy starszego kaprala, rozluźniła się. Levi raczej nie zrobiłby afery o coś tak błahego w publicznym miejscu. Chociaż kto to wie.

— Zabiję — warknął brunet.

— Przestań narzekać, krasnalu, próbowałam być miła — stwierdziła z udawaną pretensją w głosie Yuna, przewracając teatralnie oczami.

Obserwując tę całą komiczną sytuację, Irvin nie mógł ich powstrzymać, choćby nie wiedział, jak bardzo jego autorytet wpłynąłby na dwójkę awanturników. Widok naprawdę zdenerwowanego kaprala i całkowicie rozluźnionej i obojętnej na jego reakcje Asahiny wywoływał szczery uśmiech na jego twarzy.

— Nie potrafisz żartować — prychnął Levi.

— I kto to mówi, karzełku?

Miała ochotę jeszcze trochę się z nim posprzeczać, jednak jej zamiary udaremnił… Smith, który w końcu zebrał się w sobie, by zakończyć przedstawienie. Blondyn uniósł nieznacznie swój kieliszek do góry.

— Za Leviego, żeby jeszcze troszkę nam podrósł.

Słysząc słowa dowódcy, Hanji z trudem powstrzymywała wybuch szaleńczego rechotu. Nie spodziewała się po nim, że poprze propozycję Yuny, irytując już do granic możliwości młodszego kaprala.

A co sam zainteresowany na to?

Levi spiorunował wzrokiem przełożonego, który opróżnił zawartość swojego kieliszka. Brunet kątem oka zauważył, że Asahina posyła mu triumfalny uśmiech.

Chcąc rozluźnić napiętą atmosferę, Zoe spróbowała zagaić do dowódcy:

— Irvin, na pewno jutro będziesz na chodzie?

Mężczyzna skinął głową.

— Mam mocną głowę — stwierdził.

Tak mocną, że ostatnim razem, kiedy razem piliśmy, musiałam odwalić za ciebie całą papierkową robotę, bo ty sam nie byłeś w stanie, zadrwiła z niego w myślach pani kapral, jako ostatnia opróżniając swój kieliszek. Skrzywiła się i sięgnęła po szklankę z sokiem.

— W chuj gorzkie — mruknęła sama do siebie.

*****


Asahina z trudem otworzyła swoje oczy. W pierwszej chwili oślepiło ją słoneczne światło wpadające przez otwarte okno gospody. Poczuła silny ból głowy. Mogła się spodziewać, że nie wrócą na noc do zamku.

Leżała na stole.

Poczuła coś ciężkiego na swoim brzuchu. Podniosła się na łokciach i zdziwiona w duchu stwierdziła, że przez przypadek Hanji ułożyła na nim swoją głowę. Zoe nadal spała.

— Cholera… łeb mnie napierdala… — jęknęła, opadając z powrotem na drewniany blat. Chciała pić, ale nie miała siły wstać.

Nie, kiedy okularnica zrobiła sobie z niej poduszkę.

Próbując ignorować ból, rozejrzała się po pomieszczeniu. Inni goście, którzy również nie pofatygowali się do domów, spali w przeróżnych pozycjach. To na stole, to pod nim, to na ławce, to obok niej. Zastanawiała się, gdzie podziali się pozostali towarzysze.

Nie dane jej było długo nad tym rozprawiać. Do gospody z zawrotną prędkością wpadło kilku zwiadowców w pełnym umundurowaniu. Wyglądali, jakby właśnie chcieli kogoś zamordować.

Po chwili Asahina rozpoznała kilku z nich. Luca wraz z Oddziałem do Zadań Specjalnych (akta jego członków miała okazję przeglądać dzień wcześniej) szybko odnaleźli wzrokiem pogrążonych we śnie dowódców i bezceremonialnie zaczęli krzyczeć, chcąc jak najszybciej ich obudzić.

— Pobudka, obowiązki wzywają!

Hanji podniosła zaspana głowę, jednak rozpoznawszy głos podwładnego, opadła ciężko na swoją poduszkę. Yuna ponownie jęknęła.

— Kurwa, co do chuja… — Usłyszała głos Irvina dochodzący gdzieś spod stołu.

— Złaź ze mnie — zażądał Levi.

— Zamknij się, głowa mnie napierdala…

— Trzeba było pić ten sok.

— Ale…

— Złaź ze mnie!

— Kurwa, morda, krasnalu, bo mi łeb zaraz pęknie! — Yuna nie wytrzymała już irytującego głosu kaprala i sama włączyła się do kłótni.

— Sama się zamknij, dziwko!

— Nie obrażaj dziwek, one w przeciwieństwie do mnie coś robią!

Zwiadowcy, którzy wtargnęli do karczmy, mieli ochotę się schować, słysząc tę wymianę zdań.

— Czy tylko ja mam wrażenie, że oni zaraz się pozabijają…? — zapytał zdezorientowany Luca, patrząc to na swoją kuzynkę, która próbowała pozbyć się smacznie śpiącej Hanji, to na młodszego kaprala leżącego dla odmiany pod Irvinem.

— Nie.

*****


— I co, Eren? Jak się czujesz? — zapytała troskliwie Hanji, patrząc na zmęczonego po przemianie członka Oddziału do Zadań Specjalnych. Chłopak siedział na trawie i oddychał ciężko.

— Padam… — jęknął i położył się na trawie wyczerpany.

Luca westchnął, odgarniając wpadające do oczu blond kosmyki. Dowódca jego jednostki poprosił go o pomoc przy eksperymentach na Yaegerze. Zgodził się, raczej wyboru większego nie miał, ale sam po kilku godzinach obserwacji i w miarę racjonalnego wnioskowania, sam miał ochotę pójść do swojego pokoju i położyć się spać.

— Skończyłaś już? — Levi niemalże warknął, z irytacją stwierdziwszy, że wypił już kolejną filiżankę herbaty tego dnia. Siedząca naprzeciw niego przy stole Petra uśmiechnęła się pobłażliwie.

Zoe skinęła głową.

Młodszy kapral spojrzał na swojego podwładnego z wyższością.

— Eren, idź pozamiatać podwórze — rozkazał chłodno.

Zbulwersowana szatynka wydęła policzki, mając ochotę sama wydać jakieś upokarzające polecenie Leviemu. Pewnie dawno nikt nie kazał mu machać miotłą przed swoimi podwładnymi. Może i Hanji z natury nie była aż tak bardzo złośliwa jak Asahina Yuna, ale potrafiła się zemścić, kiedy ktoś stanowczo przesadził.

Nie mając większego wyboru, Eren zwlókł się z ziemi i z miną męczennika udał się w stronę magazynku na miotły oraz inne przybory do sprzątania, których żaden wyżej postawiony od niego żołnierz nie musiał tykać. No, chyba że delikwent był pod dowództwem młodszego kaprala Leviego.

Luca przeniósł wzrok na stół, przy którym siedziała reszta Oddziału do Zadań Specjalnych i powiódł spojrzeniem po twarzach zgromadzonych tam zwiadowców. Większość z nich z obojętnością wymalowaną na twarzy piło herbatę lub kawę. Jedynie Petra okazywała jakiekolwiek emocje.

— Jesteś wolny, Luca. Dzięki za pomoc. — Z zamyślania wyrwał go łagodny głos przełożonej. Blondyn uśmiechnął się w jej stronę promiennie i przekazawszy jej notatki, w podskokach skierował się w stronę zamku.

Hanji przeciągnęła się leniwie i wcisnęła zapiski do kieszeni kurtki.

Zaczęła zastanawiać się, jakim cudem Luca i Yuna pochodzili z tej samej rodziny i, jak się dowiedziała od podwładnego, wychowywali się w tym samym domu. W przypływie szczerości blondyn zdradził jej również, że kuzynka nie dogadywała się z rodzicami i pewnie to znacząco wpłynęło na jej osobowość. Zresztą, kiedy Asahina zaczęła szkolenie, Luca miał nie więcej niż osiem lat. Nie pamiętał dokładnie, jak dziewczyna dogadywała się z ojcem i matką.

— Gdyby ktoś mnie szukał, to jestem u siebie. — Zoe uśmiechnęła się w stronę zwiadowców i spokojnie wróciła do swojego gabinetu, porzucając zastanawianie się nad słowami podwładnego.

*****


— Rodzina, co? — Asahina zaciągnęła się kolejny papierosem, siedząc na ramie okiennej i obserwując krajobraz za oknem. Znudzona odgarnęła wpadające do oka kosmyki.

— Nie chcesz się spotkać z ojcem albo z matką? — zapytał Irvin. Cierpliwie przeglądał dokumenty, w niektórych miejscach nanosząc poprawki. Nie to, że był totalnym ignorantem i nie słuchał starszego kaprala. Miał podzielność uwagi — zdolność, której wielu żołnierzom brakło, a to, że zajął się pracą podczas rozmowy, zupełnie dziewczynie nie przeszkadzało.

— Nie.

Smith spodziewał się takiej odpowiedzi. Nie od dziś wiedział, że szatynka nie dogadywała się dobrze z rodziną. Zawsze zmieniała temat.

— Wydziedziczyli mnie — dodała po chwili z lekkim wahaniem w głosie.

Irvin uniósł zaskoczony brwi.

— Kiedy?

— Z chwilą wstąpienia do Oddziału Zwiadowców. Nie chciałam kontynuować rodzinnej tradycji i zostać tym plugawym żandarmem.

Zapadła chwila ciszy. Asahina jeszcze chyba nigdy nie zdobyła się na taką szczerość i nie powiedziała prawdy, jeśli chodziło o jej złe stosunki z rodzicami.

— A Asahina Luca?

Irvin zastanawiał się chwilę, zanim zadał pytanie. Pani kapral prychnęła pod nosem.

— Luca nic nie wie o rodzinnej tradycji. Chociaż nosi nazwisko mojego ojca, to nie łączą nas żadne więzi krwi.

— To przecież twój kuzyn. — Blondyn odłożył na bok dokumenty i pióro, po czym odwrócił się przodem do Asahiny.

— Faktycznie. Wujostwo adoptowało go, gdy był jeszcze brzdącem. Dzieciak miał niezłe szczęście jak na kilkumiesięcznego niemowlaka.

— Dlatego miał wybór?

Docisnęła niedopałek do ramy okiennej, po czym zeskoczyła z parapetu i zajęła miejsce po drugiej stronie biurka. Irvin powiódł za nią wzrokiem.

— Można to tak ująć. Chociaż pewnie i tak ojciec wolałby, gdyby Luca wybrał Żandarmerię. Na mój gust jednak pasuje tam jak wół do karety. Albo jak Levi do burdelu.

Smith z trudem powstrzymywał się od parsknięcia śmiechem. Owszem, wiedział, że pani kapral miała raczej na myśli wszechobecny nieporządek niż agencję towarzyską.

— Ale chodzi ci o bałagan, prawda?

Yuna uśmiechnęła się z drwiną.

— Nie.

— Żartujesz — stwierdził blondyn.

Dziewczyna przewróciła oczami i westchnęła teatralnie.

— Ty chyba sobie ze mnie jaja robisz. Mówię całkowicie poważnie.

— Wiesz, że gdyby to usłyszał… — Irvin próbował przemówić szatynce do rozsądku, zanim zacznie tak drwić przy młodszym kapralu z kogokolwiek. Doskonale wiedział, do czego Levi był zdolny. Nie najgorzej znał też możliwości Asahiny i jej skłonności do rzucania ciętych ripost oraz niesmacznych żartów. Już nie raz przekonał się, że ta dwójka zamknięta w jednym pomieszczeniu mogłaby bez przeszkód zniszczyć wszystkie meble i w ogóle się tym nie przejąć. Chociaż nie, kapral na pewno by się zamartwiał panującym artystycznym nieładem. Pewnie i tak wszystko zwaliłby na swój oddział.

— Mam się martwić jakimś małym karłem z przerośniętym ego?

Smith westchnął z rezygnacją, sięgając po odłożone na bok dokumenty.

— Nie mam do ciebie cierpliwości, Yuna.

Dziewczyna spiorunowała go spojrzeniem. Mężczyzna musiał przyznać, że tak wkurzonej pani kapral nie widział od ich pierwszej rozmowy po ponownym powrocie do Oddziału Zwiadowców.

— A zajebać cię?

— Dziękuję, nie skorzystam.

****************************************
Rozdział 8: "Powód"
****************************************


— Czego? — warknęłam, słysząc irytująco głośne pukanie do drzwi gabinetu. Intruz wpadł z impetem do pomieszczenia, o mały włos nie zabijając się o walające się po podłodze dokumenty, książki i puste pudełka po papierosach. Hanji ciągnęła za sobą oniemiałego Erena, który wyglądał, jakby zarwał całą noc. Zgadywałam, że nie spał przez wymyślne eksperymenty szatynki.

— Rany, jaki tutaj syf — skomentowała Zoe, uważnie rozglądając się po pokoju. Wzruszyłam ramionami, rzucając na zagracone biurko kryminał ukradziony z sypialni Irvina, kiedy ten rano wyjechał pozałatwiać sprawy związane z najbliższą wyprawą za mur. Zdjęłam nogi leżące od godziny na blacie biurka.

— Jak coś ci się nie podoba, to wyjazd. I tego gówniarza też możesz ze sobą zabrać — prychnęłam.

Oczy dziewczyny zabłysły niebezpiecznie. Uśmiechnęła się przebiegle.

— Nic z tego. Levi kazał mu u ciebie posprzątać.

Czy ja się przesłyszałam, czy ten karzeł próbował wtargnąć na mój osobisty teren i zacząć szerzyć przerażający porządek? Co to, to nie. Niech się wypcha i karze dzieciakowi szorować kible, ale niech ode mnie trzyma się z dala!

— Wypierdalajcie oboje… A jak ten pedancik wróci… — Spiorunowałam spojrzeniem dwójkę zwiadowców. Hanji przełknęła przerażona ślinę, a Yeager… no cóż, on był zbyt zdezorientowany, by cokolwiek zrobić.

— Ej, to nie był jego pomysł! Irvin to zaproponował! — Dziewczyna próbowała bronić Leviego, zrzucając całą winę na Smitha, czym rozwścieczyła mnie jeszcze bardziej.

Wstałam gwałtownie z miejsca.

— Póki żyję… Irvin nigdy nie rzuciłby takiego gówniarza w paszczę lwa… A już na pewno nie chciałby, żeby tak cenny nabytek Oddziału Zwiadowców zebrał wpierdol od drażliwego starszego kaprala, więc… wypierdalać!

Zoe szybko wzięła nogi za pas i wybiegła z gabinetu, zostawiając Erena na pastwę losu. Opadłam na fotel z widoczną na twarzy ulgą, wypuszczając głośno powietrze z ust. Nie zważając na obecność chłopaka, sięgnęłam po leżącą na biurku paczkę fajek i wyciągnąwszy jednego papierosa, zapaliła go i zaciągnęłam się. Musiałam się uspokoić.

— Ano… przepraszam… mogę już iść? — zapytał dzieciak nieśmiało, patrząc na mnie troszkę… przestraszony? Może i tak.

Ledwo powstrzymując się od wybuchu szaleńczego śmiechu, spojrzałam na niego z rozbawiona do granic możliwości. Dawno nie spotkałam chłopaka, który po usłyszeniu treściwego nakazu opuszczenia pomieszczenia, jeszcze dopytywałby się, czy na pewno otrzymał moją zgodę i przez przypadek się na niego nie obrażę. Istna komedia.

— Nikt cię tu nie trzyma — zauważyłam, siląc się na obojętność.

— A mogę pozbierać tylko te śmieci z podłogi? Jeśli kapral Levi się dowie, że nic nie zrobiłem…

Westchnęłam z dezaprobatą.

— Jak tak bardzo trzęsiesz się ze strachu przed tym karłem, to niech stracę…

— Dziękuję bardzo! — wykrzyczał, zginając się z pół, po czym zabrał się za zbieranie porozrzucanych dokumentów i reszty walających się po pokoju przedmiotów.

Ponownie sięgnęłam po kryminał i zanurzyłam się w lekturze. Od kilku dni nie robiłam nic innego niż czytanie, ponieważ wielki dowódca Oddziału Zwiadowców stwierdził, że nie mógł znaleźć dla mnie zajęcia innego od wertowania starej dokumentacji. W efekcie sam był sobie winien, że włamałam się do jego sypialni i ukradłam książkę. Gdyby tylko dał mi coś ciekawszego do roboty, na pewno nie posunęłabym się do tak radykalnych metod. Właściwie mogłam mu jeszcze zdemolować po drodze gabinet, ale niespecjalnie chciałam przysparzać szeregowym czy też nowym rekrutom kłopotów albo, o zgrozo, samej sobie. Znając życie (i moje szczęście), pewnie Smith oświadczyłby, że skoro przeglądanie papierów mnie nudzi, to sprzątanie byłoby miłą odmianą. Irvin znał mnie od dwunastu lat i doskonale wiedział, że jedyna rzecz, której bardziej nienawidzę od czytania raportów, to właśnie porządki. Życie w bałaganie nie przeszkadzało mi tak jak reszcie zwiadowców, dopóki mogłam się w swoim własnym burdelu odnaleźć.

— Przepraszam… — Z rozmyślań wyrwał mnie głos szatyna. Spojrzałam na niego, odkładając kryminał na miejsce. I tak nie przeczytałam nawet strony.

— Co jest, Yeager? — mruknęłam, przeciągając się leniwie.

— Skończyłem. — Chłopak wskazał na równo ustawione pod ścianą worki pełne śmieci. Niewielki stosik dokumentów leżał na blacie biurka. Więc tylko tyle z tego całego bajzlu to papiery od Irvina?

Przeniosłam wzrok na podłogę. Była dziwnie… czysta…

— Ty, to ona tak wygląda? — wymsknęło mi się.

— Mówiła pani do mnie?

— Nie, do siebie. — Machnęłam dłonią. — Zapomniałam, że w tym pokoju jest tyle miejsca. Nazywasz się Eren Yeager, prawda? Jesteś członkiem oddziału tego małego pedancika z fio… eckhem, kaprala Leviego, o ile się nie mylę.

— Tak jest, sir!

— Siadaj, chciałam z tobą pogadać.

— Ale o czym, sir?

— O twoim ojcu.

*****


Asahina Luca znał swoją kuzynkę od małego. Wiedział, że Yuna bywała rozbawiona, irytująca, prostolinijna, do bólu szczera, sadystyczna, przebiegła, lojalna i posłuszna rozkazom, ale nigdy w życiu nie przypuszczałby, że, choć idealnie wpasowywała się w rolę czarnego charakteru, zapuściłaby się do tak obskurnej i zapełnionej podejrzanie wyglądającym towarzystwem knajpy tylko po to, by odebrać paczkę. Stał teraz przed właścicielem i drżącymi ze strachu palcami trzymał karteczkę, którą szatynka nabazgrała półprzytomna, leżąc jeszcze w łóżku.

Luca, jako uczynny kuzyn, wpadł z samego rana do sypialni kaprala i zapytał się, czy dziewczyna nie potrzebuje przypadkiem czegoś zza muru Sina. Yuna nabazgrała mu adres lokalu, gdzie miał odebrać przesyłkę.

— Ano… moja kuzynka rano podała dała mi tę kartkę i… — Blondyn przełknął ślinę, za wszelką cenę unikając wzroku potężnego mężczyzny po czterdziestce. Czarne włosy właściciela baru upstrzone były siwizną, ciało opalone, a na Asahinę patrzył tylko jednym okiem — drugie przesłaniała szara chusta. Nieznajomy wyglądał jak lider grupy przestępczej działającej w przestępczym półświatku stolicy.

— Trzeba było mówić od razu, że jesteś spokrewniony ze Świstakiem! — wykrzyczał rozentuzjazmowany mężczyzna. — Napijesz się z nami?

— Zaraz… Mówi pan, że moja kuzynka jest… Świstakiem? — zapytał z niedowierzaniem Luca. — Zwierzakiem?

— Ostatnio głośno o niej było. Ponoć psy złapały ją, kiedy próbowała uciec po ataku terrorystycznym. Nie sądziłem, że jeszcze żyje! Za tyle zamachów już dawno powinni ją rozstrzelać!

Luca nie nadążał za słowami właściciela baru. Czy on przypadkiem nie pomylił Yuny z kimś innym? Nie mógł sobie wyobrazić kuzynki jako terrorystki mordującej niewinnych cywili, skoro wcześniej służyła w Oddziale Zwiadowczym.

— Chyba to jakaś pomyłka… Może trafiłem pod zły adres — mruknął blondyn.

– Ale nie, to niemożliwe. To na pewno pismo Świstaka — zaprzeczył nieznajomy. — Co się teraz z nią dzieje? Uciekła z pudła?

— Nie wiem… — przyznał cicho. — Mogę dostać już te paczkę? Spieszę się.

Właściciel baru skinął głową, po czym schylił się i wyciągnął spod lady niewielki karton.

— Zapłaciła z góry. Pozdrów ją.

Nie zważając na zasady dobrego wychowania, wziął przesyłkę i wyszedł z pomieszczenia, próbując nie zwracać uwagi na szepty siedzących przy stolikach przestępców. Przynajmniej Luca sądził, że nieznajomi mieli coś na sumieniu.

Nie, to nie mogła być prawda.

Jego ukochana kuzynka nie miała z tymi kryminalistami nic wspólnego!

*****


— Wiesz, gdzie przybywa twój ojciec? — zapytała Asahina, nie owijając w bawełnę. Eren pokręcił przecząco głową, zaciskając nerwowo dłonie w pięści. Brunetka taksowała go obojętnym spojrzeniem, jakby niezbyt zainteresowana tematem, jednak w jej głosie — stanowczym i zupełnie poważnym — nie słychać było ani krzty drwiny.

— Przykro mi. Nie wiem.

Yuna westchnęła.

— A może jest tak, że nie chcesz mi powiedzieć? Martwisz się o swojego staruszka, co? A może boisz się o jego bezpieczeństwo?

– Nie, to nie tak, jak pani myśli! — zaprotestował gwałtownie, machając rękoma. — Ja naprawdę nie wiem!

— Posłuchaj mnie uważnie, Yeager. Nie lubię się powtarzać. Oczekuję od ciebie konkretnej odpowiedzi, wiesz? Chce podziękować twojemu ojcu za uratowanie mi dupy sześć lat temu, więc bądź grzecznym chłopcem i współpracuj albo pozwolę Hanji przeprowadzić na tobie eksperymenty — oświadczyła z jadem w głosie.

To nie było do końca tak, że Asahina czuła wdzięczność do Grishy. Wręcz przeciwnie — nie przypadł jej do gustu tryb życia lekarza, który uratował jej życie. Mężczyzna miał szczęśliwą, kochającą rodzinę i ryzykował życiem, by pomagać żołnierzom walczącym na froncie. Owszem, Yuna nie potępiała jego zawodu — potępiała za to jego postawę. Wedle oceny pani kapral człowiek, który chce ratować innych samobójców, sam był samobójcą i w takim wypadku zostawianie w domu żony i dzieci uważała za skrajnie nieodpowiedzialne i głupie.

— Proszę, niech pani nie oddaje mnie w ręce pani Hanji. Jestem strasznie zmęczony — jęknął cierpiętniczo Eren. Chociaż chciał się przyczynić do odkrycia nowych informacji na temat tytanów, ale musiał przyznać, że Zoe miała na punkcie kolosów obsesję — może nawet porównywalną do kaprala Leviego i jego zamiłowania do porządku.

— Niezbyt mnie takie pierdoły interesują. — Szatynka wzruszyła ramionami. — Chcę poznać tylko odpowiedź na jedno pytanie. Gdzie jest twój ojciec? Co się z nim stało po upadku Shingashiny?

— Przecież mówię, że nie wiem — rzucił zniecierpliwiony, wzdychając głęboko.

— Rany… Może faktycznie ojciec ci nie powiedział, gdzie się wybiera… — stwierdziła po chwili Yuna, przeciągając się w fotelu. — Trzeba było tak od razu mówić…

– Ale ja przecież mówiłem! To pani mnie nie słuchała! — zaprotestował oburzony Eren, podnosząc głos. Asahina spiorunowała go wzrokiem.

— Gówniarzu… nie pozwalaj sobie… jedyną osobą, która może drzeć się w tym gabinecie, jestem ja. I nikt więcej, dotarło? — Oczy dziewczyny błysnęły niebezpiecznie.

— T-tak jest!

— Jak tak dalej będziesz wybuchał, to długo sobie nie pożyjesz. Czasem lepiej się zamknąć i siedzieć cicho. — Szatynka westchnęła przeciągle, drapiąc się z tyłu głowy. — Możesz już znikać.

Eren wstał, zasalutował energicznie i odwrócił się na pięcie z zamiarem wyjścia z pomieszczenia, gdy nagle drzwi z hukiem zostały wywarzone przez kolejnego intruza, który zakłócił spokój pani kapral. Asahina spiorunowała wzrokiem przybysza, który tylko odgarnął wpadające do oczu blond kosmyki i uśmiechnął się szeroko do kuzynki.

— Misja zakończona powodzeniem — oświadczył entuzjastycznie, wymijając osłupiałego Yeagera i postawił przed dziewczyną niewielkie pudełko.

Szatyn przełknął głośno ślinę, kiedy chłopak przeszedł obok niego. Swoboda, z jaką Luca zwracał się do swojej kuzynki, sprawiał, że w Erenie narastał niepokój. Młody rekrut zauważył, że wszyscy zwracający się do starszego kaprala dosyć naturalnie, na swój sposób go przerażali. Przez zupełny przypadek nawet był świadkiem, kiedy Luca bez skrępowania rzucił się na dziewczynę wracającą akurat z gabinetu Irvina.

— Dzięki… Pojechałabym sama, ale Hanji wcisnęła mi tego gówniarza — mruknęła Yuna. Wzięła pudełko do rąk, obróciła je parę razy i stwierdziwszy, że paczka nie została przez nikogo rozpakowana, wysunęła jedną z szuflad biurka i wrzuciła karton do środka.

— Co tam było? — zapytał z nutką ciekawości w głosie Luca.

— Fajki — wyjaśniła krótko.

— Rany, mogłabyś przestać palić. To niezdrowe — marudził, nadymając policzki jak niezadowolone dziecko. Asahina westchnęła z dezaprobatą.

— Yeager — zwróciła się w stronę szatyna — możesz iść.

Chłopak otrząsnął się z zamyślenia i pożegnawszy się krótko, opuścił gabinet, zamykając cicho drzwi.

Yuna wsunęła szufladę z powrotem na miejsce i wskazała gestem dłoni wolne krzesło.

— Usiądź, jeśli chcesz.

Luca nagle spoważniał i postąpił według wskazówki kuzynki.

— Odpowiesz mi na parę pytań, prawda, Świstaku? — Zlustrował szatynkę wzrokiem. Ta tylko odgarnęła w wyzywającym geście włosy i uśmiechnęła się drwiąco.

— Pytaj śmiało. Postaram się udzielić szczerych odpowiedzi.

Blondyn rozpiął pierwszy od góry guzik białej koszuli, poprawiając swoją pozycję na krześle. Pochylił się lekko do przodu i oparł łokcie o blat biurka.

— Czy to prawda, że po swojej rzekomej śmierci zostałaś terrorystką?

Mimo wszystko, Luca miał nadzieję, że wszystko to, co usłyszał od właściciela baru, było nieprawdą i jego kuzynka wcale nie zarabiała na życie, mordując cywilów.

— Prawda.

Nadzieja matką głupich, przyznał w duchu. Przecież i tak wiedziałeś, że to powie.

— Dlaczego…?

Yuna uniosła brwi. Na chwilę zapadła niezręczna cisza.

— Dlaczego „co”?

— Dlaczego nie wróciłaś do domu?! — wybuchnął gwałtownie, podrywając się z miejsca. — Dlaczego obrałaś taką drogę?! Przecież wuj na pewno… — przerwał, kiedy poczuł, że kuzynka dotyka palcami jego zaciśniętej w dłoń pięści. Nawet nie zauważył, kiedy uderzył w biurko.

— Uspokój się. To wcale nie jest takie proste, jak ci się wydaje, Luca.

— Czego tutaj nie rozumieć, Yuna?! Wytłumacz mi to! Nie jestem już małym dzieciakiem, przed którym trzeba ukrywać prawdę! Jestem dorosły!

Po raz pierwszy blondyn na nią nakrzyczał. Może i czuła się trochę niezręcznie, może i nie potrafiła do końca zrozumieć, skąd wziął się jego gniew. Przecież od zawsze chciała dobrze. Zataiła przed nim część faktów, ale to tylko dla jego bezpieczeństwa.

— Mam swoje powody… — zniżyła głos do szeptu.

— Jakie to mogą być powody?! Jakie?! Co się takiego… — nie dokończył. Poczuł piekący ból na swoim policzku. Spojrzał na kuzynkę szczerze zdziwiony. Dziewczyna stała po drugiej stronie biurka z zawieszoną w powietrzu ręką, wpatrując się zmieszana w podłogę.

— Wyjdź, Luca. Proszę, wyjdź.

Nie chciała mu tłumaczyć wszystkiego, kiedy ten był podenerwowany i zniecierpliwiony. Wolała wyłożyć wszystkie karty na stół, kiedy kuzyn się trochę uspokoi i ochłonie.

Blondyn chwilę wpatrywał się w Asahinę. Doskonale wiedział, że niejednokrotnie ją zirytował i doprowadził na skraj wytrzymałości psychicznej, jednak nigdy nie spodziewał się, że dziewczyna go uderzy.

Luca odwrócił się na pięcie, po czym wyszedł, trzaskając drzwiami.

Yuna opadła miękko na fotel. Przygryzła wargę, zaciskając dłonie w pięści tak mocno, że pobielały jej kostki.

Odkąd pamiętała, kiedy miała jakiś problem, dusiła wszystko w sobie. Tak nauczono ją w domu. Nigdy nie mogła liczyć na pomoc ze strony matki, którą interesowała jedynie własna uroda ani ojca. Głowa rodziny Asahina była surowa i nie interesowało ją wychowanie i edukacja córki, zależało jej tylko na tym, by Yuna wstąpiła do Żandarmerii. Nic dziwnego więc, że pani kapral odwróciła się za młodu od arystokracji i postanowiła zostać zwiadowcą, choć znalazła się w dziesiątce najlepszych kadetów.

Luca dogadywał się o wiele lepiej ze swoim wujostwem niż kuzynka. Nieraz miał uczucie, że ciocia go faworyzuje, podczas gdy Yuna pozostaje niedoceniona. Kiedy nagle jednak Asahina oświadczyła, że nie postąpi według woli ojca i ma zamiar odejść z domu, blondyn był zaskoczony. Z własnej woli jednak wstąpił do wojska i wahając się, wybrał Oddział Zwiadowców. Po niedługim czasie przekonał się, dlaczego kuzynka zdecydowała się nie wstępować w szeregi Żandarmerii. Nie raz spotkał się z oficerami, którzy służyli królowi i traktowali wszystkich z góry, jakby byli ważniejsi. Yuna nie wpasowywała się w taki obraz. Według Luci, mimo swojego usposobienia i charakteru, kuzynka po prostu za wcześnie musiała dorosnąć.

Byłaś naprawdę naiwna, sądząc, że przyjmie to tak spokojnie, skarciła się w myślach Asahina. Dlaczego zawsze wszystko musisz spieprzyć, co? Po co w ogóle go tam wysyłałaś?

— Kurwa… Moje szczęście skończyło się sześć lat temu…

*****


Zaklął cicho, przewracając wiadro, w którym jakiś roztrzepany żołnierz zostawił miotły różnego rodzaju i wielkości (w pewnym momencie nawet przez myśl Luce przeszło, że te najmniejsze zostały kupione z myślą o kapralu Levim). Chłopak westchnął i zatrzymał się, by pozbierać porozrzucanie przedmioty.

Dlaczego był taki zły? Przecież wiedział, że Yuna odpowie na jego wszystkie pytania twierdząco. Mógł zachować informacje dla siebie i nadal udawać wesołego i pełnego energii kuzyna, może trochę roztrzepanego, ale zawsze uśmiechniętego.

— Luca? W porządku?

Blondyn przerwał czynność i podniósł wzrok. Niższy dowódca Hanji wyglądała na trochę zmartwioną i zaskoczoną. Przykucnęła i pomogła zbierać podwładnemu szczotki.

— Tak, dowódco — mruknął.

— Nie w humorze dzisiaj, co? — zapytała wesoło, stawiając kubeł na miejsce. Wyprostowała się i otrzepała spodnie z niewidzialnego kurzu.

— Można to tak ująć.

— Asahina ci nadepnęła na odcisk?

— Sam już nie wiem.

Zoe zamyśliła się. Jeszcze nigdy nie widziała chłopaka tak przygaszonego i nieuważnego. Owszem, nie zawsze zachowywał się adekwatnie do sytuacji. Często robił coś, zanim pomyślał.

— Już wiem! — wykrzyknęła.

— Hmm?

— Dowiedziałeś się, że Yuna była terrorystką, prawda?

Luca zakrztusił się powietrzem i wyprostował się gwałtownie.

— S-skąd to wiesz, dowódco? — zapytał zaskoczony.

— To raczej nie jest temat na rozmowy na dziedzińcu. Może pójdziemy do mojego gabinetu?

Z wahaniem zgodził się. Hanji uśmiechnęła się do podwładnego i zaczęła iść w stronę jednego z wejść do budynku.

*****


— Od kogo? — zapytał chłodno Levi, opierając się o ścianę w gabinecie Irvina. Dowódca Oddziału Zwiadowców odłożył na biurko list opatrzony pieczęcią jednego ze szlacheckich rodów. Mężczyzna westchnął przeciągle.

— Dowiedział się — stwierdził krótko.

— Kto? — rzucił zniecierpliwiony.

— Ojciec Yuny, kapitan jednego z Oddziałów Żandarmerii. Ten człowiek jest strasznie uparty.

— Innymi słowy, cholernie upierdliwy, co? — skwitował kapral. Smith skinął twierdząco głową.

— Pewnie będzie chciał ją nam odebrać.

— Przecież i tak ją wyrzucił z domu, więc jaki problem?

— Rodzina Asahina nie lubi zostawiać niedokończonych spraw. To chyba dziedziczne. Myślisz, że pozbycie się Yuny załatwiło całą sprawę?

— Dlaczego mówisz o niej jak o przedmiocie, Irvin? — zauważył. Blondyn westchnął.

— Już ci chyba niejednokrotnie mówiłem, że Yuna nie jest człowiekiem.

— To w końcu czym?

Dowódca Oddziału Zwiadowców uniósł lekko kąciki swoich ust ku górze.

— Kartą przetargową.

****************************************
Rozdział 9: "Godna pożałowania"
****************************************


Asahina Yuna była żałosnym człowiekiem.

Asahina Yuna nie cechowała się zaradnością jak dowódca Irvin, chociaż niejednokrotnie go za to potępiała.

Asahina Yuna nie potrafiła współczuć innym jak Hanji Zoe.

Asahina Yuna nie uśmiechała się do każdego napotkanego człowieka promiennie jak Luca.

I Asahina Yuna doskonale o tym wiedziała.

Tylko czy chciała przyznać się przed samą sobą?

Przerażające zimno rozlewające się po jej ciele wyrwało ją ze snu. Poderwała się z krzesła, na którym przysnęła i z nienawiścią w oczach, zupełnie przytomna, spojrzała na swojego oprawcę.

Młodszy kapral Levi stał nad nią z pustym wiadrem, którego zawartość wylał na dziewczynę. Szatynka zaklęła w myślach, taksując wzrokiem pedanta, który ośmielił się naruszyć jej święty spokój. Zanim jednak zdążyła go w uprzejmy sposób wyprosić ze swojego gabinetu, kichnęła parę razy.

— Popierdoliło cię do reszty?! — wykrzyczała, kuląc się na fotelu.

Levi nie odpowiedział. Odwrócił się przodem do stojącej pod ścianą niewielkiej komody. Nie namyślając się długo (i nie pytając oczywiście Asahiny o pozwolenie), wysunął jedną z szuflad i wyciągnął czysty ręcznik. Bez ostrzeżenia cisnął nim w Yunę.

— Irvin kazał cię zawołać. Spałaś, to cię obudziłem — wyjaśnił po chwili krótko, wzruszając ramionami. Naburmuszona dziewczyna zaczęła wycierać mokre włosy, obmyślając przy okazji plan zemsty na dwóch jakże podstępnych zwiadowcach.

— Nie można było delikatniej? — syknęła.

— Nie — uciął, siadając na wolnym krześle naprzeciwko Asahiny i machinalnie założył nogę na nogę.

— A pierdol się.

Yuna zrezygnowała z dalszej kłótni z kapralem. Najzwyczajniej w świecie nie miała ochoty spierać się z pedantem, który przez nikogo nieproszony wtargnął na jej teren.

— Irvin cię woła — powtórzył po chwili Levi, mierząc ją tym swoim ćpuńskim spojrzeniem.

Dziewczyna zignorowała obecność bruneta i sięgnęła po leżące na biurku papierosy. Okazał się jednak szybszy i zabrał jej pudełko sprzed nosa. Z obojętnym wyrazem twarzy wrzucił paczuszkę do kieszeni munduru.

Asahina spojrzała na niego jeszcze z większą nienawiścią niż wcześniej. Teraz to już przesadził i doskonale o tym wiedział. Zacisnęła dłonie w pięści, powstrzymując się przed rzuceniem się na kaprala.

— Oddawaj — warknęła.

— Jeśli pójdziesz ze mną do Irvina — oświadczył chłodno.

Podły szantażysta, przeszło dziewczynie przez myśl. Dlaczego tak bardzo mu zależało, żeby ruszyła swoje cztery litery z fotela i przeszła parę metrów do gabinetu Smitha?

— Gdyby Irvin miał do mnie sprawę niecierpiącą zwłoki, zakładam, że już dawno stałby nade mną i próbowałby mnie dobudzić — prychnęła po chwili milczenia.

— Myślisz, że Irvin nie ma nic lepszego do roboty? — zakpił. — Nie wszyscy siedzą sobie wygodnie w fotelu i niszczą sobie zdrowie jak ty, Asahina.

— Niektórzy wolą sprzątać, prawda, Levi? — zironizowała, zarzucając wyzywająco nogi na biurka.

— Lepsze to niż trucie się — zauważył. Yuna uśmiechnęła się kpiąco, zdejmując z włosów ręcznik. Zwinęła materiał i cisnęła prosto w twarz kaprala. Levi złapał ręcznik, nim ten dosięgnął celu, złożył go w kostkę i położył na blat.

— Moja sprawa, co robię z moim życiem — rzuciła lekceważąco.

— Odkąd wróciłaś do Oddziału Zwiadowców, to już nie jest tylko twoja sprawa — zaprzeczył ostro, jakby chcąc szatynkę upomnieć.

— Nie tylko moja, co? — wycedziła przez zęby, odwracając wzrok. — Irvin znowu zamierza wpierdalać się w moje życie prywatne, czy co ?— Przewróciła teatralnie oczami. Ziewnęła potężnie, zasłaniając usta dłonią.

— Raczej chce uratować ci znowu dupę — warknął Levi, piorunując dziewczynę wzrokiem. Asahina ponownie prychnęła.

— Mnie? Nie potrzebuję łaski. Sama sobie potrafię doskonale dać radę — stwierdziła. Uśmiechnęła się drwiąco.

— Skoro nie potrzebujesz pomocy Irvina, to dlaczego siedziałaś w więzieniu?

Yuna gwałtownie uderzyła pięścią w biurko. Przeciętny żołnierz, chcąc ratować swoje życie, najprawdopodobniej uciekałby z tego gabinetu jak najdalej. Jednak, jak powszechnie wiadomo, Levi wcale nie mógł być porównywany do zwiadowców pokroju Luci czy chociaż Petry.

Brunet nigdy nie bał się Asahiny. Zwykle w jej obecności zachowywał spokój i opanowanie, no, chyba że zaczynała mówić jak opętana lub wykazywała odruchy samobójcze — wtedy nie pozostawał obojętny. Nawet tak chłodny w obyciu kapral miewał odruchy ludzkie — szczególnie w czasie swoich pierwszych lat przynależności do armii. Mimo iż wychowywał się w podziemiu i jego przerażała liczba zgonów na froncie, i pożoga, jaką nieśli z sobą tytani, chociaż jak zwykle nie dawał po sobie tego poznać.

— Nie twoja sprawa. — Yuna odwróciła wzrok, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

Zapadła cisza.

Dlaczego uwaga Leviego tak bardzo Asahinę rozwścieczyła? Może dlatego, że nie znosiła zdawać się na pomoc innych? Wychowano ją na dziewczynę, która powinna poradzić sobie w każdej sytuacji bez względu na okoliczności i nie przebierając w środkach. A tu co? Irvin już niejednokrotnie z własnej, nieprzymuszonej woli uratował ją z opresji. Musiała przyznać, że w pewnej chwili poczuła, że traci swoją indywidualność i zaczyna czuć się zupełnie zbędna.

— Zaufaj mu — przerwał ciszę.

— …co…? — zapytała zdezorientowana, nie rozumiejąc rady kaprala.

— Zaufaj Irvinowi. Wie, co robi.

Yuna zdjęła nogi z biurka i spojrzała na bruneta jak na kompletnego idiotę. Czy on naprawdę uważał, że, chociaż Smith uratował jej życie już raz i dzięki jego interwencji nie wąchała już kwiatków od spodu, byłaby w stanie pójść za dowódcą w ogień?

— Nie jestem tobą, Levi. Nie potrafię bezgranicznie zawierzyć swojego życia tak przebiegłemu człowiekowi. Oboje przecież wiemy — nie zdążyła skończyć, ponieważ pedant przerwał ostro jej wypowiedź.

— Ostateczna decyzja będzie i tak zależała od ciebie. Zaufasz Irvinowi czy samej sobie?

Asahina zaklęła szpetnie, wstała powoli i z beznamiętnym wyrazem twarzy ruszyła w stronę drzwi. Młodszy kapral odwrócił głowę, wodząc za dziewczyną wzrokiem. Szatynka z wahaniem położyła dłoń na klamce, kurczowo zacisnęła na niej palce i zamyśliła się. Po chwili zamiast wyjść z pomieszczenia, uderzyła pięścią w drewnianą powierzchnię, po czym po prostu upadła na podłogę.

— Bawi cię to, co, Levi? — syknęła.

— Wcale — rzucił wypranym z emocji głosem.

— Czyli już nawet moja bezsilność nikogo nie jest w stanie rozbawić? Jestem… — Język jej się zaplątał i nie mogła wykrztusić adekwatnego określenia co do swojej osoby.

— …godna pożałowania — dokończył za nią, wstając i podszedł do niej.

— Wiem — przyznała cicho. — Cała ludzkość jest godna pożałowania.

Brunet prychnął, bez żadnego ostrzeżenia złapał dziewczynę za łokieć i postawił ją do pionu.

— Przestań już pieprzyć te swoje farmazony. Wyglądasz, jakbyś zaraz miała się poryczeć. Nie jesteś na spotkaniu myślicieli ani w podziemiu. To wojsko. Weź się w garść — warknął.

Asahina odsunęła się od Leviego parę kroków w tył. Doskonale wiedziała, że młodszy kapral bywał przerażający, ale nigdy nie przypuszczała, że sama znajdzie się w sytuacji, kiedy za najlepsze wyjście uzna jak najszybsze zniknięcia mu z oczu. Sama niejednokrotnie budziła postrach pośród niedoświadczonych żołnierzy, którzy nie potrafi rozmawiać z szatynką tak, by przy najbliższej okazji nie zostać uszkodzonym.

— Nie będziesz mi rozka…

— Kim jesteś? — zapytał niespodziewanie.

— Gdzie masz oczy? — prychnęła, powstrzymując się od drwiącego uśmieszku.

— Odpowiadaj — zażądał.

— O co ci chodzi, dzieciaku?

— Gadaj, Yuna — warknął po raz kolejny, piorunując ją tym swoim ćpuńskim wzrokiem. Spojrzenie kaprala sprawiło, że ugięły się pod nią kolana. Przygryzła wargę, przeklinając samą siebie w duchu za to, że nie potrafiła Leviego upomnieć, by nie nazywał jej po imieniu.

— Już nie wiem…

— Jesteś przedmiotem. Najzwyklejszym przedmiotem — stwierdził z jadem w głosie. — A jako przedmiot musisz mieć swojego właściciela. Los chciał, że jest nim akurat Oddział Zwiadowców.

Levi złapał ją boleśnie za nadgarstek, osunął od drzwi, szarpnął za klamkę i wyszedł na korytarz, ciągnąc Asahinę za sobą. Szatynka syknęła cicho z bólu, starając się ignorować zszokowanych żołnierzy, których kapral w pośpiechu wymijał, prowadząc dziewczynę do gabinetu Irvina. W pierwszej chwili miała ochotę zatrzymać się, zrobić brunetowi awanturę, a później zamknąć się w pokoju, nie wpuszczając nikogo, ale namyśliwszy się, zrezygnowała z pierwotnego zamiaru.

Levi nie odzywał się do Yuny. Swoim dziecinnym zachowaniem wyprowadziła go z równowagi. Nawet najmniej doświadczony zwiadowca wiedział, że jeśli dowódca Smith wezwał kogoś na dywanik, to znaczyło tylko tyle, że należy się jak najszybciej u Irvina stawić. Jak widać jednak, do starszego kaprala nie docierały nawet takie proste zasady. Nie dziwił się, skoro pochodziła z bogatej rodziny i rodzice ją rozpieścili. W przeciwieństwie do niego samego nie musiała zarabiać na życie poprzez kradzież.

Odłożył rozmyślania na bok, stwierdziwszy, że Asahina niezwykle go irytowała. Mógł porównać ją śmiało do Erena, gdyby nie jej doświadczenie i sceptyczne nastawienie do wszystkiego i wszystkich.

Bez pukania wpadł do gabinetu Irvina, wciągając za sobą szatynkę. Dowódca siedział za biurkiem, przeglądając dokumenty z archiwum. Widząc swoich gości, odłożył teczkę na bok i wstał z miejsca.

Levi puścił dziewczynę, która rozmasowała obolały nadgarstek i spojrzała zmieszana na Smitha.

— Możesz już iść — skinął w stronę kaprala. Brunet rzucił jeszcze tylko Asahinie ostrzegawcze spojrzenie, odwrócił się na pięcie i wyszedł, trzaskając drzwiami.

Irvin położył dziewczynie dłoń na ramieniu.

— Nie przesadził? — Szatynka zaprzeczyła jednak gwałtownym ruchem głowy. — Siadaj. Mam ci coś do pokazania. — Wskazał jej krzesło stojące przed biurkiem. Yuna wolno podeszła i zajęła wyznaczone miejsce. Irvin cały czas przyglądał jej się badawczo. Nie zachowywała się tak jak zwykle. Spuściła wzrok, zacisnęła dłonie w pięści i ciekała cierpliwie. Zbyt cierpliwie, jak na Irvinowy gust.

Smith usiadł, położył palce na kopercie opatrzonej pieczęcią jednego z arystokratycznych rodów i przesunął ją w stronę szatynki.

— Co to? — zapytała cicho.

— List od twojego ojca — wyjaśnił krótko. Yuna siedziała niewzruszona, dalej wodząc wzrokiem po podłodze.

— I co z związku z tym?

— Przeczytaj.

Dziewczyna sięgnęła po kopertę. Drżącymi palcami wyciągnęła z niej kartkę. Nadawca, w tym wypadku ojciec Asahiny, posiadał niezwykle estetyczny charakter pisma. Kapitan jednego z oddziałów Żandarmerii wyraził proste żądanie — chciał tylko, by córka zrezygnowała ze służby wojskowej i wróciła do domu.

— Jaką decyzję podjąłeś? — Złożyła kartkę w pół i odłożyła na biurko.

— Chciałem poznać twoją opinię.

— I tak co bym nie powiedziała, zrobiłbyś, jak uważasz — zauważyła, odgarniając wpadające do oczu kosmyki.

— Nie chciałbym, żebyś była zaskoczona, gdyby nagle w zamku pojawił się twój ojciec.

— Ja nie mam ojca — sprostowała szybko. — Mogę już iść?

Irvin przyjrzał się Asahinie podejrzliwie.

— Najpierw mi powiedz, co Levi przy tobie wypalił.

— Nic specjalnego. Powiedział tylko prawdę.

*****


Hanji uśmiechnęła się promiennie w stronę podwładnego. Blondyn spiął się, podparł zafrasowany czoło i przygryzł wargę. Od czego tutaj zacząć, pytał sam siebie. Spodziewał się, że jeśli powie wszystko prosto z mostu, Zoe najzwyczajniej w świecie uzna, że zwariował i jak najszybciej potrzebna jest mu wizyta u specjalisty.

— Raaany… — jęknął, kopiąc zakłopotany biurko przełożonej. — Dlaczego to wszystko musi być tak skomplikowane?

— Ale co?

— No, Yuna i… No… Yuna i… — Luca nie potrafił dobrać odpowiednich słów. — Co jej strzeliło do głowy?! Przecież wszystko wiesz, dowódco, no…

— Wychowałeś się w domu żandarma i nie możesz się wysłowić? Nieładnie, Luca, nieładnie. — Hanji parsknęła śmiechem, podpierając policzek dłonią. Młody zwiadowca zarumienił się zakłopotany i odwrócił wzrok. To nie tak, protestował w myślach.

— Dowódco! — zaoponował gwałtownie.

— No co? — zapytała rozbawiona.

Jeszcze nigdy Zoe nie zaprosiła go do swojego gabinetu. Z reguły to ona biegała po wszystkich pokojach, szukając potrzebnych w danej chwili osób lub przesiadywała u kaprala Leviego, przeszkadzając mu jednocześnie w pracy. Tak jak się spodziewał Luca, pokój przełożonej do najczystszych nie należał (przeczuwał, że gdyby nagle wpadł do pomieszczenia pedant-sadysta — jak to lubił w myślach nazywać bruneta — i przyprowadził ze sobą Erena, z podłogi można by było jeść), to jednak do bałaganu, który panował w gabinecie starszej Asahiny, daleko mu było. U Hanji czasem po podłodze walały się pojedyncze śmieci, a na półkach zalegał kurz. U Yuny tymczasem człowiek nawet nie mógł dostać się do biurka.

— Mów, co cię trapi — zachęciła Lucę okularnica.

— Nie wiem, czy pani wie, ale Yuna… Yuna… — tutaj znów zabrakło mu słów. Wziął głęboki oddech — …była terrorystką.

Hanji zaśmiała się nerwowo. Podejrzewała, że Asahina mogła powiedzieć kuzynowi coś przykrego albo zrobić mu żart, który w założeniu miał bawić, ale nie wypalił. Poznanie skrywanej tajemnicy nie mieściło się jednak niższemu dowódcy w głowie. Luca reagował na wszystko zbyt emocjonalnie, a zarazem podziwiał starszego kaprala, więc taki szok mógłby źle wpłynąć na jego światopogląd. W duszy nadal był dzieckiem, przynajmniej w opinii Zoe.

— Wiem — zaczęła wolno — ale nie uznałam za stosowne, by ci o tym powiedzieć.

Blondyn zacisnął dłonie w pięści. Zastanawiał się, przez jak długi czas będą go jeszcze traktować jak nieświadome dziecko. Owszem, może czasem zachowywał się zbyt infantylnie jak na swój wiek, ale, na niebiosa, miał chyba prawo wiedzieć, co się działo z członkiem jego rodziny, prawda?

— Dlaczego…?

— Nie wiem. Pewnie nawet Irvin tego nie wie. Yuna nie lubi wspominać o tym, co działo się od czasu, kiedy uznano ją za zmarłą. — Zoe westchnęła, kreśląc placem na biurku dziwne kształty.

– To dlaczego wróciła? — zapytał. Nie rozumiał motywacji kuzynki, która przecież nigdy nie złamałaby prawa.

— Gdyby pewnie nie interwencja Irvina, prawdopodobnie Żandarmeria skutecznie by się jej pozbyła. Asahina czasem ma za dużo szczęścia — stwierdziła szatynka. Luca złapał się za głowę, zmierzwił i tak roztrzepane włosy i westchnął cierpiętniczo.

— Jestem za głupi, żeby ją zrozumieć. Raaany…

Hanji zachichotała.

— Co panią tak bawi? — Spojrzał na nią szczerze zdziwiony. Ta roześmiała się głośniej.

— Nic — wykrztusiła. — Tylko… jesteś… taki… zabawny…

— Dowódco!

*****


Co ona sobie wyobrażała? Że od tak można zostać przestępcą? Tylko po to, żeby się mścić? I jeszcze później narzekać?

Levi trzasnął głośno drzwiami od pokoju, obrzucił krytycznym wzrokiem całe pomieszczenie, zawiedziony stwierdził, że wszędzie było czysto (rano wysprzątał całą izbę, ale oczywiście wcale nie wziął tego pod uwagę, bo przecież zawsze mógł gdzieś osadzić się kurz — ostrożności nigdy za wiele), usiadł na łóżku i zaklął szpetnie. Wgapiając się w sufit, zauważył bezczelnie spacerującego po białej powierzchni pająka. Kapral wściekł się nie na żarty, wstał gwałtownie i sięgnął po stojącą pod ścianą miotłę. Otworzył szeroko okno, podniósł szczotę do góry i poczekał, aż zwierzaczek spokojnie przespaceruje sobie na kij. Kiedy już nieproszony gość dotarł na miejsce, Levi ostrożnie i powoli wystawił część miotły na zewnątrz i strzepał z niej pająka. Tak się złożyło, że stworzonko spadło na głowę pewnej rekrutki, której kapral imienia nie pamiętał. Dziewczyna pisnęła głośno, jednak brunet, zadowolony z pozbycia się intruza, zamknął tylko okno, westchnął z ulgą i odłożywszy szczotę, położył się na łóżku.

— I chuj. Nie ma pająka.

****************************************
Rozdział 10: "Kapitan Asahina"
****************************************


Kapitan Asahina od zawsze był człowiekiem nienawistnym, mściwym i nieprzebierającym w środkach. Lubił górować nad rywalami, nieważne o jaką stawkę toczyła się gra. Zwycięstwo to coś, co miał we krwi od urodzenia, więc każdy człowiek, który kiedykolwiek miał z tym mężczyzną do czynienia, wiedział, że nie warto z nim zadzierać, a tym bardziej udzielać pomocy jego wrogom.

Irvin Smith widocznie zapomniał o tak istotnej kwestii.

Kapitan Asahina życzył źle niewielu ludziom — oprócz paru przeciwników politycznych i członków rodziny, którzy postanowili się zbuntować, inni nie sprawiali mu kłopotów. Wystarczyło samo nazwisko, czasem parę gróźb, ciętych ripost, a i tak żandarm miał drogę wolną. No, dopóki nie stanęła naprzeciwko niego Yuna.

Kapitan Asahina nigdy nie spodziewał się, że osobą, która przysporzy mu najwięcej problemów, mogłaby być właśnie jego pierworodna. Owszem, mężczyzna nigdy nie znosił dzieci i z reguły wychowanie dziewczynki zostawiał żonie, dla której bardziej niż dziecko liczyły się pieniądze, sława, rozgłos, zabawy w doborowym towarzystwie. Pewnie gdyby zauważył to wcześniej, nigdy nie pozwoliłby kobiecie na taką samowolkę.

Zresztą, jakie to miało znaczenie, skoro żonę zamordował gołymi rękoma?

Przeczuwał, że i tak największe problemy będą z Yuną. I owszem, długo na rezultaty nie musiał czekać. Najpierw oświadczyła, że nie chce zostać żołnierzem, a kiedy już groźbami zmusił ją do wzięcia udziału w szkoleniu, ta bezczelnie stanęła przed nim trzy lata później i poinformowała ojca o decyzji w sprawie wyboru wojskowej dywizji. Z początku myślał, że dziewczyna żartuje, mówiąc, że zostanie zwiadowcą. Znów postawił twarde warunki, ale Yuna, równie uparta co on, rzuciła tylko krótkie „Droga wolna, przeklęty staruchu” i wyszła. Po prostu.

Kapitan Asahina zrezygnował z karania córki, ponieważ był przekonany, że dziewczyna zginie na swojej pierwszej misji. Niestety, żyła przez kolejne sześć lat i chociaż wyrzucił ją z domu, ze swojego życia, to pamięci innych ludzi nie można było najzwyczajniej w świecie zmienić. Więc jakże mógł być zachwycony, kiedy pewnego dnia usłyszał, że jego „najukochańsza” córunia w końcu wąchała kwiatki od spodu?

I tutaj jego radość była przedwczesna.

Wieść, że Yuna żyje, wstrząsnęła nim tak mocno jak nigdy dotąd. W dodatku trafiła do więzienia za terroryzm. A co w tym wszystkim najbardziej żandarma rozśmieszyło? W wyjściu na wolność pomógł jej Irvin, ten sam Irvin, który wysłał ja na samobójczą misję. Kiedy tylko dostał tę wiadomość od jednego z podwładnych, narodziło się w nim nowe pragnienie. Nie chciał już tylko śmierci swojej pierworodnej.

Chciał ją zamordować gołymi rękoma.

„Już nigdy nie przyniesie hańby nazwisku…”

„Już nigdy nie będę się musiał za nią wstydzić…”

„Już nigdy nie…”

„Wytępię tę zarazę… Raz na zawsze…”

Właśnie, to wszystko wina Irvina. Gdyby tylko się nie wtrącił, ciało Yuny rozkładałoby się w jakimś rowie, stanowiłoby pożywienie dla sępów… Ale ten przeklęty Smith…

Cholera, najchętniej wyciąłby w pień ten zbędny ludzkości Oddział Zwiadowców. Źle im było za murami? Aż tak bardzo, że wysyłali na śmierć kolejnych ludzi? Jeśli wszyscy powymierają, to kto będzie pracował na polu i uprawiał ziemię?

Kapitan Asahina prychnął, sfrustrowany rzucił pióro na biurko i sięgnął po stojącą obok dokumentów lampkę czerwonego wina. Zamieszał płynem w szkle i wyobraził sobie roztrzaskane ciało córki spowite w krwi. Jej własnej krwi. Uśmiechnął się przerażająco na samą myśl, że to on byłby sprawcą tej masakry.

A później zobaczył w myślach Lucę, który nakrył go na przestępstwie. Jego też zabił. Nikt by przecież nie podejrzewał głowy jednego z rodów szlacheckich zrozpaczonej po śmierci najbliższej rodziny, a gówniarz, jako świadek zbrodni, nie miałby powodów do kłamstwa.

Ze świata marzeń wyrwało go ciche pukanie do drzwi. Kapitan Asahina odchrząknął, otrzepał mundur z niewidzialnego kurzu, przybrał swój obojętny wyraz twarzy i donośnie zezwolił przybyszowi na wejście. Przez uchylone drzwi spostrzegł skuloną postać jednego z podwładnych.

— Przybył k-kapitan Ż-żandarmerii… C-chce go p-pan widzieć? — wyjąkał cicho. Asahina skinął głową i po chwili młody chłopak zniknął mężczyźnie z oczu. Zamiast niego do gabinetu wszedł pewnie Nile Dawk. Mężczyzna trzymał pod pachą teczkę wypchaną po brzegi dokumentami, którą położył na blacie biurka i zajął wolne miejsce naprzeciwko kapitana.

Asahina był mężczyzną wyglądającym na około pięćdziesiąt lat. Między jego siwymi włosami Nile mógł jeszcze dojrzeć gdzieniegdzie brązowe kosmyki — jedyne, co zostało kapitanowi z młodości. Twarz upstrzona siecią zmarszczek i podłużna szrama biegnąca po bladym policzku nie odmładzały mężczyzny, dawały wręcz odwrotny efekt. Dawk zawsze tłumaczył sobie, że to wina spotykających kolegę po fachu nieszczęść —problemy z córką, śmierć żony i Yuny a później niespodziewany powrót tej drugiej ze świata zmarłych.

— Jak zdrowie dopisuje, kapitanie? — zapytał spokojnie, lustrując żandarma spojrzeniem. Mężczyzna westchnął cierpiętniczo, odłożył lampkę wina na biurko.

— Kiedyś się przez tę młodzież zawału nabawię — stwierdził z dezaprobatą.

Podobnie jak córka, Asahina potrafił kłamać w żywe oczy i naciągać fakty wedle własnego widzimisię. Często dzięki tej niezwykle przydatnej zdolności zdobywał przychylność innych ludzi. Kapitan uważał się za niezwykłego szczęściarza i, co z niechęcią przyznawał, widocznie Yuna odziedziczyła po nim nie tylko upór ale i fart.

— Widziałem tę dziewczynę. — Nile otworzył przyniesione ze sobą akta i obrócił teczkę o sto osiemdziesiąt stopni, pokazując zawartość arystokracie. — Co więcej, Irvin potwierdził jej tożsamość.

Asahina spiął się przez chwilę i zacisnął dłonie w pięści. Przeklęty ulizany blondynek… Gdyby tylko nikt nie poinformowałby go o sprawie z terrorystką, teraz już…

— Coś się stało? — zapytał zaniepokojony Dawk. Kapitan uśmiechnął się nerwowo.

— Tak, to bez wątpienia ona — potwierdził, taksując uważnie wzrokiem niedbały szkic mający przestawiać jego córkę. — Kryptonim również się zgadza. Pamiętam, że nigdy służba nie mogła dobudzić Yuny.

Nie chciał dać po sobie poznać, jak bardzo brzydził się córki. Próbował zachowywać się naturalnie i wspominać stare dzieje, jakby zupełnie go to nie obchodziło.

— Widać, że nie tylko talent odziedziczyła po głowie rodziny Asahina. Mam nadzieję, że już nigdy Yuna nie zrobi nam niespodzianki i nie wstanie z grobu — zażartował Nile.

— Też tak myślę. — Arystokrata chciał dodać jeszcze, że radziłby jak najszybsze załatwienie problemu, ale powstrzymał się od zbytniego komentarza. Uśmiechnął się za to, jakby naprawdę go to cieszyło.

— Ech, Irvin jest naprawdę uciążliwy — rzucił po chwili dowódca Żandarmerii. — Najpierw przekonał głównodowodzącego, że Eren bardziej przysłuży się ludzkości w Oddziale Zwiadowców, a potem jeszcze ta sprawa z Yuną… Co za człowiek…

— Chciałbyś, by umarł? — zapytał półżartem kapitan.

— Nie, bez przesady. Mógłby po prostu przekazać Żandarmerii bardziej… „uciążliwe” osoby.

— Ale nie twierdzisz, że jego śmierć przysłużyłaby się całej ludzkości?

—Nie twierdzę, że zaszkodziłaby — stwierdził pewnie Nile. — Dlaczego pytasz?

Asahina machnął lekceważąco ręką, jakby odganiał sprzed nosa natarczywą muchę.

— Zapomnij — odpowiedział z uśmiechem.

A więc nie przeczysz, że najlepiej byłoby ich wszystkich pozabijać, prawda, podsumował w myślach.

Nile zerknął kątem oka na wiszący nad biurkiem zabytkowy zegar z kukułką. Szesnasta trzydzieści… Przekazał jednemu ze swoich podwładnych, że do stolicy wróci koło dziewiętnastej, a bądź co bądź, Asahina nie mieszkał zbyt blisko — godzinę drogi do miasta najmniej.

— Jakieś nowości w stolicy? — zapytał kapitan, przerywając ciszę. Dawk ocknął się z zamyślenia i zaśmiał się nerwowo.

— Raczej nic, co mogłoby cię zainteresować. Po złapaniu Yuny zmniejszyła się działalność przestępcza. Aż miło przechadzać się ulicami.

— Może w końcu wybrałbym się do stolicy. Nawet w tej posiadłości bywa strasznie nudno — stwierdził wesoło kapitan. — W końcu niedługo urlop mi się kończy.

— Raczej nikt by nie zauważył pana nieobecności. — Nile ponownie zerknął na pozłacaną tarczę zegara i westchnął cierpiętniczo. — Właśnie, ja już muszę się powoli zbierać. Mam parę spraw do załatwienia.

— Porozmawiamy innym razem. Odprowadzić cię?

— Nie musisz, trafię sam.

Dawk pożegnał się krótko i wyszedł z gabinetu. Asahina odetchnął z ulgą, rozmasował obolałe skronie i przybrał ten swój obojętny wyraz twarzy.

Nie namyślając się długo, wyjął jedną z szuflad biurka i wyciągnął ozdobną papeterię. Sięgnął po pióro i obrócił je parę razy pomiędzy palcami. Uśmiechnął się ironicznie.

— Wypowiadam wam wojnę… Ciekawe jak sobie z nią poradzi ten wspaniały Oddział Zwiadowców.

*****


Zapukać, nie zapukać. Zapukać, nie zapukać. Zapukać…

Luca od kilku minut stał przed gabinetem starszego kaprala Asahiny i wahał się, czy przerwać kuzynce pracę, czy może jednak sobie darować i przejść innym razem. Zabrał nawet dokumenty od swojego dowódcy, które i tak miały wylądować na biurku Yuny. Mimo wszystko jednak nie wiedział, czy podjął dobrą decyzję.

Podczas swojego pobytu w Oddziale Zwiadowców niejednokrotnie słyszał, że kapral Levi często powtarzał mantrę o nieprzewidywalności konsekwencji swoich wyborów. Ale przecież nie było nic strasznego w wejściu do pokoju, zostawieniu papierów i wykonaniu taktycznego odwrotu, prawda?

No dobrze, Luca pominął fakt, że kapral Asahina była złem wcielonym.

— Przepraszam… Pan Luca? — Blondyn wyrwał się z zamyślenia i odwrócił głowę w prawo. Zobaczył Erena z nienaturalnie zmierzwionymi włosami niosącego wiadro pełne brudnej wody, w której pływały sobie dwie szmaty.

— Zgubiłeś się? — zapytał przyjaźnie, drapiąc się po karku. Szatyn pokręcił głową.

— Nie, za to pan wygląda, jakby się bał wejść do gabinetu kapral Asahiny — zauważył trafnie Yeager, odstawiając wiadro pod ścianę. Luca zaśmiał się nerwowo.

— No coś ty, ja po prostu… eee… liczyłem rysy na drzwiach. Właśnie, dowódca Hanji poprosiła mnie, bym zobaczył, czy drzwi nie są przypadkiem za bardzo zniszczone! To taka, wiesz, robota dla starszych zwiadowców! — Blondyn poklepał chłopaka po ramieniu. Eren spojrzał na Lucę, nie rozumiejąc kompletnie, o czym ten mówi

— Przepraszam… — zaczął nieśmiało.

— Tak?

— Czy ty się na pewno dobrze czujesz, gówniarzu? — Słysząc głos Leviego, Luca wzdrygnął się i pisnął zaskoczony. Powoli odwrócił głowę do tyłu i zobaczył małego… nie, tak nie wypadało nazywać osoby starszej stopniem… przewrażliwionego na punkcie sprzątania… nie, no przecież nie można obrażać niczyich pasji… zobaczył po prostu przerażającego młodszego kaprala, który pomimo skromnego metra sześćdziesięciu już nieraz przysporzyłby blondynowi zawału serca.

— J-ja, kapralu? — jąkał się Asahina.

Brunet spiorunował go wzrokiem. Luca pisnął raz jeszcze, niemalże wypuszczając z dłoni teczki.

— Ja tylko… miałem… liczyć… zanieść… No!

Niespodziewanie Levi wyrwał chłopakowi dokumenty.

— To dla Yuny?

— No t-tak…

Kapral prychnął z wyższością, odepchnął Lucę od drzwi i gwałtownie szarpnął za klamkę. Blondyn próbował protestować, jednak brunet, nie dość że był uparty i nieprzeciętnie silny, to jeszcze i budził strach w Asahinie, przez co chłopakowi głos uwiązł w gardle.

Tak jak się spodziewał Levi, Yuna nie siedziała na fotelu w gabinecie. Rano ktoś widział starszą kapral wchodzącą do lochów w podziemiu i najwidoczniej do tej pory stamtąd nie wyszła. Brunet podszedł do biurka i ułożył na nim równo teczki. Zdziwił się w duchu, że na blacie nie leżały żadne zbędne papierki, a powierzchnia wręcz lśniła czystością. Przez myśl nawet Leviemu przeleciało, że pomylił gabinety, więc z wahaniem wysunął jedną z szuflad biurka. Tak jak przypuszczał, znalazł tam tylko niezliczone pudełka fajek. Nikt inni w Oddziale Zwiadowców oprócz Yuny nałogowo nie palił.

— Nie ma jej? — zapytał zdziwiony Luca.

— Jak widać — rzucił ironicznie brunet. Asahina odetchnął z ulgą.

— Kapralu, a pan co tutaj robi? — Eren odezwał się nieśmiało, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.

— Nieważne — warknął Levi. Yeager wzdrygnął się. — Skończyłeś szorować schody?

Szatyn skinął powoli głową.

— To wyszoruj je jeszcze raz. — Kapral wzruszył ramionami.

Eren miał ochotę w pierwszej chwili zaprotestować, jednak zrezygnował z kłótni z kapralem i zasalutował ochoczo, po czym podniósł wiadro energicznie i ruszył w stronę schodów. Wiedział, że lepiej nie przeciwstawiać się Leviemu, kiedy ten był szczególnie… rozjuszony. Wtedy Erd z reguły żartował, że to na pewno już się zbliżają „te” dni.

Kapral wyszedł z gabinetu i zamknął drzwi. Luca stał w miejscu jak słup soli i nie do końca jeszcze pojmował, że jakiś człowiek ośmielił się bez pukania wpaść do gabinetu Yuny, grzebać w jej rzeczach i na dodatek w ogóle nie zważać na konsekwencje swojego postępowania. No, może zapomniał, że Levi nie należał go grupy osób, które trzęsłyby przed Asahiną portkami. Zresztą, dlaczego blondyn miał się temu dziwić, skoro Yuna niewielu ludziom pozwalała się nazywać po imieniu.

— Nie stój tak tutaj, bo jeszcze korzenie zapuścisz — mruknął sarkastycznie kapral, wymijając Lucę.

— Tak jest!

*****


Asahina Yuna zaklęła szpetnie, przeładowując rewolwer. Wycelowała ponownie w ścianę, na której zamocowała prowizoryczną tarczę i bez wahania nacisnęła spust. Nie trafiła. Znowu. Z rezygnacją siadła pod zimną ścianą, położyła broń na posadzce, po czym z lekkim wahaniem wyciągnęła papierosa i zapaliła go od świecy. Zaciągnęła się porządnie, odgarniając wpadające do oczu kosmyki, a następnie przymknęła powieki.

Nie wiedziała, ile czasu siedziała w lochach, chociaż wiedziała, że w obecnej sytuacji bardziej od treningu celności przydałoby jej się poćwiczyć szermierkę. Ale jaki to wobec tego miało sens, skoro i tak by się na śmierć zanudziła, machając bezsensownie mieczem?

Żałosne, skwitowała w myślach. Okropnie żałosne. Co za różnica, czy jest się przedmiotem, czy drżącą ze strachu świnią, czy chodzącym kalkulatorem? I tak na końcu wszystkich czeka zagłada. Nie ma śmierci szczególnie okrutnej, każdy ją po prostu inaczej odbiera. Tylko wobec śmierci jesteśmy równi.

Pani kapral westchnęła, po czym z wyraźnym rozleniwieniem otworzyła oczy. Zamrugała parę razy, przyzwyczajając się ponownie do panującego półmroku. Niedopałek papierosa docisnęła do podłogi i uniosła lekko broń ku górze.

— Bang.

Zamiast strzelić, Yuna wypuściła rewolwer z ręki i zaczęła się histerycznie śmiać. Bawiła ją własna głupota, bezsilność a może sytuacja, w jakiej się znalazła — sama już nie wiedziała, co właściwie było przyczyną takiego stanu rzeczy.

Nie usłyszała, że ktoś wszedł do lochów.

— Ty się śmiejesz? — zapytał z nieukrywanym zdziwieniem Irvin, trzymając w dłoni lampę. Szatynka podniosła wzrok na blondyna i przybrała obojętny wyraz twarzy.

— Rzadko kiedy, ale nawet mnie się to zdarza — stwierdziła dziewczyna spokojnie. — Chcesz czegoś ważnego?

— Porozmawiać. — Smith usiadł obok Asahiny, nie pytając ją o zdanie. Starszy kapral wzruszył ramionami.

— To coś ważnego?

— W pewnym sensie — przyznał Irvin. Yuna westchnęła z dezaprobatą.

— A, nie ma sprawy. Jestem wolna pomiędzy dwudziestą a dwudziestą pięć w poniedziałki — oświadczyła z drwiącym uśmieszkiem na ustach.

— Yuna — rzucił ostrzegawczo.

— Ach, zapomniałam. — Przewróciła oczami teatralnie. — Wszystkie terminy do następnego miesiąca mam zajęte, więc…

— Przestań żartować, Yuna — przerwał jej ostro blondyn.

— Tak, tak. —Szatynka machnęła lekceważąco dłonią.

Dopiero teraz Irvin zwrócił uwagę na leżący na posadzce rewolwer. Zmierzył dziewczynę uważnie spojrzeniem.

— Broń?

— A, tak. Była w paczce, która przywiózł mi Luca. Nie martw się, nie rozstrzelam was, kiedy będziecie spać. Samobójczynią nie jestem — zażartowała.

— Czarny rynek, co?

— Ta. Mają tam o wiele lepsze rzeczy niż w wojsku. No, ale trzeba się liczyć też z ceną.

Irvin zmarszczył brwi.

— Wysoką pewnie.

— Ta. Zdziwiony? Jeśli odpowiednio dużo nie zarobisz, nie będzie litości. Terrorysta to bardzo kosztowny zawód. A wiesz, jak dyscypliny można się tam nauczyć? Nie dziwię się, że Levi jest tak ci we wszystkim posłuszny.

— A ty nie, co? — zauważył szybko Smith.

— Gdyby wszyscy byli wszystkim posłuszni, to kto by Leviego denerwował, co? Dobra… To co tam chciałeś?

****************************************
Rozdział 11: "Korzyści"
****************************************


Młodszy kapral Levi bez pukania wpadł do gabinetu Irvina, ogarnął wzrokiem pomieszczenie i zauważywszy w końcu obecność dowódcy, otrzepał spodnie z niewidzialnego kurzu, poprawił chustę, po czym odchrząknął znacząco. Smith uniósł wzrok znad dokumentów, wyprostował się i spojrzał wyczekująco na bruneta.

— Coś się stało, Levi?

Kapral policzył w myślach do dziesięciu (słyszał, że to ponoć pomaga się uspokoić) i odetchnął głęboko.

— Wiesz, gdzie się podziała ta palaczka?

Irvin spojrzał na bruneta nie lada zaskoczony.

— A, Yuna… Wzięła wolne. Czemu pytasz?

Ciemne oczy kaprala błysnęły niebezpiecznie.

— Co za pierdolona kurwa… — zaklął siarczyście. — Wkręcić mnie w opiekę nad gówniarzami i jeszcze się lenić. Zabiję.

— Ej, Levi, spokojnie… — Smith próbował chociaż trochę załagodzić gniew podwładnego. Asahina też nie miała kiedy wkurzać Leviego, tylko dzień przed wyprawą za mur. I oczywiście nie mogła sobie znaleźć innego dnia, by wziąć wolne. — Powinieneś się już przyzwyczaić. To w końcu Yuna.

Kapral zacisnął dłonie w pięści, szybko podszedł do biurka Irvina i uderzył w blat.

— Nie rozumiem, do chuja, co w niej takiego wyjątkowego. Ciągle Yuna, Yuna, Yuna. Weźcie się wszyscy pierdolcie. Powinna zdechnąć — rzucił pretensjonalnym tonem.

Rzadko kiedy Levi dużo mówił, szczególnie na temat Asahiny, ale jeszcze nigdy wcześniej otwarcie nie życzył jej źle. Może i Yuna była niesubordynowanym, nieposłusznym i robiącym wszystko na przekór żołnierzem, który potrafił w dodatku doprowadzić do białej gorączki, ale to nie znaczyło, że ma od razu ginąć w męczarniach. Chyba.

— Tak, już się dowiedziałem, że Yuna zaszła ci za skórę. Coś jeszcze? — zapytał Irvin, nie zwracając zupełnie uwagi na rozwścieczonego kaprala.

— Niech ktoś się zajmie tymi bachorami. Ja nie zamierzam.

— Wyznacz kogoś ze swojego oddziału. Na pewno będzie zachwycony — zaproponował Smith, wywołując kolejny atak frustracji u Leviego.

— Ty naprawdę sądzisz, że oni nie mają nic poza tym do roboty?! Naćpałeś się do reszty?!

Blondyn spiorunował go wzrokiem.

— To raczej ty się czegoś naćpałeś. Twoje spojrzenie mówi samo za siebie.

Levi prychnął, obrzucił przełożonego nienawistnym spojrzeniem i wyszedł z gabinetu, gwałtownie trzaskając drzwiami. Irvin zaśmiał się w duchu. Dawno kapral nie zachowywał się jak niezadowolone dziecko.

*****


Asahina Yuna lawirowała pomiędzy stolikami, uważając, by nie potknąć się o pustką butelkę do alkoholu, o pożyczoną od Hanji spódnicę lub by nie wpaść przypadkiem na jednego ze stałych gości baru. Pani kapral doskonale wiedziała, że nie pasowała do tego miejsca — dzięki Irvinowi nie była już kryminalistką, nie musiała się ukrywać, chociaż gdzieś tam czuła, że w tym świecie egzystowały jeszcze osoby, które pragnęły tylko jej śmierci. Żył przecież jeszcze Nile Dawk, inni wysoko postawienie członkowie Żandarmerii, i co ważniejsze, kapitan Asahina Satoru, głowa rodziny Asahina.

Nie chodziło o to, że Yuna bała się ojca, bo przecież nie należała do tej grupy osób, które uciekały na widok starca. Nienawidziła Asahiny Satoru, zresztą z wzajemnością. Znała swojego ojca jak nikt inny i wiedziała, że pod tą maskę miłego i sympatycznego mężczyzny kryje się istny sadysta, który potrafił posunąć się nawet do zabójstwa, jeżeli ktoś nie zatańczył tak, jak mu zagrał.

Mimo wszystko jednak sprzeciwiła się ojcu i poszła swoją własną droga. Nigdy nie żałowała, że została zwiadowcą. Nigdy nie żałowała, że została terrorystką. Nigdy nie żałowała swoich wyborów.

W końcu Asahina przepchnęła się do lady, usiadła na jednym z barowych krzeseł i położyła dłonie na chorobliwie czystym blacie, splatając ze sobą palce. Właściciel lokalu stał odwrócony tyłem do dziewczyny i ustawił szklanki na półce.

— W czym mogę pomóc? — zapytał, słysząc, że ktoś odsuwa krzesło. Yuna uśmiechnęła się drwiąco pod nosem.

— Powinien się pan mieć bezpośredni kontakt z rozmówcą i zaprzestać działań, kiedy prowadzi pan konwersację z damą — stwierdziła z udawaną pretensją w głosie szatynka. Mężczyzna odwrócił się na pięcie i już miał udzielić reprymendy kobiecie, która śmiała zwrócić mu uwagę, kiedy stwierdził, że właściwie twarz dziewczyny jest całkiem znajoma. Pamiętał ten drwiący uśmieszek na ustach Świstaka i nie mógłby pomylić go z żadnym innym.

— Wyspałaś się już? — zażartował.

Yuna spiorunowała mężczyzna wzrokiem. Barman przeczesał swoje czarne, upstrzone siwizną włosy i zaśmiał się nerwowo.

— No, nie obrażaj się. I jak tam było w pierdlu?

Szatynka westchnęła z dezaprobatą, po czym zaczęła ściągać bandaż z lewego nadgarstka.

— Można powiedzieć, że w chuj zajebiście… — mruknęła Asahina, pokazując mężczyźnie podłużną bliznę. Brunet zmrużył oczy i objął delikatnie jej rękę palcami.

— Cholernie głęboko weszło, co?

— Taa — przyznała Yuna, spuszczając wzrok i obwiązała szybko nadgarstek z powrotem.

— A gdzie się teraz podziewasz? Raczej nie zaryzykujesz powrotem do zawodu, co? Nawet ty nie będziesz chciała zaryzykować znowu swojego życia.

Świstak westchnął, uderzył głową o stół i przymknął oczy. Tak naprawdę Asahina nie wiedziała, czy gdyby miała taką możliwość, ponownie zaczęłaby terroryzować ludzi.

— Nie mam takich możliwości. Utknęłam w miejscu — stwierdziła po chwili myślenia. Rozmasowała obolało skronie.

— To znaczy? Ktoś cię w klatce zamyka, czy co? — zażartował. Yuna podniosła głowę i spiorunowała go wzrokiem. Wyprostowała się gwałtownie, odgarniając opadające na oczy kosmyki brązowych włosów.

— Można to tak ująć —skwitowała tonem nieznoszącym sprzeciwu. Patrzyła na właściciela baru z wyższością i chłodem w oczach.

— Robisz za czyjąś służkę? A może… Nie, to niemożliwe. Nie wzięliby cię do wojska. Który idiota zrekrutowałby z powrotem takiego zdrajcę?

— Taki jednak się znalazł.

— Żartujesz? — Brunet spojrzał na dziewczynę, jakby ducha zobaczył. Nie, raczej Świstak, jeden z najbardziej niebezpiecznych terrorystów w kraju, nie zgodziłby się na dołączenie do armii.

— Powrót do Oddziału Zwiadowców wbrew pozorom nie był wcale najgorszy, ale to tak między nami. Lepiej nikomu nawet o tym nie wspominaj — uprzedziła go dziewczyna.

— Jak sobie pani szlachcianka zażyczy. A teraz niech pani mi zdradzi, po co przybyła do tak obskurnego miejsca.

Asahina wzruszyła ramionami.

— Fajki mi się skończyły. Masz jakieś na zbyciu?

Mężczyzna swoim zwyczajem zaśmiał się i z kieszeni fartucha wyciągnął jedną paczkę papierosów. Oczy Yuny zabłysły.

— Poczekaj chwilę. Leżą na zapleczu. Czegoś jeszcze potrzebujesz?

— Taaa… możesz wrzucić trochę naboi do tego rewolweru, co ostatnio w paczce dostałam. Czasem trzeba jakieś cioty powybijać.

— Świstaku! Jesteś w wojsku!

— No wiem, żartuję przecież. Ale naboi parę wrzuć.

*****


Co ja tutaj robię, zapytał sam siebie Luca, siedząc naprzeciwko Irvina Smitha we własnej osobie, który kończył wypełniać dokumenty. Młody zwiadowca przełknął głośno ślinę. I pomyśleć, że miał tylko przynieść dowódcy papiery od Hanji.

— Ano… przepraszam, dowódco, ale dlaczego mnie tutaj zatrzymałeś? — Luca odezwał się nieśmiało, ostrożnie dobierając słowa. Po raz pierwszy miał możliwość porozmawiać z Irvinem osobiście. Chociaż w zasadzie to dlaczego w ogóle Smith chciał z nim zamienić parę słów?

— Chciałbym z tobą porozmawiać o Yunie.

No tak, Yuna. O cóż innego mogło chodzić Smithowi? Ostatnio tylko Lucę pytano o kuzynkę. Chłopak głównie wylewał swoje żale razem z Hanji, która w rzeczywistości miała większą styczność z Asahiną niż on sam.

— Ale co mógłbym panu o niej powiedzieć. Pan pewnie wie więcej ode mnie — niechętnie przyznał młodszy zwiadowca.

— Nie przeczę, że to jest możliwe — stwierdził Irvin, przymykając oczy.

Jaki bezpośredni, zdziwił się w duchu Luca.

— Skoro pan wszystko wie, to co ja tutaj robię? — wypalił Asahina bez większego zastanowienia. Irvin spiorunował go wzrokiem.

—Luca, wiesz, czym jest Yuna? Czym jest dla Żandarmerii, dla Oddziału Zwiadowców, dla Asahiny Satoru?

Chłopak pokręcił przecząco głową. Co to w ogóle za dziwne pytanie, pytał sam siebie. Yuna to Yuna. Może trochę nieprzyjemna w obyciu, bezpośrednia i wredna, ale to nadal Yuna.

— Yuna to karta przetargowa. Tak jak Eren, tylko w innej sprawie.

Zaraz, zamyślił się młody zwiadowca. Jaka karta przetargowa? Yuna, do jasnej cholery, nie jest przedmiotem!

— O czym pan mówi? — zapytał spokojnie, próbując się uspokoić.

— Asahina Yuna jest kartą przetargową pomiędzy Oddziałem Zwiadowców a kapitanem Asahiną Satoru — powtórzył spokojnie Smith.

Oczy chłopaka gwałtownie się rozszerzyły ze zdziwienia. Był w szoku. Z całym szacunkiem dla dowódcy, ale chyba się za dużo wieczorem napił i teraz plótł bzdury.

— Między wujkiem? Dlaczego? Przecież ją wydziedziczył — przypomniał Luca. Irvin westchnął ciężko. Czyli ten dzieciak nie znał prawdziwego oblicza ojca Yuny? Mężczyzna mógł się tego spodziewać — w końcu który sadysta chciał, by jego sekret znali nawet ludzie z jego najbliższego otoczenia?

— Asahina Satoru nie lubi pozostawiać niedokończonych spraw. A Yunę za taką uważa. Chciałbym, byś to wiedział.

— Znaczy się — Luca szybko przeanalizował wypowiedź Irvina — wujek będzie chciał zabić Yunę? Naprawdę?

Dowódca skinął głową. Asahina nie mógł uwierzyć w to, co właśnie dowódca mu przekazał. Więc Yuna naprawdę zginie? I to jeszcze zabije ją jej ojciec?

— Racja… Cuda nie dzieją się wiecznie… Byłoby zbyt pięknie, gdyby Yuna ciągle unikała kłopotów. Zawsze miała pecha. Ale dowódco… co ja mogę zrobić?

— Po prostu nie możemy dopuścić, by Asahina Satoru spotkał się z Yuną.

— Zrozumiałem. Będę starał się zapobiec ich spotkaniu.

Irvin uśmiechnął się pod nosem. Przekonanie do siebie Luci nie było trudne, ale lepiej, że ktoś jeszcze oprócz Hanji i Leviego wiedział o zagrożeniu, jakie niósł ze sobą kapitan Asahina. Gdyby jakimś cudem ojciec Yuny nie dowiedziałby się (a to uniemożliwiała zażyłość Nile’a Dawka z Satoru), że dziewczyna jednak nie żyje, sprawa zostałaby niemal natychmiast rozwiązana — i wilk byłby syty, i owca cała.

Smith za bardzo cenił sobie umiejętności szatynki, więc ponowne skazanie jej na śmierć (zwłaszcza, że teraz miał możliwość wyborów, której sześć lat wcześniej niestety nie posiadał) byłoby zupełnym nieporozumieniem. Może i dzięki temu ryzykował zdobyciem kolejnego wroga, ale jeśli miałby wybierać pomiędzy ponad przeciętnymi zdolnościami i gniewem starca a śmiercią Yuny i zadowolonym Satoru, musiał przyznać, że bardziej korzystna wydawała się pierwsza opcja. Oczywiście, każdy wybór niósł za sobą konsekwencje, ale tych, jak to już od wielu wiadomo, nie dało od razu przewidzieć.

Nie wyciągał Yuny z więzienia ani dlatego, że obudziło się w nim współczucie, chociaż musiał przyznać, że nie spodziewał się spotkania z nią w takim miejscu (w ogóle raczej nie planował jej zobaczyć), ani dlatego, że chciał ją uchronić przed egzekucją. Nie. Irvin Smith od zawsze był typem człowieka, który od własnych korzyści woli kierować się dobrem ogółu. Wolał, by Asahina zginęła podczas walki na froncie o wyzwolenie ludzkości niż dlatego, że tak wygodnie żandarmom.

*****


Eren czasem tracił wiarę w ludzkość. Szczególnie wtedy, kiedy po raz kolejny był świadkiem kłótny Petry i Aurua o… w zasadzie o nic. W takich chwilach chłopak najczęściej zastanawiał się, czy tych dwoje na pewno zaliczał się do najsilniejszych ludzi w Oddziale Zwiadowców. Nie to, żeby Yeager śmiał podważać ich kompetencje, ale jednak widział, jak bardzo potrafili przypominać dzieci, zaczynał wątpić, czy przypadkiem nie trafił do przedszkola.

Eren westchnął, przeciągnął się, odstawiając na chwilę miotłę, którą sprzątał podwórze i zrezygnowany spojrzał w stronę awanturujących się zwiadowców. Petra właśnie kopnęła Aurua w kostkę, na co chłopak zawył z rozpaczy, krzywiąc się, jakby właśnie zjadł cytrynę. Chociaż tak w zasadzie to czy on przypadkiem nie wyglądał tak cały czas?

I nagle pośród tego całego rozgardiaszu pojawił się niczym wszechmogący bóg kapral Levi, piorunując wzrokiem podwładnych i doprowadzając ich do stanu względnego posłuszeństwa. Pokornie przeprosili za swoje zachowanie, obiecując, że nigdy więcej już tak nie zhańbią Oddziału Leviego (Yeager i tak wiedział, że niebawem sytuacja się powtórzy), a sam Eren, pełen wdzięczności do przełożonego, miał ochotę rzucić mu się do stóp i podziękować. Oczywiście chłopak wiedział, że za taki numer od razu zostałby szybko ustawiony do pionu i udowodniłby tylko swoją dziecinność. Bądź co bądź, nie chciał, by pakowano go do jednego worka razem z Petrą i Auruem.

Eren jednak dostrzegł w oczach Leviego dziwne błyski. Zwykle pojawiały się tylko wtedy, kiedy przełożonego naprawdę porządnie wkurzyła kapral Asahina (Yeager niejednokrotnie był świadkiem ich „kulturalnych” rozmów i potrafił wywnioskować, że sympatią to oni się nie darzyli), więc przypuszczał, że i tym razem to jej sprawka.

— Ano, kapralu… — Eren spróbował do mężczyzny zagadać. Ten tylko, mijając chłopaka, spiorunował go wzrokiem. Po plecach Yeagera przebiegły dreszcze i dyskretnie usunął się brunetowi z drogi.

Jest wściekły, stwierdził w myślach. Strasznie wściekły.

— Co kaprala znowu ugryzło? — zapytał Auruo pretensjonalnie, podchodząc do Erena. Młody zwiadowca zamyślił się przez chwilę.

— Hmm… Pewnie kapral Asahina.

— Chwila… — Bossard spojrzał na Yeagera, jakby pierwszy raz w życiu go zobaczył. — Która to?

— Ano… — Posiada pan chyba inteligencję ameby, dorzucił chłopak w myślach. — Nie widział pan takiej szatynki, która zawsze dziwnie się czesze. — Eren próbował ułożyć włosy na wzór Yuny, unosząc grzywkę nad lewym okiem do góry, czym wywołał tylko kpiący uśmieszek na twarzy Aurua.

— Dobra, może coś mi tam świta — skwitował, wzruszając ramionami.

Tak, oczywiście, dorzucił zgryźliwie w swojej głowie szatyn.

— Chwila, która to już godzina?

Eren dopiero teraz zorientował się, że słońce chyli się ku horyzontowi. Westchnął, chwycił mocniej szczotę i wrócił do energicznego zamiatania podwórza. Mimo wszystko chciał skończyć powierzone mu przez kaprala zadanie, zanim nastały egipskie ciemności i nie byłoby na dworze widać nawet czubka własnego nosa, gdyby nie paląca się na dziedzińcu latarnia.

— Pewnie coś koło dwudziestej. — Usłyszał chłopak.

— Trzeba już się zbierać, bo kapral znowu będzie zachowywał się jak kobieta w ciąży.

— Nie marudź, przynajmniej nie narzeka na bajzel na dziedzińcu.

— Z dwojga złego lepiej w tę stronę.

Po kilku minutach większość zwiadowców opuściła plac, udając się w stronę stołówki. Zostawili Erena samego z niedokończoną robotą i własnymi przemyśleniami, których bądź co bądź przed pierwszą wyprawą za mury nie mógł się pozbyć. Zastanawiał się, jak naprawdę wygląda świat zewnętrzny. Szczerze mówiąc, nie spodziewał się ujrzeć pięknych widoków — raczej przewidywał, że ujrzy piekło. Piekło, które powstało przez tytanów.

Przez bramę do zamku ktoś wjechał konno. Szatynka zatrzymała się przed Yeagerem, jednak widząc, że ten był pochłonięty własnymi przemyśleniami, pstryknęła go w czoło i uśmiechnęła się złośliwie.

— Pobudka, śpiąca królewno.

Eren podniósł wzrok na dziewczynę i cofnął się zdezorientowany, ledwie zachowując równowagę. Widok kapral Asahiny w stroju innym niż mundur był nie tyle szokujący, co zaskakujący. Szczerze powiedziawszy, nie wyobrażał sobie Yuny w długiej do kostek, beżowej spódnicy i białej koszuli. Nie, taki ubiór raczej do niej nie pasował.

— Kapral Asahina? Co pani tutaj robi?

Szatynka prychnęła i zeskoczyła ze zwierzęcia, miękko lądując na ziemi, po czym podała wodze Erenowi.

— Stoję? — zapytała z przekąsem Yuna. Siłowa się chwilę z przywiązaną do siodła paczką i włożyła ją pod pachę. — Co jeszcze tutaj robisz? Odprowadź tego konia — rozkazała chłodno.

— T-tak jest! —Eren zająknął się, po czym gwałtownie złapał uzdy. Zwierzę zarżało głośno. Szatynka posłała mu spojrzenie pełne dezaprobaty i westchnęła z rezygnacją.

— Jak bardzo Levi jest wściekły? — zapytała niespodziewanie. Yeager uniósł brwi zaskoczony, mierząc dziewczynę wzrokiem. Wyraz jej twarzy nie zmienił się ani trochę — wyglądała tak jak zwykle — znudzona, obojętna, jakby nic jej nie obchodziło. Obserwując Asahinę, czasem Erenowi przychodziło na myśl, że przypomina chodzącego trupa. Podobnie jak Levi potrzebna była niezwykła determinacja, by wyprowadzić ją z równowagi, a ponadto Yuna nigdy się nie opalała.

— Chyba trochę bardzo… — stwierdził po chwili namysłu chłopak. Pani kapral przez chwilę uśmiechnęła się pod nosem (Eren mógłby przysiąc, że śni na jawie) i odwróciła się na pięcie, niemalże potykając się o własne nogi. Z powrotem złapała równowagę, przez ramię zerkając na młodego zwiadowcę.

— Stresujesz się trochę jutrzejszą wyprawą za mury?

Yeager zdziwił się jeszcze bardziej. Słyszał od dowódcy Hanji, że Asahina Yuna może zadawać mu dziwne pytania. Właśnie to było najprawdopodobniej jednym z nich.

— No… tak trochę — przyznał po chwili. — A pani?

Coś ty do cholery powiedział, skarcił się w myślach Eren.

— Szczerze? Mam na to wyjebane. — Szatynka wzruszyła ramionami, odgarniając wpadające do oka kosmyki. — Nawet jeśli zginę tam czy dopadnie mnie Levi, czy inny żądny krwi żandarm… Co za różnica.

— Pani naprawdę jest…

— Asahina! — Zanim Eren zdążył dokończyć, rozległ się wrzask kaprala Leviego. Wściekłego kaprala Leviego, warto dodać.

— Dobra, chyba muszę wiać… Że też ten gnojek musiał się teraz pojawić. — Yuna, nie czekając na przybycie bruneta, krótko skinęła na Yeagera, żegnając się z nim i pobiegła w stronę budynku. Miała nadzieję tam zgubić kaprala.

Naprawdę jest pani niemożliwa, kapralu Asahina, szatyn dokończył w myślach, unikając nienawistnego wzroku dowódcy, po czym odprowadził konia dziewczyny do stajni.

*****


Asahina Yuna wpadła jak burza do swojego pokoju, z impetem zatrzasnęła drzwi, zakluczyła je i, odłożywszy paczkę na stolik, rzuciła się na łóżko. Z ulgą kremowy sufit upstrzony gdzieniegdzie białymi pajęczynami utkanymi przez pajączki, które chętnie skorzystały z tego, że gospodyni nie dość, że szczególnego zamiłowania do sprzątania nie miała, to jeszcze bywała tutaj gościem, większość czasu spędzając albo w gabinecie, wypełniając dokumenty, albo śpiąc gdzie popadnie.

Nie uciekła przed Levim, bo się go bała, ba, większość Oddziału Zwiadowców miała serdecznie gdzieś. Na kaprala zwracała uwagę tylko dlatego, że natura obdarzyła go specyficznym talentem i, jak uważała Yuna, rozwój takiej osoby warto byłoby obserwować. Na Irvina i Hanji została niejako skazana. Z dowódcą musiała się przecież jakoś dogadywać tym bardziej, że była jego dłużniczką. Co do Luci, jedynego członka rodziny, który od Asahiny się nie odwrócił, nie chodziło o jakąś miłość braterską. Pani kapral była człowiekiem lubiącym postawić na swoim, przebiegłym i sprytnym. Lucą po prostu mogła łatwo manipulować.

Jestem okropną osobą, zaśmiała się w duszy Asahina. Ale cóż poradzić, skoro życie jest tak okrutne?

To dlaczego więc uciekała przed Levim?

Tak właściwie, to która dziewczyna naraziłaby się na utarczkę z pedantem (znając temperament tych dwojga, szybko mogłaby się przerodzić ona w bójkę), kiedy musiała ochronić swój największy skarb (papierosy naturalnie) i nie pozabijać się przy okazji o własne nogi?

Asahina Yuna zaklęła cicho, słysząc, że ktoś dobija się do drzwi, przewróciła się na bok i przykryła głowę poduszką.

— Wypierdalaj. Jestem śpiąca.

****************************************
Rozdział 12: "Apercepcja"
****************************************


Asahina Yuna przeciągnęła się w łóżku, klnąc siarczyście pod nosem. Że też nie mogła spać w nocy akurat przed wyprawą za mury. Zacisnęła mocno powieki, przewracając się na drugi bok i przykrywając głowę poduszką. Rany, jak bardzo pani kapral lubiła spać. Wcześniej nie można było wyciągnąć dziewczyny z łóżka, a teraz sen jakimś cudem nie chciał jej zmorzyć.

— Do chuja. Będzie trzeba to gdzieś zapisać — mruknęła sama do siebie. Z rezygnacją gwałtownie wstała, niemalże potykając się o leżący na podłodze mundur. Odgarnęła włosy z czoła zastanawiając się, dlaczego nie odłożyła odzieży na swoje miejsce.

A, chciało mi się spać, stwierdziła po chwili w myślach. Nie była kompletnie przytomna. Okrążyła łóżko i podeszła do okna. Otworzyła je, wpuszczając do pomieszczenia świeże powietrze i jednocześnie zmrużyła oczy. Promienie wschodzącego słońca raziły ją w oczy. Asahina Yuna od dawna nie miała okazji, by obserwować początek dnia. Często spędzała go przecież w łóżku.

Szatynka odwróciła się na pięcie, podeszła do drzwi, zgarniając przy okazji koszulę z krzesła i narzuciła ją na nagie ramiona. Po drodze ogarnęła wzrokiem pokój — Yuna, gdzie się nie pojawiła, potrafiła tylko nabałaganić. Cóż jej się dziwić, nie była perfekcjonistką. W przeciwieństwie do Leviego na przykład zawsze stawiała na ilość, nie na jakość.

Zamknęła drzwi, wrzucając klucz do kieszeni koszuli i skierowała się w stronę stołówki, licząc na to, że nikogo jeszcze o tej porze nie spotka. Zresztą, to chyba byłoby barbarzyństwo — który normalny człowiek zrywałby się z łóżka z samego rana?

Weszła do kuchni, przewracając przy okazji parę stojących na zimnej posadzce metalowych garnków. Nie przejęła się tym zbytnio. W jej naturze nie leżało zracanie uwagi na bałagan — przeszkadzał dopiero wtedy, gdy o mały włos się o coś nie zabiła. Zagotowała wodę i zaparzyła sobie kawę. Dopiero kiedy przygotowywała napój zauważyła, że nie założyła opatrunku na nadgarstki. Zaklęła pod nosem. Nie to, że wstydziła się swoich blizn – wprost przeciwnie — cieszyła się, że je posiada. Może nie było to zbyt kobiece, ale w zasadzie wygląd dla Asahiny nie figurował wysoko w hierarchii. W przeciwieństwie do pysznych panienek z arystokratycznych rodów nie przejmowała się, że miała blizny na nadgarstkach, udzie czy plechach. Co z niej byłaby za terrorystka, gdyby przejmowała się takimi drobnostkami?

Yuna upiła łyk napoju w kubka i skrzywiła się. Gorzkie. Nie lubiła takiej kawy. W ogóle nie przepadała za gorzkimi napojami. Sięgnęła po stojącą na blacie cukierniczkę. Wsypała najpierw jedną, później dwie łyżeczki proszku, zamieszała i ponownie wzięła łyk. Może być, stwierdziła w myślach.

Nagle usłyszała, że ktoś nieudolnie lawiruje między porozrzucanymi przez nią garnkami. Asahina kątem oka zerknęła na przybysza. Przed oczami mignęła jej blond czupryna. Zastanawiała się, co Lucę o tak wczesnej porze wyciągnęło z łóżka. Chłopak o mało co się nie przewrócił, gdyby Yuna nie złapała go za koszulkę.

— O, kapral Asahina… Już na nogach? — zapytał nie lada zdziwiony. Akurat szatynka była ostatnią osobą, której spodziewałby się w zamkowej kuchni o wschodzie słońca.

— Tak jakoś. — Wzruszyła ramionami. Chłopak wyprostował się. Kuzynka puściła go i odsunęła się kilka kroków w tył. — A ty nie w łóżku?

Luca zaśmiał się nerwowo i swoim starym zwyczajem podrapał się po karku. Zawsze tak robił, kiedy był zakłopotany lub nie wiedział, co rozmówcy mógłby odpowiedzieć. Musiał przyznać, że takie sytuacja przy Asahinie zdarzały się niesamowicie często — cóż, nie krył, że budziła respekt, ale nie dlatego, że matka natura obdarzyła ją jakąś tam siłą, talentem do zabijania czy czymkolwiek innym. Nie dlatego Luca Yunę szanował. Dziewczyna miała w sobie po prostu coś, co pozwalało jej zachować dumę, nawet kiedy zostałaby publicznie upokorzona. Nie poddałaby się. Czasem odnosił wrażenie, że to wszystko, co Asahina miała, że reszta została jej już odebrana.

— Nie wszyscy są takimi śpiochami jak ty, kapralu — stwierdził. Yuna spojrzała na niego pytająco, jednak po chwili machnęła z rezygnacją dłonią.

— Nieważne — rzuciła jakby od niechcenia. Ponownie upiła łyk z kubka, westchnęła i odwróciła wzrok.

— Ano… Denerwujesz się, że nie mogłaś zasnąć? To do ciebie niepodobne — zagaił po chwili milczenia, widząc, że dziewczyna nie chciała kontynuować konwersacji.

— Po prostu chyba wystarczy mi już snu — odparła chłodno. Niezbyt rozumiała, dlaczego Luca rozmawiał z nią tak spokojnie i ostrożnie po tym, czego się dowiedział. Na dobrą sprawę mógł też szybko ulotnić się z pomieszczenia, nie zamieniwszy z nią słowa.

Asahina wiedziała, że kuzyn nie tylko był gwałtownym młodzieńcem, ale również bardzo inteligentnym. Chociaż na ogół zachowywał się jak dziecko, kiedy zmusił swoje szare komórki do pracy, potrafił wyciągnąć wnioski, do których przeciętni żołnierze dochodziliby miesiącami. Mimo wszystko do blondyna należało mówić, używając konkretów. Kto by chciał, by byle wesołek okazał się od niego mądrzejszy?

— A ty? Boisz się?

— Boję się. Nie jestem bohaterem. Nie mam żadnych nadprzyrodzonych mocy. Nie jestem kapralem Levim. Nie jestem dowódcą Irvinem. Nie jestem tobą. Nie potrafię cały czas iść przez życie z podniesioną głową — oświadczył, uśmiechając się promiennie. Asahina nie wiedziała, dlaczego chłopak mówił to tak wesoło.

— To dlaczego wybrałeś Oddział Zwiadowców? Przecież były jeszcze inne opcje. — Spojrzała na niego pytająco.

— Wybór pomiędzy Oddziałem Stacjonarnym a Oddziałem Zwiadowców był niezwykle prosty. Chciałem po prostu być taki jak moja ukochana kuzynka. Idealna kuzynka. Przynajmniej tak myślałem.

— Teraz już nie chcesz, co? — zapytała chłodno dziewczyna, kończąc napój. Odstawiła kubek do zlewu, zalała go wodą i wytarła dłonie w wiszący na kranie ręczniczek.

— Nie. Stwierdziłem, że bycie sobą jest lepsze niż bycie taką fałszywą i podłą osobą jak ty, kapralu Asahina. Zaakceptowałem taki stan rzeczy, jaki jest.

Asahina uśmiechnęła się pod nosem. Wiedziała, że Luca cechował się szczerością dziecka — nie przebierał w słowach, nie oszukiwał — tego do szczęścia nie potrzebował. Chciał jedynie żyć według własnych przekonań. I Yuna cieszyła się, że tacy ludzie wciąż istnieli, chociaż zapewne stanowili niewielki odsetek całej populacji.

— A spróbuj mi tylko za tymi murami zginąć — zagroziła szatynka całkiem poważnie — to przysięgam, że cię ożywię i zajebię jeszcze raz.

Luca roześmiał się. Tak, to była ta Yuna, którą tak cenił i szanował.

*****


— O, karzeł — rzuciła kapral Asahina, mijając na zamkowym dziedzińcu Leviego. Przystanęła na chwilę, otrzepała mundur z niewidzialnego kurzu i odgarnęła opadające na twarz kosmyki. Od przeszło kwadransa przeklinała Irvina, który bez ostrzeżenia wpadł do jej gabinetu, kiedy akurat kończyła się ubierać i całkowicie poważnie oświadczył, że natychmiast ma zebrać swoje szanowne cztery litery i ogłosić, że do zbiórki nie zostało więcej niż dziesięć minut. Chcąc nie chcąc, Yuna porzuciła swoje zajęcie i, nie zdążywszy ułożyć włosów, biegała z gwizdkiem po całym dziedzińcu, przekazując rozkazy od dowódcy.

— Nie pozwalaj sobie, gówniaro — warknął brunet, przystając. Złapał boleśnie dziewczynę za nadgarstek, taksując ją nienawistnym wzrokiem. Szatynka syknęła cicho, odwróciła się w stronę kaprala i bez ostrzeżenia dmuchnęła w gwizdek tak mocno, że rozchodzący się dźwięk zbudziłby śpiącego w lochach żołnierza.

— Pragnę powiadomić zdrowo popierdolonego kaprala, że za niecałe dziesięć minut wyruszamy do Karanese, więc molestowanie starszy stopniem proszę zostawić na później — rzekła z jadem w głosie, wyrywając nadgarstek z uścisku Leviego. Spojrzała na mężczyznę chłodno — nawet jak na nią niebywale chłodno. Obróciła się na pięcie i oddaliła się w stronę żołnierzy, którzy kończyli przygotowywać konie do jazdy. — Ach, właśnie. Radzę pilnować własnej dupy, bo nikt raczej na karły uwagi najmniejszej nie zwróci — rzuciła jeszcze przez ramię.

W kapralu aż się zagotowało. Musiał przyznać, że Asahina wkurzyła go jeszcze bardziej niż zwykle, ba, nawet zorganizowała zamach na jego niezawodny słuch, więc z wielkim trudem trzymał nerwy na wodzy. Bądź co bądź, wolał nie pobić szatynki przy podwładnych. Spowodowałoby to tylko niepotrzebne zamieszanie, a tego jeszcze by potrzebował. Tłumu gapiów i opóźnienia w wyprawie. Tak, oczywiście, o niczym innym nie marzył. Chociaż z drugiej strony nie mógł oprzeć się wrażeniu, że dziewczyna sama szuka zaczepki.

— Co za pierdolona arystokratka — mruknął pod nosem, odwracając się w stronę zegarowej wieży. Promienie słońca odbijały się od starej tarczy. Kapral zmrużył oczy, by lepiej widzieć. Za dziesięć wpół do siódmej.

— O, tutaj jesteś, kapralu. — Zza pleców usłyszał wesoły głos Petry. Przeniósł na nią wzrok. Ciągnąc za sobą za rękaw kurtki Erena, razem z resztą Oddziału do Zadań Specjalnych wymijała krzątających się zwiadowców, który szukali swoich dowódców lub czynili ostatnie przygotowania do wyprawy. Zauważywszy jednak skrzywioną twarz Leviego — tak, taką samą wtedy, kiedy się złościł, kiedy lepiej było nie wyprowadzać go z równowagi.

— Jak widać — warknął kapral. Yeager przełknął ślinę. Doskonale wiedział, że lepiej byłoby zostawić kaprala, aż ochłonie, ale co poradzić, kiedy zaraz trzeba wyruszać w drogę?

— Lepiej już chodźmy, bo Asahina znowu będzie darła mordę — rzucił jakby od niechcenia Auruo — i wyzywała od popierdoleńców, i…

— Dobra, wystarczy, zrozumieliśmy — przerwała mu Petra, piorunując kolegę spojrzeniem.

— Wątpiłbym, czy ty to pojęłaś. W końcu kobiety niektórych rzeczy zapamiętać nie mogą — stwierdził, przewracając teatralnie oczami. Dziewczyna prychnęła.

— Lepiej byłoby, gdybyś tę ironię sobie darował. Jeśli myślisz, że wyrażając się tak, staniesz się popularny, to grubo się mylisz.

Jak bezmózgie ameby, stwierdził w myślach Eren. Zastanawiał się, jakim cudem Erd i Gunter przy najbliższej okazji nie skrócili tej dwójki o głowy. Rzeczywiście zachowywali się jak stare, dobre małżeństwo.

Chwila, czy na pewno takie dobre?

Erd i Gunter westchnęli cierpiętniczo, widząc, że kapral ledwo się powstrzymuje od porządnego trzepnięcia dwojga niesubordynowanych przełożonych w potylice.

— Wystarczy — warknął ponownie brunet. Eren nieśmiało podniósł rękę do góry.

— Ano… kapralu… zostało mniej niż pięć minut…

*****


Droga do Karanese niezwykle się Luce dłużyła. Chłopaka nie interesowała otaczająca go ze wszystkich stron natura — zdecydowanie preferował zatłoczone miasta od zielonych łąk i pól porośniętych powoli dojrzewającymi zbożem. Cóż się mu dziwić, skoro wychował się za murem Sina pośród przepychu i bogactwa? Owszem, niby się już przyzwyczaił do panujących w Oddziale Zwiadowców warunków, ale często tęsknota za życiem w luksusie dawała o sobie znać — szczególnie w takich momentach, kiedy wiedział, że kiedy opuści bezpieczne mury, będzie musiał zmierzyć się z brutalną rzeczywistością — brutalniejszą od prawdy o życiu żandarmów, brutalniejszą od prawdy o Yunie. Tak, w tamtym momencie te wszystkie sprawy wydawały się być nic nieznaczącymi błahostkami.

Luca chciał przeżyć. Owszem, chciał zawsze wyjść cało z wyprawy za mury. Nierzadko się zdarzało, że wracał z niewielkimi obrażeniami, ale czuł, że to pragnienie było większe niż wcześniej. Może dlatego, pragnął pokazać kuzynce, że nie powinna go traktować jak małe dziecko? Że potrafi o siebie zadbać?

Przydzielono go do tylnej straży. Sam właściwie nie wiedział, dlaczego skończył, strzegąc konwojów, a nie pilnując rekrutów lub pomagając swojemu dowódcy. Ta cała formacja wydawała mu się bez sensu. Zupełnie tak samo jak to, że kapral Asahina nie została przydzielona do składu jednego z drużyn pilnujących któregoś ze skrzydeł, tylko jechała gdzieś na przedzie. A skąd to wiedział? Przypadkiem wymsknęło jej się to podczas porannej rozmowy.

— Rany, jakie nudy — jęknął chłopak, przeciągając się w siodle. Po chwili na horyzoncie wyłoniły się mury otaczające miasto. Zielone oczy Luci zaiskrzyły się. W końcu zacznie się coś dziać, stwierdził w myślach uradowany. Towarzystwo tych mruków jest takie uciążliwe.

*****


Levi milczał. Nie zwracał uwagi na kłócących się Petrę i Auruo. Nie uważał, że to było ważniejsze od wyprawy za mury. Właściwie, to nie wiedział, co musiałoby się stać, by odwróciło to uwagę kaprala od rzeczywistości, jaka czekała na zwiadowców, kiedy tylko ci opuszczą Karanese.

Mimo że z Irvinem dogadywał się najlepiej spośród wszystkich znanych sobie ludzi, nadal nie mógł zrozumieć, dlaczego uratował dupę Yunie — kobiecie, która może i miała to doświadczenie wojskowe i potrafiła walczyć z tytanami, ale była przestępczynią, zdrajczynią, osobą nieobliczalną i nieprzewidywalną. Levi nie rozumiał, jak można wtajemniczyć kogoś tak nieodpowiedzialnego w szczegóły najbardziej tajnej misji od kilku lat. Smith mówił, że, w razie gdyby wyprawa zakończyła się sukcesem, ludzkość po raz kolejny zbliżyłaby się do odkrycia tajemnic tytanów. Więc po co mieszać w to terrorystkę?

Może i wcześniej Levi szanował Yunę, ale człowiek, który najpierw służył ludzkości, a później stał się jej wrogiem, nie miał dla kaprala żadnej wartości. Obraz lojalnej i posłusznej rozkazom dziewczyny został zniszczony przez jej próżność i zachcianki. Brunet nie rozumiał, jak można być tak nieodpowiedzialnym i nadzwyczajnie w świecie głupim.

Właśnie, jak można być tak głupim, do cholery?

Ten świat jest taki… żałosny, stwierdził w myślach brunet. Wszyscy są żałośni.

A uwierzyłbyś, kapralu, że właśnie doszedłeś do tych samych wniosków co kobieta, której tak bardzo nienawidzisz?

Levi uśmiechnął się ironicznie pod nosem.

Pierdolona palaczka, rzucił w myślach.

*****


— I chuj. Co ja tutaj robię? — zapytała sama siebie, wyciągając zza pazuchy płaszcza paczkę papierosów. Machinalnie wyjęła jednego z pudełka i zapaliła. Porządnie zaciągnęła się, przeczesując palcami końską grzywę. Sierść wierzchowca była czarna. Asahina nigdy nie zwracała uwagi na umaszczenie zwierzęcia, jednak przed tą wyprawą jakoś nie wzięło jej na żadne rozmyślania. Stwierdziła więc, że trzeba znaleźć sobie inne zajęcie.

Siedząca na koniu obok Hanji odwróciła się w stronę Yuny. Uśmiechnęła się z politowaniem w stronę pani kapral, klepiąc ją po ramieniu.

— Nie mogłabyś sobie chociaż dzisiaj darować? Naprawdę? Rozumiem, uzależnienie uzależnieniem, nawyk nawykiem, ale nie mogłabyś tego zrobić dla Irvina, Leviego, Luci, kogokolwiek i dzisiaj nie palić?

Asahina machnęła lekceważąco dłonią.

— Jeszcze czego. Nie po to wydaję fortunę na fajki, by teraz dla jakiś ciot ich nie palić — oświadczyła dobitnie, z obojętnością patrząc Hanji w oczy. Wedle opinii okularnicy Yuna była bezpośrednia, nawet czasem zbyt bezpośrednia, szczególnie, jeśli rozmawiały o jednym z członków wojska. Dziewczyna nie zwracała uwagi na to, że Smith znajduje się parę metrowa od niej. Prawdopodobnie mówiłaby, co by chciała, nawet gdyby miała do czynienia ze zwierzchnikiem całej armii.

— Mówił ci ktoś, że mogłabyś czasem zatrzymać swoje spostrzeżenia dla siebie? — zapytała ostrożnie Zoe. Asahina wzruszyła ramionami.

— Mam na to wyjebane. Szczerze mnie nie interesuje, czy wielki kapral Levi, dla przykładu, by się na mnie obraził.

Hanji westchnęła cierpiętniczo. Taki charakter, stwierdziła w myślach. Jedni byli nieudacznikami, inni patrzyli na wszystkich z góry. No cóż, zmienianie człowieka na siłę nigdy nie wychodzi na dobre.

Yuna rzuciła niedopałek na ziemię. Brama oddzielająca pozornie bezpieczne miasto od piekła zaczęła powoli unosić się w górę. Pani kapral przeciągnęła się w siodle, ścisnęła mocniej wodze i porzuciła myśli o maści wierzchowca. Zaśmiała się w duchu. Ile czasu minęło, odkąd ostatni raz wyruszała za mury?

— No to, kurwa, zaczynamy.

*****


Kapitan Asahina Satoru westchnął, spojrzał z dezaprobatą na czekające w kolejce do uzupełnienia dokumenty, przeciągnął się w fotelu i sięgnął po stojącą na brzegu biurka lampkę czerwonego wina. Upił łyk, odstawił naczynie na miejsce i rozmasował obolałe skronie. Musiał przyznać, od wschodu słońca pracował niesamowicie ciężko, by móc w południe pojawić się w Karanese. Nie oczekiwał po wyprawie Oddziału Zwiadowców zbyt wiele — nigdy nie uważał ich za wyjątkową jednostkę, bardziej za sierociniec dla odmieńców. Patrząc z perspektywy czasu, nie dziwił się, że trafiła tam też jego „ukochana” córunia. Yuna nigdy nie lubiła przepychu. Ale to, że dołączył do tych samobójców Luca? Luca, którego zawsze miał za rozsądniejszego dzieciaka? Chociaż skoro chłopak chciał naśladować pierworodną Satoru…? Czort go tam wie.

A, właśnie, to już chyba najwyższy czas, przypomniał sobie mężczyzna, patrząc na pozłacaną tarczę zegara. Powoli wstał z krzesła, otrzepał białe spodnie z niewidzialnego kurzu, założył leżącą na krześle pomarańczową kurtkę i ruszył ku wyjściu z gabinetu.

Uśmiechnął się drwiąco na samą myśl, że w końcu zobaczy swoją córkę. Chciał już teraz zobaczyć jej minę — jej bezcenną minę. Starzec wiedział, że Yuna się go boi. Zresztą, każdy by się przed nim kulił ze strachu, gdyby wiedział, do czego kapitan był zdolny. Zabić swoją żonę na oczach dziecka. No cóż, lepszych metod wychowawczych to ze świecą szukać.

Po drodze rzucił służącej krótki rozkaz dotyczący przygotowania konia do jazdy. Młodziutka dziewczyna w pokora schyliła głowę i pobiegła w stronę stajni, omal nie potykając się o własne nogi. Zanim Satoru wyszedł z posiadłości pożegnany krótko przez kamerdynera, zajrzał jeszcze do zbrojowni, gdzie trzymał większość broni białej (część oczywiście przechowywał z dala od ciekawskich spojrzeń gości i służby). Wziął ze stojaka jeden z mieczy, przypiął do pasa i opuścił rezydencję.

— Mam tylko nadzieję, że dożyjesz chwili, kiedy cię osobiście pozbawię głowy, terrorystko, Asahino Yuno.

****************************************
Rozdział 13: "Obowiązek"
****************************************


— Dowódco Irvinie, czerwona flara na prawej flance.

— Dowódco Irvinie, czerwona flara na lewej flance.

— Dowódco Irvinie, czer…

Kapral Asahina przygryzła wargę, zacisnęła mocniej palce na uździe i ostatkiem sił powstrzymywała się przed złożeniem reprymendy podwładnym Smitha. Że też musiał sobie wybrać tak irytujących i głupich żołnierzy. Co prawda, Yuna należała do osób cierpliwych i nie straszne jej były trudy i niedogodności wypraw za mury, ale przy tak natrętnych grupie żołnierzy trudno ich ignorować.

— Kurwa, zamknijcie się w końcu. Irvin chyba nie jest aż tak ślepy, żeby smugi dymu nie widział — rzuciła zgryźliwie szatynka, odgarniając nieustannie przesłaniające oczy włosy.

— Co żeś powiedziała, ty podła su… — zaczął jeden ze zwiadowców. Miał ciemne blond włosy związane w wysoką kitkę, niewielki zarost i ciemne oczy beztroskiego chłopca. Może i brał udział w wyprawach za mur już kilka razy, ale niewątpliwie wielu rzeczy powinien się jeszcze nauczyć, stwierdziła w myślach dziewczyna.

— Starszy kapralu Asahino — poprawiła go szybko, uśmiechając się pod nosem. W irytującym zwiadowcy aż zagotowało się ze złości, otworzył już usta i głos mu zamarł w gardle. Yuna spiorunowała go spojrzeniem. Owszem, blondyn wiedział, że dziewczyna przebywała jakiś czas w podziemiu i trudniła się zabijaniem, ale, jako że nigdy nie miał do czynienia z prawdziwym przestępcą z krwi i kości (kapral Levi się nie liczył, skoro już wszyscy do niego „przywykli”), nie wiedział, że tacy ludzie byli tak przerażający.

— Yuna, wystarczy. Skup się na zadaniu — wtrącił się Irvin, posyłając Asahinie ostrzegawczy spojrzenie. Dziewczyna westchnęła cierpiętniczo, teatralnie przewróciła oczami i wróciła do obserwowania drogi.

Hanji uśmiechnęła się pobłażliwie. Szczerze mówiąc, wolała nie przeszkadzać Yunie w uroczej konwersacji ze zwiadowcami. W końcu na własnej skórze przekonała się, że jeśli wypowiedziało się jedno niewłaściwe słowo przy pani kapral, ta mściła się okrutne, ubliżała na każdym kroku i nie pozwalała normalnie funkcjonować. Taki typ człowieka, zsumowała Zoe. Ciekawe tylko, dlaczego jeszcze z Levim się nie pozabijała.

Asahina, znużona już jazdą, wyciągnęła zza pazuchy zielonego płaszcza paczkę fajek i, nie zważając ani na obecność Irvina, ani na prędkość, z jaką poruszał się czarny ogier, którego pani kapral dosiadała, wyciągnęła jednego papierosa, zapaliła i porządnie się zaciągnęła. Oczywiście napotkała karcący wzrok Smitha. Irvin nigdy nie aprobował tak niezdrowego nawyku, który to Yuna wyrobiła sobie, będąc jeszcze nastolatką. Palenie przecież tak bardzo szkodzi zdrowiu.

Dziewczyna odwróciła wzrok od twarzy Irvina i rozejrzała się dokoła. Mimo wszystko tęskniła za światem zewnętrznym, nawet jeżeli ten był miejscem niebezpiecznym, niesprzyjającym ludziom. Tylko tam Asahina mogła naprawdę poczuć się panią swojego losu i decydować o sobie. A tego osobie tak niezależnej jak Yuna najbardziej brakowało w „domu”. Zawsze znalazłby się ktoś silniejszy, ktoś mający większe wpływy.

Pani kapral westchnęła i wyrzuciła niedopałek papierosa, który po chwili zdeptał jeden z koni zwiadowców jadących za Asahiną. Niech coś w końcu zacznie się dziać. Nudno jak diabli, pomyślała.

— Przed nami las gigantycznych drzew! — zakomunikował głośno któryś z żołnierzy. Yuna przeciągnęła się w siodle.

I po co ja tutaj Irvinowi, skoro i tak na nic mu nie jestem potrzebna?

*****


Luca westchnął, odgarnął włosy z czoła i z rozleniwieniem zaczął wpatrywać się w błękitne niebo, kątem oka obserwując towarzyszy. Że też dowódca przydzielił go do tak… niegadatliwych ludzi. Niewysoka blondynka — Andrea, z tego co Asahina zapamiętał — nerwowo rozglądała się po okolicy, obgryzając paznokcie a raczej to, co z nich zostało. Inna dziewczyna niemal zasypiała. Tylko poczucie obowiązku i odpowiedzialność za dowodzenie grupą nie pozwalała jej odpłynąć w ramionach Morfeusza. Ostatni członek drużyny — szatyn o bystrym spojrzeniu — zajmował się liczeniem mijanych po drodze krzaków.

— Asahina, nie myśl o niebieskich migdałach. — Lucę z zamyślenia wyrwał ostry ton dowódcy. Blondyn westchnął cierpiętniczo.

— Tak, tak, proszę pani — rzucił od niechcenia.

— Annabeth, zejdź z chłopaka. Może i jest burżujem, ale to nie upoważnia cię do gnojenia go na każdym kroku. Odkąd wyjechaliśmy z Karanese, ciągle go upominasz — wtrącił się szatyn. Brunetka już miała otworzyć, by skomentować wypowiedź towarzysza, ale ten okazał się szybszy. — I nie, to, że wyznaczył cię dowódca Irvin, nie zmienia postaci rzeczy. Nie świadczy też o kompetencjach dzieciaka. Jak jest tak dobry jak ta… terrorystka, to miałabyś przejebane.

Dziewczyna spąsowiała. Przypomniało jej się, jak potraktowała ją pani kapral podczas przypadkowego spotkania, kiedy to Annabeth została przed swoimi podwładnymi upokorzona.

— Przestań. Ta kobieta to potwór.

Luca uśmiechnął się pod nosem. Wiedział, że mało osób w Oddziale Zwiadowców przepada za jego kuzynką, ale żeby trząść portkami na samo wspomnienie Asahiny Yuny? Jeszcze takich ewenementów to nie spotkał

— Co chichoczesz, Asahina? — zapytała brunetka.

— Nie wiedziałem, że ktoś się aż tak bardzo boi Yuny — oznajmił szczerze, powodując wybuch śmiechu u szatyna.

— A tobie co?! — oburzyła się po raz kolejny Annabeth.

— Chłopak ma świętą rację. Asahina — zwrócił się do Luci — jeśli wrócimy żywi, to zabiorę cię do knajpy na piwo. No, chyba że wolisz dziwki.

Blondyn zarumienił się gwałtownie i spuścił głowę.

— Chyba jednak podziękuję.

— Mogliby państwo już przestać?! Nie jesteśmy na koleżeńskim wyjściu, by móc rozmawiać ze sobą aż tak poufale — wybuchła milcząca dotychczas Andrea. Z nerwów zacisnęła palce na uździe i pretensjonalnie wpatrywała się w szatyna. Mężczyzna nie mógł powstrzymać kolejnego napadu szaleńczego śmiechu.

— A ty skąd się urwałaś? To nie jest żaden apel, gdzie wszyscy mamy stać równiutko w dwuszeregu. Wrzuć na luz i ciesz się ciszą. Ptaszków posłuchaj, a jeśli wrócisz do domu, to wypiszesz sobie melisę, czy co tam chcesz. — Wzruszył ramionami i ponownie zwrócił się w stronę Luci. — Vladimir jestem. Vladimir Lebiediew. A ta wściekła osa — wskazał niedbale na brunetkę — to moja siostra, Annabeth. Przyrodnia, warto dodać — dodał szeptem.

— Nie nazywaj mnie wściekła osą, gówniarzu!

*****


Asahina wycięła kawałek karku jednemu z tytanów i wylądowała miękko na sosnowej gałęzi. Zaklęła pod nosem, czując parującą z policzka posokę. To już chyba na tę chwilę wszyscy, rzuciła w myślach pani kapral. Sukinsyny pojawiły się znikąd.

Hanji pomachała Yunie zza pobliskiego drzewa. Pani kapral z niechęcią przeniosła się na inny konar, ziewnęła i znudzona spojrzała na krzątających się zwiadowców. Kończyli właśnie ustawiać sprzęt, który miał przydać się w łapaniu kobiety-tytana.

— Czysto — rzuciła od niechcenia Asahina. Wyciągnęła zza pazuchy płaszcza papierosa i zapaliła go. — Że też nie mieli kiedy się pojawić.

— Nie przesadzaj, Yu… Asahina. Zbliżają się, słyszysz?

Dziewczyna zamknęła oczy i skupiła się na otaczających ją dźwiękach. Z oddali dosłyszała czyjeś ciężkie, szybkie kroki, jakby ktoś biegł, i tętent kopyt.

— Chyba wjechali do lasu — zakomunikował jeden z podwładnych Hanji — ten sam, który wcześniej Yunę irytował.

— Nie trzeba być geniuszem, żeby to stwierdzić. Rozumiem więc, że uważasz swoich przełożonych za totalnych kretynów.

Młody zwiadowca nie odpowiedział. Asahina zaciągnęła się porządnie i przeniosła wzrok na Hanji.

— A Mike i Irvin gdzie się szwendają?

Okularnica wskazała palcem gęstwinę pod drugiej stronie drogi.

— Pewnie przygotowują sprzęt — stwierdziła po chwili zastanowienia.

— To mogliby się pospieszyć, Levi nie będzie im dziwki wiecznie przetrzymywał. Chyba pójdę sprawdzić, co tam kombinują.

Niższy dowódca złapał Asahinę za kaptur i pociągnął. Pani kapral prawie straciłaby równowagę i wywróciła się na plecy.

— Irvin kazał ci to dać na wszelki wypadek. — Hanji dyskretnie wcisnęła Yunie do kieszeni niewielki pakunek. — Tylko nie zniszcz wszystkiego dokoła. Za dużo tłumaczenia się przed Żandarmerią będzie.

— Wiesz, oni to mogą mnie w dupę pocałować. — Asahina uśmiechnęła się ironicznie i odgarnęła wpadające do oczu włosy.

— Tak, tak — rzuciła pobłażliwie Hanji, klepiąc starszego kaprala po plecach. — A teraz już idź, bo jeszcze Irvin sam się wysadzi.

— Nawet nie wiesz, ile to korzyści by mi przyniosło.

*****


— Co za uparta dziwka… — syknął niemiłosiernie rozeźlony Vladimir, przeklinając wszystko, co na tym świecie oddychało — od własnej siostry począwszy, skończywszy na fotosyntezujących roślinkach. Widział padające na ziemię zwłoki, rozbijane o nieprzyjemnie szorstką korę drzew ludzkie ciała, w głowie słyszał zawodzenia poległych i ich rodzin i, co ważniejsze, bał się. Bał się, że on też stanie się ofiarą nieprzewidywalnego tytana, który niszczył wszystko, co na swojej drodze napotkał. Spojrzał w bok na swoją siostrę. Annabeth zaciskała kurczowo dłonie na rękojeściach dwóch mieczy. Jej twarz jak zwykle była opanowana. Lebiediew jednak wiedział, że w środku w brunetce aż się gotuje. Zawsze taka była. Udawała, że niczym się nie przyjmuje, a tak naprawdę wszystkie uczucia tłumiła w sobie.

— Uspokój się. Musimy zatrzymać tego potwora, zanim dosięgnie drużynę kaprala Leviego — przypomniała Annabeth, siląc się na obojętność.

— Dowódca ma rację — zgodził się Luca. Sam próbował nie panikować. Pocieszał się, że na pewno Yuna też nie miała łatwo i Irvin Smith przydzielił jej bardziej odpowiedzialne zadanie. Mimo wszystko blondyn zadrżał, przeczuwając, że podzieli los poprzedników, którzy byli na tyle odważni, by zbliżyć się do tego odmieńca. Uspokój się, Luca. Potrafisz się obronić. Jesteś zwiadowcą, pocieszał się w myślach.

Vladimir zagryzł wargę i zacisnął mocniej palce na broni.

— Anna, kurwa, zarządź odwrót. Zginiemy jak nic — rzucił zdesperowany. — Przecież mamy wolną wolę, nie? Zarządź ten jebany odwrót i spieprzajmy stąd!

Brunetka pokręciła przecząco głową.

Blondynka spojrzała z niedowierzaniem na przełożoną. Dziewczyna zbladła, zacisnęła wargi w cienką linię i po raz pierwszy w życiu przeklęła swojego dowódcę.

— Czyli mamy po prostu zginąć, ponieważ wydała pani taki rozkaz? — odezwała się w końcu.

— Nie ja wydałam taki rozkaz. To wola dowódcy Irvina. Jeżeli chce, żebyśmy zginęli i w ten sposób przyczyni się do wypełnienia misji, to ja, jako wasza zwierzchniczka, biorąc pod uwagę dobro całej ludzkości i specyfikę wykonywanego zawodu, nie mogę pozwolić na żadną samowolkę.

— Aha… Dowódca Irvin chce, to naród robi? Mamy iść ślepo na rzeź? Nie ma sprawy, siostrzyczko. Mamusia na pewno by się ucieszyła — rzucił ironicznie Vladimir, przewracając oczami.

— Nie chciałbym przerywać waszej jakże interesującej wymiany zdań, ale, jak widzicie, zbliżamy się do tego odmieńca — wtrącił się Luca, odchrząknąwszy głośno.

Naprawdę tego byś chciała, Yuna, myślał. Zrobiłabyś tak? Zginęłabyś ku chwale ludzkości? Tak, ty pewnie tak… Jesteś cholerną służbistką. Zawsze wypełniałaś rozkazy zbyt nadgorliwie. Chociaż lubiłaś tak swoją niezależność, to pogodziłaś się z tym, że warto być lojalną. Szczególnie lojalną wobec Irvina Smitha.

Pierwsza tytana zaatakowała Andrea. Wyglądała na zrozpaczoną. Nieporadnie próbowała wykorzystać sprzęt do trójwymiarowego manewru i szybko pozbyć się przeciwnika. Na próżno. Nie zdążyła nawet zbliżyć się do potwora, a już jej ciało zostało rozbite o pobliskie drzewo.

— Kurwa — zaklął Vladimir. — Anna, co robimy?!

— We dwoje — rzuciła bez chwili namysłu. — Zaatakujmy we dwoje.

Szatyn przytaknął i zanim Luca zdążył otworzyć usta, ci znaleźli się przy odmieńcu. Lebiediew próbował odwrócić uwagę tytana, nadlatując z jego lewej strony. Siostra młodzieńca próbowała naciąć kark.

Odmieniec poczuł, że coś śmignęło mu z boku. Zauważył linkę od sprzętu do trójwymiarowego manewru, złapał i z przerażającym uśmiechem podniósł delikwenta na wysokość twarzy. W oczach Vladimira gościł strach i rozpacz. Nie chciał umierać. Nie teraz.

— Zostaw go — ryknęła Annabeth, próbując zadać przeciwnikowi śmiertelny cios. Tytan nie przejął się tym zbytnio, strzepał brunetkę jak natrętną, bzyczącą koło ucha muchę. Ciało dowódcy rozbiło się o ziemię. Vladimir zadrżał.

— Anna! — krzyknął, widząc zwłoki siostry. — Ty dziwko… Lu… — Szatyn próbował zawołać kolegę, ale już nie zdążył. Potwór rzucił Lebiediewem o pobliską gałąź. Mężczyzna poczuł, że oddech zamierał, serce powoli stawało i zrobiło mu się przed oczami niesamowicie ciemno.

Asahina, jednak chyba nie pójdziemy na te dziwki…

Luca widział, jak jego towarzysze jeden po drugim padali martwi. Chłopak zagryzł mocno wargę. Nie mógł być gorszy. Skoro oni potrafili się poświęcić i nie wycofali się, to on także może spróbować. Też był zwiadowcą, nieważne jak bardzo nieporadnym. Też był żołnierzem, nieważne jak bardzo nieudolnym.

Czuł przebiegający po plecach zimny dreszcz. Przełknął ślinę. Zamachnął się i zaatakował.

To była chwila. Chwila, w której wyszedł naprzeciw śmierci. Chwila, w której poczuł rozrywający na strzępy ból w klatce piersiowej. Chwila, w której poczuł, że krew zmieszana z potem zalała mu oczy. Zakrztusił się posoką. Zacisnął dłoń na rękojeści miecza i ostatkiem sił spojrzał w niebo.

Mam tylko nadzieję, Yuna, że dokonałem właściwego wyboru. I mam nadzieję, że ktoś inny cię przed wujem ochroni. Dziękuję ci. Teraz już wiem, jak wygląda śmierć.

*****


— Wybieraj, Eren. Albo zaufasz sobie, albo mnie i całemu Oddziałowi Zwiadowców. — Kapral Levi wywierał na Yeagerze presję, kobieta-tytan deptała po piętach, a on sam ciągle się wahał. Z jednej strony widział, jak umierali bardziej doświadczeni od niego tylko po to, by zająć przez chwilę potwora. Z drugiej strony jednak czuł, że przełożonemu warto zaufać, że ma rację. Eren zaklął w myślach. Nigdy nie przypuszczał, że zostanie postawiony przed tak trudnym wyborem.

— Eren, nie mamy czasu! — poganiał chłopaka Erd. Chłopak zagryzł wargę, kalkując w myślach możliwe negatywne i pozytywne skutki podjętej decyzji, ale nic nie przychodzi mu do głowy.

— Eren…

— Jadę z wami! — wydarł się w końcu. Petra uśmiechnęła się pod nosem. Przez chwilę wątpiła w Erena, ale niepotrzebnie. Sama bezgranicznie ufała kapralowi i wiedziała, że zrobił to, co uważał za słuszne.

Nagle gdzieś zza drzew padła głośna komenda „Strzelać!”. Normalny człowiek nie byłby w stanie zauważyć, kiedy w stronę tytana wystrzelono niezliczone linki zakończone stalowymi hakami i wbiły się w jego ciało. Potwór w ostatniej chwili zasłonił dłońmi czuły punkt na karku — najwidoczniej wiedział, jaka była jego największa słabość.

Eren obejrzał się zaskoczony. Nie wierzył, że planem dowódcy Irvina było złapanie tego tytana żywcem.

— Zajmijcie się moim koniem — rozkazał kapral i po chwili, używając sprzętu do trójwymiarowego manewru, przeniósł się na gałęź, na której stał Smith.

Irvin, skupiony, wpatrywał się w „zdobycz”. Asahina siedziała na konarze sąsiadujące drzewa i najwidoczniej się nudziła.

— Wygląda na to, że przestała się ruszać — skwitował młodszy kapral.

— Brawo, panie detektywie. — Yuna przewróciła teatralnie oczami. Levi już miał zripostować wypowiedź szatynki, kiedy wtrącił się Irvin.

— Musimy zachować czujność. Pokłócicie się, kiedy wrócimy do zamku — upomniał oschle, po czym zwrócił się do bruneta: — Dobrze się spisaliście, przyprowadzając ją aż tutaj.

— Ludzie z tylnej straży kupili nam wystarczająco dużo czasu — stwierdził ze stoickim spokojem kapral.

Asahina odgarnęła włosy, westchnęła głęboko i zamyśliła się.

— Zginęli, co?

Levi posłał jej porozumiewawcze spojrzenie. Yuna zacisnęła dłonie na rękojeściach mieczy. Luca był w tylnej straży. Luca zginął. Zginął, by jakiś chłystek mógł przeżyć. Oczyma wyobraźni Asahina widziała roztrzaskane ciało kuzyna leżące w krzakach, sponiewierane, zakrwawione.

— Aaa… rozumiem.

Nie pierwszy raz ktoś umarł i nie ostatni, stwierdziła w myślach. Żałowała tylko, że nie była w stanie pożegnać się z osobą, która tak bezinteresownie się nią zajmowała. Może i Luca cechował się jak na swój wiek zbytnią dziecinnością, ale dzięki temu nie poznał podstawowych prawideł egzystowania w tym okrutnym świecie.

— Yuna, pobudka. — Z zamyślenia wyrwał ją szorstki głos Irvina. — Trzeba w końcu sprawdzić, kto się kryje w środku tego tytana.

— Tak, tak… muszę teraz zatroszczyć się o swoją dupę. I reszty gówniarzy.

— Mam tylko nadzieję, że nie naświni ze strachu — mruknął Levi.

Brunet wyjął miecz, gotowy w każdej chwili zaatakować.

— Czekaj — zatrzymał go Irvin. — Oko za oko. Oddział drugi i trzeci, ognia!

I dobrze ci tak, dziwko, rzuciła w myślach Asahina. Obyś cierpiała tak jak wszyscy ci, których zabiłaś. Bycie człowiekiem już ci się znudziło, co? Zaczęłaś ich pożerać. Przepadnij. Jesteś gorsza ode mnie. A to już sztuka, wiesz?

— Zabiję… — szepnęła sama do siebie Yuna — …przysięgam, że za wszelką cenę cię stamtąd wyciągnę i osobiście przeprowadzę sekcję.

****************************************
Rozdział 14: "Nienawiść"
****************************************


— Kurwa… nawiała — zaklęła Yuna, opatrując głęboką ranę na prawej ręce. Podczas zmiany broni przez przypadek skaleczyła się, a w wirze walki nie miała czasu zatamować krwawienia, ba, nawet by nie zwróciła na to uwagi, gdyby nie Hanji. Pani kapral obwiązała dłoń oderwanym kawałkiem płaszcza, podniosła się z ziemi i podeszła do ułożonych równo obok siebie ciał poległych żołnierzy, naprędce pozawijanych w szary materiał.

Wszystko stało się tak szybko. Najpierw próba wyciągnięcia dziewczyny ze środka tytana, później pojawienie się odmieńców i szybki odwrót zarządzony przez Irvina. Z początku może Asahina miała pretensje do dowódcy, jednak przemyślawszy to sobie, zastanowiwszy się głęboko, stwierdziła, że właściwie to Smith nie mógł zrobić niczego lepszego.

Szatynka westchnęła cierpiętniczo. Nie wiedziała, w którą szmatę zawinięto ciało Luci — zimne, sponiewierane, zakrwawione. Z pomocą dziewczynie przyszła przechodząca obok Zoe. Bez entuzjazmu wskazała drugie od lewej zawiniątko, jakby czytając Yunie w myślach. Asahina wolno podeszła do ciała, przyklękła, beznamiętnie wpatrując się w materiał. To nie to, że bała się zobaczyć martwą twarz kuzyna. Już niejednokrotnie widziała wiele zwłok żołnierzy, którzy zginęli na misji. I często umarli na marne.

Po chwili wahania odchyliła materiał z twarzy Luci. Blondyn patrzył przed siebie pustymi, zielonymi oczyma. Krew na twarzy chłopaka już zaschła, tworząc idealny kontrast z jego niemalże białą skórą.

Yuna opuściła Luce powieki.

— I na co ci to było? Mogłeś siedzieć za murami i jeszcze żyć — mruknęła pani kapral. — Śmierć w samotności to najgorsze, co zwiadowcom się zdarza.

Asahina jeszcze przez chwilę przypatrywała się twarzy chłopaka. Dziewczyna zaciągnęła materiał z powrotem, podniosła się z klęczek i odeszła od ciał, które już żołnierze zaczęli pakować na wóz. Oparła się o leżący niedaleko głaz, wyciągnęła z kieszeni paczkę fajek, zapaliła jednego papierosa i się zaciągnęła.

Odetchnęła raz i drugi. Luca nie żył. Dziwka biegała na wolności. Stary dziad nie miał zamiaru darować. Sytuacja beznadziejna. Trzeba by było iść się porządnie nachlać. Tylko bez Leviego. Tak. Bez tego wkurzającego pedanta.

— Zbiórka!

Asahina niechętnie wyrzuciła niedopałek papierosa, przeciągnęła się i spojrzała jeszcze raz na poranioną dłoń. Zgięła palce. Nie bolało tak, jak się tego spodziewała. Wzruszyła ramionami i podeszła do uwiązanego przy wozie karego ogiera.

*****


Brama wjazdowa do Karanese została podniesiona i po raz kolejny upokorzony Oddział Zwiadowców wjechał do miasta, witany przez pretensjonalne okrzyki mieszkańców domagających się wyjaśnień. Jakich wyjaśnień, pytała siebie Asahina. Ludzie zginęli. Jesteśmy nieudacznikami w oczach tchórzliwych świń. I wy jeszcze macie czelność pytać o wyjaśnienia?

Yuna z uwagą obserwowała Leviego. Właściwie, to sama nie wiedziała dlaczego. Może dlatego, że do bruneta podszedł starszy mężczyzna i zaczął kaprala o coś z uśmiechem na twarzy wypytywać. Leviego Asahinie zrobiło się trochę… szkoda? Stracił cały swój oddział, nie licząc dzieciaka Erena, a nieznany Yunie staruszek pewnie był jednym z rodziców poległych żołnierzy. A dla rodziców strata dziecka była od zarania dziejów najboleśniejszą ze wszystkich katuszy.

Do Asahiny podjechała Hanji i dotknęła jej ramienia. Yuna rzuciła okularnicy pytające spojrzenie.

— Nostalgiczny widok, co?

— Przywołuje wspomnienia — stwierdziła krótko pani kapral. Pomiędzy szatynkami zapadła cisza. Znudzona Asahina wyjęła z kieszeni papierosa i po chwili wahania go zapaliła.

— Ciebie naprawdę nie poruszyła śmierć Luci? — zapytała bezpośrednio Hanji. Yuna zakrztusiła się dymem. Czy ona naprawdę nie potrafiła wyciągać informacji w bardziej subtelny sposób?

— To moja osobista sprawa — odpowiedziała oschle.

— Wiesz, że Luca kochał cię miłością niewinną i bezinteresowną?

Asahina skinęła głową.

— Wiesz, że chroniłby cię za wszelką cenę?

Asahina ponownie skinęła głową.

— I że cię podziwiał?

Asahina westchnęła cierpiętniczo.

— Wiem. Nie musisz mi o tym przypominać — warknęła, piorunując okularnicę spojrzeniem. — Wszyscy myślicie, że to takie proste. Że wszystko mieniło się sześcioma kolorami tęczy. Prawda jest taka, że Luca był po prostu głupim bachorem, bezmyślnie dążącym za swoją „idealną kuzynką”. I w zasadzie to go zgubiło.

Hanji westchnęła. Wiedziała, że Yuny nie warto irytować.

Asahina zacisnęła prawą dłoń w pięść. Syknęła, czując pulsujący ból.

— W zasadzie to ty go znałaś chyba najlepiej, więc niepotrzebnie zawracam ci głowę.

Starszy kapral wróciła do obserwowania ludzi i nagle z tłumu wyłoniła się tak znajoma, tak znienawidzona twarz, że Asahina nigdy nie zapomniała jej do końca swoich dni. Wykrzywiona ironicznym uśmieszkiem, z siecią zmarszczek pokrywającą starzejącą się skórę.

Tak, Asahina Yuna zobaczyła w tłumie człowieka, którego miała nadzieję nigdy więcej już nie ujrzeć.

Asahinę Satoru. Kapitana jednego z oddziałów Żandarmerii.

Ich wzrok przez chwilę się spotkał, po czym starzec zniknął dziewczynie z pola widzenia. Wtopił się w tłum jak cholerny kameleon. Yuna zdziwiła się tylko, że ojciec nie wypadł na środek drogi, nie zatrzymał Oddziału Zwiadowców, żądając wydania zbrodniarki w ręce Żandarmerii, i nie zawlókł ją siłą do rezydencji, gdzie najprawdopodobniej zginęłaby skatowana i pobita na śmierć. Widocznie Asahina Satoru był sprytniejszy i mądrzejszy niż jego dziecko się spodziewało.

Nie opłaca się być z pochodzenia arystokratą, stwierdziła Yuna w myślach. To takie… cholernie nieopłacalne i strasznie nudne.

Wróciła do śledzenia wzrokiem kaprala Leviego.

*****


Asahina bez pukania weszła do gabinetu Irvina. O dziwo, przesiadywał u niego Levi. Yuna zignorowała kompletnie obecność młodszego kaprala i bezceremonialnie usiadła na brzegu dużego biurka. Brunet nie skomentował jej zachowania — albo najzwyczajniej w świecie nie miał nic do powiedzenia, albo zajęty był czymś innym.

— Coś się stało, Yuna? Nie korzystasz z dnia wolnego? — zapytał blondyn, odsuwając od siebie stosik dokumentów. — Zwykle po skończeniu zadania poszłabyś do swojego pokoju, rozebrała się i…

— Kurwa, zostawże już moje osobiste upodobania w spokoju — warknęła poirytowana szatynka. — Mózg ci wyprało? Chcesz przy tym pedancie o takich rzeczach gadać?

Irvin westchnął, przewrócił oczami i ponownie spojrzał na dziewczynę.

— To co się dzieje, że przerywasz nam rozmowę, wpadasz jak tornado i sia…

— Przestań mnie wkurwiać, bo ci zaraz przypierdolę! I to tak porządnie, że się nie podniesiesz.

— Tak, tak — rzucił Smith pobłażliwie. — Coś się urodziło?

— Stary dziad się urodził. A raczej wylazł z nory.

— Aha. To zajebiście — wtrącił się Levi. — Jakoś twoje problemy niezbyt mnie obchodzą. Rodzinne tym bardziej.

— Ale Irvina obchodzą. — Asahina wzruszyła ramionami. — Wpadłam, bo kazał o moim kochanym tatusiu mówić, więc nie wiem, o co ci chodzi.

Smith ledwo powstrzymywał się, by nie wybuchnąć śmiechem. Tych dwoje nie miało żadnych zahamowań — mogło kłócić się zawsze i wszędzie. Pewnie na audiencji u króla też by się o coś spierali, pomyślał. Chociaż w zasadzie ona nikogo i niczego nie szanuje, więc…

— Yuna, konkretniej.

Chcąc nie chcąc, przywołał awanturników do porządku. Asahina westchnęła i podrapała się po karku.

— Widziałam go w Karanese. Raczej niezbyt miał ochotę się do całego Oddziału Zwiadowców zbliżać. Zresztą, jak by później wyjaśnił swoją obecność na terenie innym niż należącym do Sina? Jakoś niezbyt mu się to kalkulowało — zamyśliła się.

— Raczej nie wrócił. Mówimy w końcu o Asahinie Satoru — stwierdził Irvin. — Zawsze dostaje to, czego chce.

— Dobra… to ja pójdę sprawdzić, czy się gdzieś w pobliżu nie kręci, ale, wybacz, najpierw jebnę się spać, bo z nóg padam — oświadczyła szatynka, ziewnęła szeroko, zasłaniając dłonią usta i zeskoczyła z biurka. Wylądowała cicho i, nie czekając na zgodę blondyna, wyszła w gabinetu.

— Naprawdę niemożliwa — mruknął pod nosem Levi, sięgając po kubek z niedopitą czarną kawę stojący na blacie biurka.

— Aż tak bardzo Yuny nienawidzisz, żeby dogryzać jej przy każdej okazji? — zapytał spokojnie Smith, wracając do uzupełniania dokumentów.

— Można to tak ująć. Nienawidzę jej za to, kim się stała.

— To nie jest nic nowego, Levi. Za to jej nienawidzi każdy. Kto chciałby przyjaźnić się z osobą, która z premedytacją zabiła tyle osób? Zresztą, Yuna ma trochę inne priorytety niż większość ludzi. Jeśli chciałbyś ją zrozumieć, musiałbyś się stać taki jak ona. Wierz mi na słowo, wolałbyś nie próbować — wyłożył spokojnie Irvin.

— Skoro tak mówisz. — Brunet wziął łyk wystygłego napoju i skrzywił się — nie lubił zimnej kawy jak chyba każdy, kto cenił sobie jej walory smakowe. — To nie zmienia jednak faktu, że jej odpuszczę.

*****


Naciągnęła na głowę kołdrę, słysząc uporczywy hałas na korytarzu. Przewróciła się na drugi bok, w końcu zakryła uszy poduszką, ale harmider stawał się coraz bardziej nieznośny. Asahina rozchyliła powieki rozleniwiona i rozdrażniona, odrzuciła pościel, sięgnęła po leżący na krześle ciepły szlafrok, po czym szczelnie się nim opatuliła. Na bose stopy wsunęła kapcie i dopiero wtedy zauważyła, że jeszcze nie zmieniła prowizorycznego opatrunku na taki, który miałby ręce i nogi. Zrezygnowana zrzuciła szmatkę na zakurzoną podłogę, zbytnio nie przejmując się jej losem i z szuflady biurka wyciągnęła apteczkę. W duchu dziękowała sobie, że nie wyrzuciła niewielkiego pudełka podczas „porządków”, czym zwykła określać wyrzucenie wszystkiego do kosza i kupno nowych rzeczy. Założyła czysty opatrunek i coraz bardziej rozdrażniona nieustającymi hałasami wyszła na korytarz.

— Zamknąć się! Jak w takich warunkach porządny obywatel miałby się wyspać?! Stulcie pyski i zasuwać miotłą po podwórzu!

Wszyscy zwiadowcy jak jeden mąż zwrócili się w stronę Yuny. Większość z nich o mało nie padła na zawał, widząc fryzurę pani kapral — każdy włos układał się w inną stronę. Co mniej opanowani zaczęli chichotać pod nosem. Asahina zaklęła głośno, przyklepała starczające kosmyki i złapała stojącego najbliżej żołnierza za rękaw.

— Ty, co się wyprawia, że nie dajecie ludziom spać? — zapytała tonem nieznoszącym sprzeciwu. Zmieszana szatynka zaczęła uciekać wzrokiem, szukając oparcia w towarzyszach.

— J-ja… Jakiś członek Żandarmerii… Z-zamek…

— Sasha chciała przez to powiedzieć — z pomocą dziewczynie przyszła jedna z jej koleżanek, brunetka o opanowanym wyrazie twarzy — że do zamku przyjechał jeden z członków Żandarmerii i domaga się rozmowy z jego dzieckiem, pani…?

— „Kapralu Asahino” wystarczy. — Yuna machnęła lekceważąco dłonią. — Ma jakąś broń?

— Tylko miecz, kapralu.

No to świetnie, stwierdziła w myślach szatynka. Takie cuda to ja nie mam. Bardzo chętnie bym ojca na kawałki porozrywała. Ale jak go tutaj wysadzić? Kurwa.

— Wyglądasz na ogarniętą… chwila, jak się nazywasz? — Asahina zwróciła się ponownie do brunetki.

— Mikasa Ackerman — przedstawiła się krótko dziewczyna.

— Aaa… Ackerman. Przekaż temu staremu pry… naszemu gościowi, że jego dziecko niebawem zaszczyci go obecnością. A reszta niech znika.

Yuna poczekała, aż Mikasa zejdzie po schodach na dziedziniec, po czym znowu zatrzasnęła się w pokoju. Szybko się ubrała, uczesała i doprowadziła do stanu względnego porządku. Wyszła z pokoju i sama po chwili przepychała się przez tłum, który zgromadził się na podwórzu.

Torując sobie drogę, usłyszała strzępki czyjejś rozmowy.

— Ale kapral Asahina raczej nie będzie w stanie dzisiaj z panem porozmawiać.

— Mam to naprawdę w poważaniu. Nie uwierzę, że leży w szpitalu z pogruchotanymi kośćmi. Nie nabierze mnie pani na to, dowódco Hanji.

Głos kapitana Asahiny jak zwykle był przesłodzony. Szczególnie w stosunku do osób, z którymi bardzo rzadko rozmawiał, zachowywał się niezwykle uprzejmie.

— Chcę tylko porozmawiać z własnym dzieckiem.

Szatynka w końcu przepchnęła się przez stojących jeden obok drugiego żołnierzy, niemal zaliczając bliskie spotkanie z ziemią. Obrzuciła Zoe piorunującym spojrzeniem, otrzepała spodnie z niewidzialnego kurzu, wyprostowała się i odgarnęła wpadającą nieustannie do oczu grzywkę.

— O — Satoru klasnął w dłonie — Yuncia jednak jest cała i zdrowa. Może pomyliła pani osoby — zasugerował uprzejmie.

Przez moment Asahina myślała, że zwymiotuje ojcu na buty. Doskonale wiedziała, jakim mężczyzna był sadystą — niewiele różnił się od niej, nie licząc tego, że starszy kapral nigdy nie zamordowała matki na oczach dziecka. Nigdy. A przynajmniej nie zrobiłaby tego naumyślnie.

— Hanji — Yuna zwróciła się w stronę okularnicy — zabierz ten tłum. Wkurza mnie. To nie jest jakieś przedstawienie.

Zoe westchnęła cierpiętniczo.

— Niech ci już będzie… — Po czym zwróciła się w stronę reszty zwiadowców. — Proszę państwa, koniec przedstawienia! Wszyscy za pięć minut mają się pojawić w zamku. Jeśli zobaczę któregokolwiek z was panoszącego się po dziedzińcu, to oddam pod jurysdykcję kaprala Leviego.

Żołnierze jęknęli niezadowoleni, jednak posłusznie odwrócili się na pięcie i wrócili do budynku. Hanji położyła dłoń na ramieniu dziewczyny i szepnęła do ucha parę słów:

— Nie daj się sprowokować. Gdyby robiło się gorąco, wkroczy Irvin. Może ci tylko pomóc, jeśli będziesz tego chciała. W końcu mimo wszystko to są twoje prywatne sprawy.

Asahina skinęła twierdząco głową. Po chwili pani kapral została sam na sam ze swoim ojcem.

Satoru skrzywił się. Od zawsze uważał Yunę za rozpieszczonego bachora, na którego tylko trzeba pracować. Nienawidził dzieci, a na jedno się zgodził tylko dlatego, że ktoś musiał odziedziczyć majątek. Żonę i tak potem zabił. Na szczęście w porę mógł adoptować Lucę. Teraz to też niestety przepadło.

Szatynka założyła ręce na piersi i obserwowała swojego ojca. Najpierw wyglądał, jakby właśnie zjadł cytrynę, po chwili uśmiechnął się przerażająco.

— I jak się bawiłaś, gówniaro? Te dwa tygodnie wolności ci starczyły?

Yuna westchnęła zrezygnowana.

— Jak na mój gust, to i tak było za dużo. — Wzruszyła ramiona, zupełnie lekceważąc obraźliwy epitet skierowany pod jej adres. Wyzywano ją już niejednokrotnie od wiele gorszych. — Luca nie żyje — przypomniała. — Mógłbyś chociaż dzisiaj darować i udawać, że jesteś pogrążony w żałobie. W końcu to twój syn. Adopcyjny, ale nadal syn.

Satoru zaklął pod nosem. Nie od dziś wiedział, że jego córka była sprytniejsza niż ładniejsza i, w przeciwieństwie do niego, nie ukrywała, że lubiła sobie igrać z losem. Z reguły wybierała korzystniejszą dla siebie opcję, nawet jeśli z początku ryzykowała więcej.

— W zasadzie… po tobie długo żałoby nie nosiłem. Właściwie, to nawet nie musiałem. W końcu cię wydziedziczyłem — rzucił drwiąco. — Naprawdę byłaś taka głupia, że wstąpiłaś do Oddziału Zwiadowców? Żałosna jesteś, dziewczyno. I widzisz co z ciebie wyrosło?

Szatynka westchnęła i powachlowała się dłonią.

— Gadaj sobie zdrów, stary pryku. Pamiętaj, że Oddział Zwiadowców to mój teren. Tak samo jak podziemie. Możesz sobie darować te swoje gierki za murem Sina. Idź, zaszyj się na swoim zadupiu i nie wyłaź, póki łaskawie nie przyjdę sprać ci spróchniałego tyłka. A teraz żegnam. Mam ciekawsze rzeczy do roboty — oznajmiła oschle.

W kapitanie aż zagotowało się ze złości. Miał ochotę rozszarpać ją na kawałki, nie zważając na okoliczności. Był jednak człowiekiem rozsądnym, trzeźwo myślącym i dbającym o swoją reputację, więc postanowił tym razem usunąć się dziewczynie z drogi.

— Niech ci będzie, gówniaro. Pamiętaj tylko, że porażka Smitha nie pozostanie bez echa i niebawem zobaczymy się wszyscy. W stolicy. Możesz być pewna, że tam wszystko nie ujdzie ci płazem.

Satoru odwrócił się i odszedł, nie pożegnawszy się ze starszym kapralem. Yuna westchnęła cierpiętniczo, czując, że znowu ogarniało ją znużenie i wróciła do zamku. Lepszego scenariusza nie mogłaby sobie wymyślić. I tak musiałaby spotkać się z ojcem, i tak.

Rany, jakie to upierdliwe…

****************************************
Rozdział 15: "Bezsenność"
****************************************


Asahina Yuna była niebywałym śpiochem. W łóżku spędzała ponad połowę swojego życia, resztę zaś poświęcała ciągłym knowaniom, ucieczkom i ratowaniu własnej dupy. Pani kapral spodziewała się po sobie wielu rzeczy — wiedziała, że mogłaby zdradzić towarzyszy broni dla własnych korzyści, zabić członka „rodziny”, o ile rodziną mogła nazwać biegającego na wolności psychopatę i całą resztę tej popieprzonej gromadki, czy też przehandlować ważne dla podziemia informacje — ale nigdy tego, że będzie cierpiała na bezsenność.

Siedziała więc teraz w stołówce przy słabym świetle świecy, popijając napar z melisy i czekała, aż w końcu ogarnie ją znużenie. Asahina przetarła oczy grzbietem lewej dłoni i położyła policzek na stole.

Beznadziejnie, skwitowała w myślach. Chcę spać.

Beznadziejnie…

Luca zginął. Właściwie mogła się tego spodziewać. Był infantylnym, łatwowiernym i patrzącym na świat przez różowe okulary młodzieńcem. Mimo wszystko Yuna żałowała, że chłopak już nie żył — w końcu tylko w nim miała oparcie i tylko on chciał ją bezinteresownie wspierać. I właśnie przez to po raz pierwszy od wielu lat Asahina czuła się pusta w środku.

Nie było też tak, że Yuna nigdy nie miała przyjaciół. Po prostu wszyscy, którzy byli jej bliscy, już od dawna nie żyli. Przez ten dziwny splot wydarzeń pani kapral zaczęła wierzyć, że ciąży nad nią jakieś fatum.

Westchnęła cierpiętniczo.

Asahina Yuna wcale nie była dzieckiem fortuny.

*****


Asahina Yuna nie była geniuszem. Nie ukończyła szkolenia z najwyższym wynikiem, co doprowadziło jej ojca do furii. Wiedział, że jego pierworodna mogłaby być najlepsza, gdyby tylko trochę bardziej się postarała. A na domiar złego jako jedyna z pierwszej dziesiątki wstąpiła do Oddziału Zwiadowców! To dla Asahiny Satoru i jego dumy większej niż cała galaktyka było ciosem poniżej pasa.

Więc Asahina Yuna czuła się samotna.

Samotna i porzucona. Co gorsza, nie mogła się odnaleźć w nowym środowisku. Wszyscy mieli znajomych, przyjaciół, kumpli z podwórka. Za to Asahinę traktowali jak wyrzutka. A Asahina miała na nich wszystkich wyjebane.

Dziewczyna przysiadła pod drzewem, podciągnęła kolana pod brodę i zaczęła wzrokiem śledzić gawędzących ze sobą kadetów. Westchnęła zrezygnowana.

Mogła się tego spodziewać. W końcu była dzieckiem burżuja. Wysoko postawionego arystokraty. Kapitana jednego z oddziałów Żandarmerii. W dodatku bachorem wyrzuconym z domu na zbity pysk. Co ona sobie w ogóle wyobrażała, buntując się ojcu? Ojcu, który był sadystą. Który zabił jej matkę.

Asahina, ty idiotko.

Mimo wszystko postanowiła nie wstępować do Żandarmerii. Uważała ją za zepsutą. Wiedziała, że stając się jednym z najbardziej rozleniwionych i zapatrzonych w siebie żołnierzy, którzy widzieli tylko czubek własnego nosa i nie baczyli na tytanów — w końcu to nie ich problem. Do walki z wrogami ludzkości w końcu powołano Oddział Zwiadowców, prawda? Yuna nie chciała mieć do czynienia ze świniami. Nie mieściło jej się to w głowie. Ale i tak głównym powodem, dla którego kadet Asahina została zwiadowcą, był sprzeciw.

I właśnie dlatego została sama.

Chociaż właściwie w Żandarmerii nie byłoby lepiej.

— Samotność doskwiera, co?

W pierwszym momencie pomyślała, że melodyjny, dziewczęcy głos był tylko wytworem wyobraźni Yuny albo najwyraźniej jego właścicielka skierowała swoje słowa do innej osoby.

— Ej, kadecie! — Ktoś szturchnął Asahinę w bok. Rozleniwiona przeniosła wzrok na nieznajomą. — Tak, do ciebie mówię.

Chwila… szatynka nie przypominała sobie, by z którymkolwiek dzieciakiem ze szkolenia zawierała znajomości. Zdziwiła się więc. Nie znała żadnego żołnierza z Oddziału Zwiadowców, a zresztą kto byłby taki głupi i zagadał do dziewczyny, która straszyła samym wyglądem?

— Aaa… tak… przepraszam… — Yuna szybko odwróciła głowę, onieśmielona wyglądem zwiadowcy. Owalną twarz okazała burza blond loków niedbale odgarniętych do tyłu. Dziewczyna była opalona — Asahina przy niej ze swoją bladą skórą przypominała trupa. W dużych, zielonych oczach Yuna dostrzegała wesołe ogniki. Całości dopełniały pełne, małe usta wygięte w przyjaznym uśmiechu.

— Jesteś świeżym mię… znaczy się, nowym członkiem Oddziału Zwiadowców, nie?

Zachowuje się poufale, przeleciało Asahinie przez myśl. Zbyt poufale.

— Tak — odpowiedziała ostrożnie szatynka, szybko podnosząc się z ziemi. Zganiła się w duchu i zasalutowała, niemalże uderzając blondynkę pięścią.

Nieznajoma roześmiała się.

— Obejdzie się bez tych formalności. Strasznie nie lubię tej całej… musztry i etykiety… i… no w ogóle tego całego szajsu. Zastawiam się, kto to wymyślił — skrzywiła się. Yuna stanęła w swobodnej pozycji, cofnęła się o krok i uważnie obserwowała nieznajomą. — No ej, przecież cię nie zjem!

— Kim jesteś? — zapytała podejrzliwie. Żaden normalny żołnierz przecież nie podchodzi do pierwszego lepszego rekruta i nie zagaduje go, jakby znali się od wieków, miała ochotę dodać, ale się powstrzymała.

— Aaaa… nazywam się Jane McCartney i aż kraje mi się serce, kiedy widzę samotne, śliczne, młode dziewczyny, z którymi nikt nie rozmawia. Szczególnie, jeżeli te dziewczyny później chcą zostać zwiadowcami. Wiesz, w tym fachu trzeba mieć albo oparcie w innych, albo niesamowicie zepsuty charakter, a ty mi na taką nie wyglądasz, kadecie…

— Asahino. Nazywam się Asahina Yuna.

— O! — Blondynka klasnęła w dłonie. — Śliczne imię dla ślicznej dziewczyny! — Jane roześmiała się po raz kolejny. Szatynka nie była pewna z jakiego powodu.

Pojebało ją do reszty, czy co, przeszło Yunie przez myśl. Lepiej zajęłaby się czyms pożytecznym.

— Niespecjalnie je lubię — rzuciła od niechcenia szatynka, chcąc jak najszybciej pozbyć się uciążliwej nieznajomej. McCartney skrzywiła się jak niezadowolone dziecko.

— Naprawdę? Uważam, że orientalne imiona brzmią tak elegancko. I tajemniczo. Sama chciałabym takie mieć.

Nie masz chyba innych zmartwień, stwierdziła z niesmakiem Yuna. Podczas każdej wyprawy za mur mogła pani zginąć, a zajmują pani głowę takie… błahostki?

— Ej, Yuna… Zostaniemy przyjaciółkami?

Asahina zamrugała zdezorientowana.

Co ta kobieta właśnie powiedziała?

— Przepraszam?

*****


Patrząc z perspektywy czasu, Luca był bardzo podobny do Jane, nie licząc tylko tego, że Asahina nie palił papierosów (czego zresztą panna McCartney nauczyła Yunę) i nie był aż tak uciążliwy i uparty. Dziewczyna potrafiła chodzić za młodą panią kapral przez cały dzień, powtarzając to swoje jakby wykute na blachę „Yunuś, zostańmy przyjaciółkami”, aż w końcu Asahina dała za wygraną i zbliżyła się do Jane.

Yuna nigdy nie miała przyjaciółki. I wtedy myślała, że to najpiękniejsza rzecz na świecie.

*****


— Yuna, jedź z tym raportem. Damy sobie tutaj radę — rzuciła Jane do szatynki. Asahina skinęła blondynce i popędziła konia w prawo. McCartney uśmiechnęła się jeszcze na pożegnanie, po czym wydała kolejne rozkazy podwładnym.

Jane jak nikt wiedziała, że najniebezpieczniejszy zawód na świecie to właśnie bycie żołnierzem w Oddziale Zwiadowców, dlatego za każdym razem zamartwiała się o Yunę. Młoda szeregowa była spokojną i opanowaną dziewczyną, chociaż czasem zbyt wyniosłą. Zresztą temu się nie dziwiła. McCartney za co najmniej dziwne uważała, kiedy dzieci z dobrego domu podporządkowywały się każdemu rozkazowi i nie wyrażały własnego zdania. A z każdym dniem, który Jane spędzała z Asahiną, przekonywała się, że kiedyś młoda szeregowa stanie się kimś jedynym w swoim rodzaju, chociaż znienawidzonym przez świat. Nie od każdego człowieka odsuwano się na odległość pięciu metrów, kiedy tylko podchodził zbyt blisko.

— Dowódco! Kolejni tytani na horyzoncie!

Jane wyrwała się z zamyślenia. Yuną zajmie się później, kiedy wrócą całe i zdrowe z powrotem do domu. Jak zwykle opatrzy jej rany, uśmiechnie się i uczesze włosy. Tak, blondynka lubiła czesać długie, zwykle związane w wysoki koński ogon, brązowe włosy przyjaciółki.

Rozejrzała się po okolicy. Na polu rosło parę samotnych, w miarę dużych drzew. Może i to nie były warunki sprzyjające używaniu trójwymiarowego manewru, ale na chwile obecną musiały wystarczyć.

— Słoneczka, pora zdjąć tego tytana — zakomenderowała.

*****


Szeregowa Asahina pędziła na lewą flankę. Yuna była dziwnie zaniepokojona — jakiś wewnętrzny głosik podpowiadał jej, że stało się coś złego. Dziewczyna często ufała swojemu przeczuciu, jednak w tamtej sytuacji wolałaby jednak, by okazały się po prostu nietrafionymi przewidywaniami.

Nagle na horyzoncie ujrzała biegnącego w jej stronę tytana. Na chwilę zamarła w bezruchu, jednak widząc znajomą sylwetkę używającą trójwymiarowego manewru, serce zaczęło bić jej mocniej.

Jane.

Jane walczyła.

Ale co się stało z resztą?

Pospieszyła jeszcze bardziej konia. Chciała pomóc przyjaciółce. Tak bardzo wtedy chciała jej pomóc.

Jane omsknęła się na chwilę ręka i straciła panowanie nad sprzętem do trójwymiarowego manewru. Stwór załapał swoją cuchnącą, przepoconą, ogromną ręką za metalową linkę i gwałtownie szarpnął. Jane gwałtownie runęła na ziemię. Poczuła okropny, rozrywający ból w klatce piersiowej. Z trudem oddychała.

Patrzyła prosto w oczy potwora, czekając, aż po prostu chwyci ją w swoje palce i połknie. Wtedy to piekło by się skończyło. Nie musiałaby już walczyć.

Jane uśmiechnęła się. Witała śmierć z otwartymi ramionami.

Ręka potwora powoli zbliżała się do blondynki, gotowa w każdej chwili złapać zakrwawioną dziewczynę.

Nagle jakiś kształt śmignął przez niebo, tytan padł na ziemie martwy. Wybawiciel wylądował obok bezwładnego ciała Jane.

Yuna. Prawie płakała.

Asahina przypadła do przyjaciółki, tłumiąc łzy. Dotknęła zbroczonego krwią policzka i zacisnęła wargi. McCartney uśmiechnęła się promiennie, jak to miała w zwyczaju, po czym z trudem wypowiedziała parę słów:

— Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że żyjesz.

Jane kaszlnęła, brocząc krwią zielony płaszcz szatynki.

— Nic nie mów. Wszystko będzie dobrze, wrócimy do domu i…

Yuna nie wierzyła w to, co mówi. Potrząsnęła przecząco głową.

Jane nie mogła umrzeć. Nie po tym, co dla niej zrobiła.

— Nie możesz mnie zostawić, słyszysz?! Nie możesz! Ja nadal…

— Jesteś straszną egoistką, Yuna — McCartney mówiła cicho. Asahina musiała się lekko pochylić, by usłyszeć ostatnie słowa przyjaciółki. — Ale to dobrze. Będziesz miała lżej w życiu. Posłuchaj mnie… Ja — znów kaszlnęła krwią — umrę. Na pewno… Dlatego… Proszę cię…Po pierwsze… bądź silna. Zawsze… bądź dla mnie silna.. Po drugie… pilnuj swojej dupy… szkoda by było, gdyby naprawdę cię ktoś zgwałcił. Po trzecie…. Rozkazy, Yuna…Wypełniaj rozkazy… I po czwarte… Yuna… nie pal za dużo… to naprawdę jest świństwo… I wreszcie… daj mi powód…

Jane nagle zrobiła się bardziej śpiąca niż Asahina wieczorem, co było naprawdę niezłym wyczynem. Uśmiechnęła się jeszcze promienniej i ostatkiem sił dotknęła zakrwawionymi palcami bladego policzka przerażonej Yuny.

— …żebym mogła…

— Jane! Nie zasypiaj! Błagam!

— …być z ciebie…

— Jane! Mam ci jeszcze tyle do powiedzenia! Ja…

— …naprawdę dumna…

Blondynka zamarła. Przestała oddychać. Znikły rumieńce, które zawsze zdobiły jej policzki. Chłodna dłoń zsunęła się z policzka Asahiny, zostawiając na nim trzy czerwone smugi.

Yuna drżącą ręką zamknęła przyjaciółce oczy. Usta Jane nadal były wygięte w uśmiechu. Umierała radosna, choć nie tak piękna jak zwykle. Zbroczone posoką ciało przyjaciółki budziło w szeregowej jedynie smutek, żal i pustkę. Pustkę po stracie najbliższej osoby.

Poczuła, że po policzkach spływają jej łzy, które mieszały się z krwią Jane.

Gratulacje, Asahino Yuno. Potrafisz tylko tracić najbliższych.

*****


Nikt by nie przypuszczał, że siedemnastoletnia Asahina Yuna była w stanie zapłakać. A tym bardziej, że miała przyjaciół. Nikt nie zgadłby, że tamta samotna, spokojna dziewczyna mogła wyrosnąć na terrorystkę. Kobietę, która będzie ścigana w każdym mieście w kraju. Kobietę, która nie będzie się wahała zabić za pieniądze. Sadystkę.

Asahina Yuna żałowała. Żałowała, że wtedy była zbyt słaba, by uratować jedyną osobę, która jej pomogła. Wyciągnęła pomocną dłoń. Pokazała, czym tak naprawdę jest świat. I jak w nim funkcjonować.

Po śmierci Jane McCartney Asahina Yuna odsunęła się od ludzi jeszcze bardziej. Ufała już tylko sobie, a później nawet zaczęła myśleć, że przyjaciółka ją zdradziła. Bo odeszła. Bo ją zostawiła. Bo zniknęła tak nagle.

Najpierw szok. Dziewczyna nie mogła znaleźć sobie miejsca w Oddziale Zwiadowców, wolała przebywać sama niż rozmawiać z innymi żołnierzami. Porzuciła towarzystwo starszych stopniem wojskowych, którzy również kolegowali się z Jane. Przebywała sama, rozmyślając i odtwarzając w umyśle ciągle scenę śmierci McCartney. Aż w końcu stało się to jej obsesją.

Później pojawiła się frustracja. Yuna obwiniała się za śmierć swojej przełożonej (chociaż nigdy by jej tak nie nazwała). Gdyby tylko była silniejsza, gdyby wtedy tylko nie zostawiła drużyny, gdyby się sprzeciwiła rozkazowi, to Jane jeszcze by żyła. I mogłaby nadal się do Asahiny uśmiechać. I ją pocieszać.

Więc Yuna zaczęła trenować by stać się potężniejszą. I wtedy pojawiła się jeszcze większa samotność. I sadyzm. I zgorzknienie. I sarkazm.

I nienawiść.

Bo Yuna znienawidziła cały świat. I Jane też.

Jane w końcu także kłamała. Obiecała, że nigdy nie odejdzie. A odeszła.

Świat też nienawidził kapral Asahiny jeszcze bardziej niż wcześniej. Inni zwiadowcy uważali ją za dziwkę, która była skłonna poświęcić swoich towarzyszy dla powodzenia misji. Yuna nie porzuciła lojalności wobec przełożonych. Prosiła ją w końcu o to Jane. A o słowach konającej nie wolno zapominać. Asahina nie chciała nabawić się jeszcze większego pecha.

Ostatnia wola przyjaciółki dawała o sobie znać na każdym kroku. Ciągle w pamięci Yuna miała wypowiedziane szeptem słowa McCartney, a kiedy się wahała, siedziała do późna w nocy i rozważała, co zrobiłaby Jane.

Dlatego Yuna przestała się wahać. Wybierała najkorzystniejsze dla siebie rozwiązania. Stała się pieprzoną egoistką. Próbowała też zapomnieć o Jane. I kiedy w końcu jej się udało, do Oddziału Zwiadowców wstąpił Levi.

Nic dziwnego, że skończyła na samym dnie. Chociaż jeszcze dziesięć lat wcześniej, gdyby ktokolwiek powiedziałby jej, że zostanie terrorystką, najzwyczajniej w świecie wyśmiałaby go i zaleciła wizytę u specjalisty.

Bo jak człowiek, który opowiadał się po stronie Oddziału Zwiadowców — wojskowej dywizji, która jak inna dbała o bezpieczeństwo uczciwych obywateli — nagle zaczął ich zabijać?

*****


— Pobudka, palaczko. — Levi szturchnął zamyśloną Asahinę w bok. — Zasnęłaś na siedząco czy pojebało cię do końca?

Zaskoczona szatynka zamrugała kilka razy oczami, przetarła powieki i odgarnęła włosy z twarzy. Najpierw spojrzała na stół, gdzie paliła się już druga świeca przyniesiona przez Leviego, po czym przeniosła wzrok na kaprala. Od czasu powrotu z ostatniej wyprawy sprawiał wrażenie pogrążonego we własnym świecie, nawet bardziej gadatliwego niż zwykle. Ograniczył odzywanie się do Asahiny — czasem nazwał ją tylko palaczką, ostatnio dawno nie usłyszała, żeby zachowywała się jak dziwka czy szmata. Coś niewątpliwie było nie tak.

— Zamyśliłam się — mruknęła Yuna i ziewnęła głośno. Zasłoniła dłonią usta i spojrzała na bruneta. — A ciebie co w nocy tutaj przywiało? Ćpać się zachciało?

— Bezsenność — skwitował krótko Levi i sięgnął po kubek wypełniony aromatyczną herbatą.

Asahina wzruszyła ramionami i upiła łyk swojego naparu. Zimne. Skrzywiła się.

Młodszy kapral zerknął na zegarek. Parę minut po drugiej. Do śpiocha pokroju Yuny siedzenie o tej porze przy kubku herbaty było niepodobne.

— Idź już lepiej spać. Bo jeszcze jutro zaniemożesz — pouczył ją.

— Lepiej się zamknij, karle. Jesteś ode mnie tylko sześć lat starszy, a prawisz jakieś pierdolone kazania. Głowa mnie boli, więc się zlituj i sam walnij się spać.

Levi nie zareagował na tę obelgę. Asahina wstała gwałtownie, niemalże przewracając ławkę, na której siedziała, i ruszyła w stronę wyjścia.

Młodszy kapral nie odezwał się już więcej do Yuny. Nie miał ochoty na przekomarzanie się z nią w środku nocy.

Jednak bezsenność to cholernie uciążliwa rzecz. Nawet nie masz siły, żeby porządnie się pokłócić, o wkurzeniu kogokolwiek nie mówiąc.

I kapral Levi właśnie się o tym przekonał.

****************************************
Rozdział 16: "Ellie"
****************************************


Wycierając energicznie świeżo umyte włosy szorstkim ręcznikiem, weszła do niewielkiego pomieszczenia przylegającego bezpośrednio do kuchni. Spod przymrużonych powiek zauważyła znudzonego jak zwykle Leviego popijającego herbatę i zapatrzonego w kaprala Erena. Szatyn z uwagą słuchał monologu mężczyzny, uważając, by nie rzucić niestosownej uwagi. Kiedy Asahina niespodziewanie otworzyła drzwi, Yeager przeniósł na nią wzrok i uśmiechnął się. Miał szczerze dość wykładu Leviego i pojawienie się Yuny, przy której na pewno brunet nie mówiłby, co mu ślina na język przyniesie, mogło okazać się dla chłopaka zbawieniem.

— Wstałaś w końcu? — rzucił krótko Levi. Zabrała mu sprzed nosa kubek ciepłej herbaty. Nie pytając o pozwolenie, siadła obok kaprala i upiła łyk napoju. Czuła na sobie piorunujące spojrzenie bruneta, jednak, tak jak zwykle, zignorowała je, po czym teatralnie uderzyła czołem w stół.

— Tragedia — jęknęła. — Fajek nie mam.

Eren musiał zasłonić usta, by nie parsknąć śmiechem. Zdołał poznać Asahinę na tyle dobrze, żeby zauważyć, że największym jej zmartwieniem było to, czy będzie miała co palić.

— Poratuj, Levi. — Po omacku znalazła ramię kaprala i lekko nim potrząsnęła. — Nie chcę zginąć tak marnie. Wiem, że podbierałeś mi fajki. Levi, no.

Brunet westchnął, strzepnął bladą dłoń Yuny ze swojego ramienia i zlustrował ją wzrokiem.

— Miałaś jeszcze tyle. Coś ty z nimi zrobiła?

— Paliłam całą noc — stwierdziła. — Nie mogłam zasnąć i musiałam się czymś zająć.

— Trzeba było znowu się zakraść do sypialni Irvina i ukraść mu książkę — prychnął. Asahina znowu jęknęła.

— Chociaż paczkę. Poprosiłam Ackerman, żeby mi dzisiaj odebrała fajki.

— Płuca sobie wypalisz — stwierdził ze stoickim spokojem.

— Levi, kurwa! Przecież wiem, że masz fajki. Daj.

— Nie ma palenia.

— Irvin też ci mówi, że seksu nie będzie, że taki okrutny jesteś?

Levi ledwo się powstrzymywał, żeby nie uderzyć Asahiny w tył głowy. Wkurzyła go. Nie to, żeby wcześniej nie podnosiła mu ciśnienia, ale tym razem nawet Smith nie byłby w stanie go powstrzymać. W ogóle za kogo Yuna się uważała? Za księżniczkę, której wszystko zawsze zostanie podane na tacy?

— Pieprz się.

Eren już nie był w stanie dłużej się powstrzymywać. Turlał się ze śmiechu po podłodze, trzymając się za brzuch. Dziewczyna w końcu podniosła głowę i z dezaprobatą spoglądała to na Leviego, to na jego podwładnego.

— Pierdolone plemniki, potrzebne są tylko do robienia dzieci.

Eren zaczął rechotać jeszcze głośniej. Leviego już tak swędziała ręka i pomyślał, czy by jednak nie wypróbować na Yunie, czy rzeczywiście mocne uderzenie w potylicę może skutkować utratą słuchu.

— Trzeba było przywieźć sobie więcej fajek — wycedził przez zęby. — Nie miałabyś wtedy żadnych problemów. A ty — zwrócił się do Yeagera —sprawdź, czy cię nie ma na dziedzińcu.

Szatyn natychmiast poderwał się z podłogi, zasalutował ochoczo i wyszedł z pomieszczenia, zamykając cicho drzwi. Asahina westchnęła z ulgą i znów położyła głowę na stole.

— Ubierz się — skomentował krótko Levi.

— Mam tylko rozpiętą koszulę. Cycków mi nie widać. Daruj sobie. Nie powiesz mi chyba, że zawstydzają cię kobiece piersi — rzuciła z wyższością.

— Zachowuj się przyzwoicie. Chyba Asahina Satoru cię tak nie wychował. Wątpię. W końcu jest skurwysynem, któremu przede wszystkim zależy na własnym wizerunku.

Yuna znów uniosła głowę i przytaknęła.

— Nawet nie wiesz jak bardzo. Mówimy w końcu o facecie, który na oczach własnego dziecka zasztyletował swoją żonę. Moją matkę, znaczy się. — Westchnęła cierpiętniczo. — Nie lubię gadać o tym facecie. A wszyscy myślą, że był takim przykładnym ojczulkiem i to jego dziecko jest pierdoloną dziwką, która nie potrafi być wdzięczna za okazaną troskę. Tsa, ojciec jest skurwielem, a jego dziecko terrorystką. Sadyzm jednak ma się we krwi.

Podczas wywodu Asahiny wolał się nie odzywać. Szatynka o swoim ojcu mówiła lekceważąco, wpatrując się w martwy punkt na ścianie. Po chwili wstała, zapięła guziki i ściągnęła z włosów ręcznik. Zwinęła materiał w kłębek i rzuciła na ławkę. Nie odzywając się już więcej, przeszła do kuchni, gdzie zrobiła sobie mocną kawę. Kiedy już wróciła z powrotem do pomieszczenia i usiadła znów na tym samym miejscu, Leviego nie było. Zabrał ze sobą kulkę i wyszedł — Yuna zgadywała, że po to, by rozwiesić wilgotny ręcznik na dworze.

Yuna westchnęła. Zupełnie nie wiedziała, dlaczego młodszy kapral był taki przygaszony — może rzeczywiście ostatnio źle sypiał (doszła do takiego wniosku w nocy) albo po prostu strata prawie całego oddziału za bardzo się na nim odbiła. Nie, przecież to niemożliwe, pomyślała, po czym szybko wyrzuciła tę tezę z głowy.

Asahina zauważyła, że wcale nie była aż tak blisko z Lucą. Zastanawiała się, jakby zareagował kuzyn, gdyby role się odwróciły — gdyby to zginęła Yuna, a nie on sam. Pewnie rozpłakałby się, jak to Luca, stwierdziła.

Pewnie myślałaby jeszcze długo, gdyby drzwi nie skrzypnęły przeraźliwie i do pomieszczenia nie wkroczyłby Levi razem z Erenem. Znów usiedli zajęli miejsca przy stole, tym razem nikt nie chciał zacząć rozmowy.

Yuna zlustrowała spojrzeniem bruneta i westchnęła.

— Po chuja się pchasz na dwór, skoro kulejesz. Chcesz się jeszcze bardziej uszkodzić?

— Mówi to kretynka, która ze zmiażdżoną połową ciała próbowała udzielać przedśmiertnych rad — przypomniał. Szatynka wzruszyła ramionami.

— To nie ja jestem najsilniejszym żołnierzem ludzkości, tylko ty — zauważyła trafnie. — Tak się składa, że na moją śmierć wiele osób uwagi nie zwróci. No może tylko Irvin, bo nie będzie miał co zrobić z ciałem. Chyba że będziemy mieli powtórkę z rozrywki sprzed sześciu lat. Wtedy kłopot zniknie.

Eren wolał się nie odzywać. Nie wiedział, co stało się sześć lat temu, ale wnioskując po tonie głosu, jakim wypowiedziała ostatnie dwa zdania Asahina, nie zaliczała tego wspomnienia do tych miłych.

— Bądź wdzięczna staremu Yeagerowi, że ci wtedy uratował dupę — rzucił od niechcenia brunet.

Asahina odgarnęła przylepione do czoła mokre włosy, odgarnęła je do tyłu i upiła łyk ciepłej kawy. Założyła nogę na nogę i przeniosła wzrok na zaskoczonego Erena.

— Tsa… gdybym jeszcze wiedziała, czy staruszek dycha, to chętnie bym go na piwo zabrała. O ile oczywiście mógłby.

— Ano… przepraszam, czy pani właśnie wspomniała coś o moim ojcu? — zapytał nieśmiało Yeager. Yuna skinęła głową.

— Jakiś kłopot?

— Nie, nic… po prostu…

— Nieważne. — Yuna machnęła lekceważąco dłonią obwiązaną bandażem. Rana jeszcze się nie zabliźniła i wolała poczekać, aż ta spokojnie się zagoi. — Bądź co bądź, nie nadwerężaj się. Ktoś musi chronić dzieciaka. Nie moja wina, że sam się w to wpakowałeś.

— Ty wtedy gniłaś w celi — zauważył spokojnie.

— Katowana przez żandarmów.

Asahina już pogodziła się z tym, że póki co musi się obejść bez papierosów. Najwidoczniej Levi nigdy nie był od niczego uzależniony i nie znał tego bólu. Yuna czasem myślała nad rzuceniem palenia, ale im więcej się zastanawiała, tym szybciej rezygnowała. Mimo że poprawiłby się stan jej zdrowia, nie mogłaby znieść braku fajek, więc wolała to odłożyć na później.

Próbowała zabijać palenie w gardle i w płucach, pijąc coraz szybciej kawę.

— Nadgarstki już ci się pogoiły? — zapytał niespodziewanie Levi.

— Ta. Ale standardowo blizny zostały. Nieważne, już się do tego przyzwyczaiłam — skwitowała lekceważąco.

— Pokaż.

— A po chuj? Blizn nie widziałeś? Może jeszcze mam ci cycki pokazać, co?

— Przed chwilą paradowałaś półnago i ci to nie przeszkadzało — rzucił chłodno. Yuna westchnęła z dezaprobatą, ale odwiązała bandaż z prawego nadgarstka i wyciągnęła rękę w stronę kaprala.

— Nie wiem, czym Brzenska kazała mnie unieszkodliwić, ale w chuj bolało.

Levi obejrzał nadgarstek Asahiny.

— Przebiło na wylot.

— Brawo, detektywie. Może zamiast zarzynać tytanów, rozwiązywałbyś zagadki? — zaproponowała ironicznie.

Obserwując tak rozmowę Yuny i Leviego, szatyn utwierdzał się w przekonaniu, że oboje byli niezwykle podobni — w ogóle nie dbali o to, co mówią, jakiego języka używają (zwykle nie brakowało w ich wypowiedziach „kurw”, „dziwek” i „skurwieli”) i jakim tonem się do siebie odnoszą. Ciekawe, dlaczego jeszcze pani Hanji i dowódca Irvin przy nich nie wykitowali, nasunęło się Erenowi na myśl. Przecież na dłuższą metę byliby nie do zniesienia.

— Swoją drogą, to gdzie ten Irvin się tyle czasu podziewa. Myśli, że będziemy wiecznie na niego czekać? — mruknęła Asahina

Levi westchnął.

— Może ma zatwardzenie i nie może się wysrać — wydedukował.

— Albo zabłądził na dziwkach — dorzuciła swoje trzy grosze pani kapral.

Albo już nie może was znieść, stwierdził w myślach Eren i uśmiechnął się nerwowo.

— Jak tak dalej pójdzie, to nawet ten skurwiel się tutaj pofatyguje szybciej.

Asahina przytaknęła, wiedząc, kogo Levi miał na myśli.

— Ano… przepraszam…

— Kto to? Plemnik Yuny — wyjaśnił szybko młodszy kapral, zanim chłopak zdążył dokończyć pytanie.

— Trafne określenie — rzuciła od niechcenia, mieszając metalową łyżeczką w kawie. Owszem, nie zostało napoju wiele, ale Asahinie jakoś już nie spieszyło się, by go dokończyć.

Eren zakrztusił się powietrzem. Wiedział, że Asahina uważa ludzi za istoty nudne i poniekąd ich nienawidziła, ale żeby własnego ojca tak… nazwać?

Niespodziewanie drzwi skrzypnęły głośno i do pomieszczenia weszła piątka żołnierzy — Irvin i czworo żołnierzy. Spośród nich Yuna kojarzyła tylko Mikasę Ackerman, która to taszczyła ze sobą dwa średniej wielkości pudła. Brunetka postawiła je obok drzwi I dołączyła do szeregu.

— Przepraszamy za spóźnienie — oświadczył chłodno Smith. Eren natychmiast poderwał się z miejsca i zasalutował.

— Nic się nie…

— Kurwa, dłużej się nie dało. Co ty sobie myślisz, że my tutaj będziemy wiecznie na ciebie czekać? My wbrew pozorom mamy lepsze zajęcia do roboty — warknęła poirytowana Yuna, przerywając Yeagerowi. Wstała i energicznym krokiem podeszła do Irvina.

— Czyżbyś miała na myśli spanie? — zapytał ze stoickim spokojem.

— Żebyś wiedział! Wszystko jest ciekawsze od przesiadywania z tym pedantem i jego przydupasem!

Bez zbędnych ceregieli Smith odsunął od siebie wkurzoną Yunę i zwrócił się do Leviego:

— Skończyły jej się fajki czy zrobiłeś jej dzieciaka?

— Fajki — odpowiedział szybko. — Nie sypiam z terrorystkami.

— Pieprzeni faceci. Wy myślicie tylko o jednym — prychnęła z wyższością i znów usiadła przy stole. Skrzyżowała ręce na piersiach i spojrzała wyczekująco na Irvina. — Dowiedzieliście się czegoś odkrywczego czy mogę zabrać fajki i iść się dalej truć?

— Armin ustalił tożsamość kobiety-tytana, ale nie sądzę, żeby cię to zainteresowało. Wolisz fajki. — Irvin usiadł przy stole, a w ślad za nim poszli pozostali stojący zwiadowcy.

— Wręcz przeciwnie, chce rozczłonkować sukę własnymi rękoma. — Asahina uśmiechnęła się ironicznie.

— Przykro mi, Yuna, będziesz musiała niestety odpuścić sobie zabijanie. Planujemy przeprowadzić operację za murem Sina, a dla ciebie o wiele lepiej będzie, jeśli wybierzesz się tam incognito — oświadczył pewnie Smith. — Przygotowałem ci przebranie. Leży w tym drugim kartonie.

— I jeszcze mam nie brać udziału w bezpośredniej akcji? Zajebiście — rzuciła z niechęcią, teatralnie przewracając oczami.

— Levi cię popilnuje. Asahina Satoru raczej się do niego nie zbliży. Wątpię, czy chciałby mieć z nim do czynienia. Traktuje was jednakowo.

— Przejdźmy już do rzeczy — mruknął młodszy kapral. Irvin rozłożył na stole pożółkłą mapę przywodzącą na myśl te same, które składował w swoim mieszkaniu były szef Yuny.

*****


Asahina Yuna po raz setny przeklęła w myślach Irvina, czując, jak Hanji coraz mocniej ściska gorset sukienki, którą to znalazła w drugim pudle.

— Zajebię drania. Kazać mi zakładać to… to coś — syknęła ze złości, wstrzymując oddech. Biało-fioletowa sukienka z licznymi falbankami przywodziła jej na myśl dom rodzinny i przyjęcia, które wyprawiał ojciec. Służący zawsze stroili Yunę w wymyślną suknię i później musiała paradować w niej przez cały wieczór.

— Skończyłam — poinformowała spocona Hanji. Nigdy nie przypuszczała, że zakładanie takiej kreacji może być męczące.

Okularnica ukryła brązowe, niesforne włosy pod słodką peruką, czyniąc z Asahiny żywą lalkę, a na to jeszcze nałożyła kapelusz z ogromnym rondem, które w teorii miało chronić przed słońcem.

— Irvin powiedział Nile’owi, że razem z Oddziałem Zwiadowców chce do stolicy udać się córka jakiegoś tam magnata o imieniu Ellie. Masz dzisiaj zagrać przykładną dziewczynkę z dobrego domu i nie zabić po drodze nikogo. A ten rewolwer — Zoe poklepała Yunę po lewym udzie — może zostać użyty tylko w sytuacji awaryjnej. Nawet nie wiem, czy to dobry pomysł, by cię tam zabierać.

— Daj spokój. I tak bym tam pojechała, czy to się wam podoba, czy nie.

— Irvin o tym wie — stwierdziła Hanji, wsuwając Asahinie na dłonie koronkowe rękawiczki i podała jej wachlarz. — Idziemy, panienko Ellie.

— Spróbuj mnie jeszcze tak nazwać, a nogi ci z dupy powyrywam. — Yuna spiorunowała

— Tak, tak.

Na dole już czekały karoce Żandarmerii oraz Nile Dawk wraz ze swoją świtą w towarzystwie dowództwa Oddziału Zwiadowców. Nile, niczym prawdziwy dżentelmen, którym na pewno nie był, schylił się i nonszalancko musnął ustami wierzch dłoni Asahiny. Usta Yuny, ukryte za wachlarzem, mimowolnie się wykrzywiły.

— Witam piękną panią. Nazywam się Nile Dawk i będę starał się pani umilić czas w podróży do stolicy.

Asahina próbowała się uśmiechnąć i grać uprzejmą dziewczynę z dobrego domu.

— Moje imię brzmi Ellie. Będę zaszczycona pańskim towarzystwem — próbowała zabrzmieć dziewczęco i wdzięcznie, ale nie była pewna, czy się udało, skoro te słowa ledwo przeszły jej przez gardło.

— Niestety, musi mi pani wybaczyć. Mam nadzieję, że zadowoli się pani towarzystwem młodszego kaprala Leviego.

Na pewno Leviego bardziej lubię niż ciebie, skończony kretynie, przebiegło Yunie przez myśl.

— Nic nie szkodzi, panie Dawk.

Mężczyzna otworzył drzwi karocy i przytrzymał je, kiedy Yuna wsiadała do środka, niemal zabijając się o własną suknię. Kątem oka zauważyła, że Hanji całkiem dobrze się bawi, ledwo powstrzymując nerwowy chichot.

Asahina usiadła i odetchnęła z ulgą. Miała nadzieję, że Nile Dawk połknął haczyk. Po chwili przyłączył się do niej młodszy kapral.

— Mamy go — rzucił do niej cicho, gdy drzwi karocy zatrzasnęły się.

— To dobrze. Widocznie jest większym debilem, niż Irvin sądził.

****************************************
Rozdział 17: "Dzielnica Stohess"
****************************************


Asahina Satoru nigdy nie lubił przebywać w dzielnicy Stohess i udawał się tam tylko wtedy, gdy zmuszały go do tego obowiązki. Nie przepadał za wąskimi uliczkami, wiecznie zatłoczonymi przez miejscową ludność robiącą zakupy lub spotykającą się w restauracjach w centrum miasta. Wtedy najchętniej kapitan nie wyściubiałby nosa ze swojej wygodnej rezydencji oddalonej od tego całego zgiełku i hałasu. Pech jednak chciał, by nieznośny Nile stwierdził z radosnym uśmiechem na twarzy, że w zasadzie skoro do stolicy wezwano całe dowództwo Oddziału Zwiadowców, to może i Yuna również się pojawi. A Satoru, mimo że najchętniej wszystkich mieszczan utopiłby w łyżce wody, nie mógł przegapić okazji do konfrontacji ze swoją pierworodną.

W zasadzie sam nie wiedział, co go podkusiło, by wsiąść na konia i pojechać do Karanes — może zawładnęła nim przemożna chęć zobaczenia dziewczyny, którą wyrzucił z domu i upokorzył dwanaście lat wcześniej? Możliwe, stwierdził w duchu. Chociaż wydziedziczył Yunę, to skoro i tak płynie w jej żyłach krew Asahiny, to Asahiną pozostanie już do końca swoich dni. No, chyba że okazałoby się, że świętej pamięci żona Satoru urodziła nie jego dziecko. A co do tego niestety nie miał wątpliwości — Yuna nie tylko odziedziczyła po ojcu wrogie spojrzenie — odstraszające potencjalnych natrętów — i barwę oczu, ale także i pewne cechy paskudnego charakteru — oboje byli żądnymi zemsty, lojalnymi wobec przełożonych i własnych poglądów psychopatami. W przeciwieństwie jednak do córki kapitan nie afiszował się tym — na co dzień grał miłego i ułożonego, trzeźwo myślącego dowódcę, który był wzorem do naśladowania dla podwładnych.

Jednak Yuna była powierniczką kilku ważnych tajemnic dwudziestej siódmej głowy rodziny Asahina — przez przypadek stała się świadkiem morderstwa Asahiny Yuriko.

Asahina Yuriko była matką Yuny, ale i zarazem osobą o wyjątkowo paskudnej osobowości — nie interesowała się losem dorastającego dziecka, nie zajmowała się mężem i rodzinnym domem. Wedle opinii Satoru, który przeżył z tą kobietą pod jednym dachem kilka dobrych lat, Yuriko wyszła ze niego tylko i wyłącznie dla pieniędzy oraz przywilejów, jakie niosło ze sobą bycie członkiem rodziny Asahina. Zamiast jednak dawać przykład córce, ta zabawiała się na wszelakich bankietach, zapoznając się z synami innych szlacheckich rodów i, prawdopodobnie, nawiązując z nimi romanse.

Właśnie, romanse. Zebrawszy to wszystko w jedno i nakrywszy swoją żonę w łóżku ze swoim młodym podwładnym, Satoru, nie zważając na konsekwencje swoich czynów, postanowił raz na zawsze pozbyć się żony, która potraktowała go jak śmiecia. Zamordował ją któregoś wieczora i na domiar złego do sypialni małżonków wparowała wtedy Yuna. Owszem, Asahina nie wiedział, czy dziewczynka przypadkiem komuś nie opowie tego, co widziała. Na szczęście z pomocą kapitanowi przyszedł wtedy Nile i, mając jednocześnie swój współudział w zbrodni, pomógł pozbyć się zwłok i upozorować ucieczkę Yuriko. Oczywiście, z początku nie przyszło to mężczyznom z łatwością, ale im dłużej przedstawiali swoją wersję wydarzeń ludziom, tym bardziej zaczynali w to wierzyć.

Pozostawała tylko Yuna. Jej też trzeba byłoby się pozbyć, gdyby zaczęła mówić.

Ale ta tylko milczała, pielęgnując swoją nienawiść. Satoru się o tym przekonał, kiedy oznajmiła mu, że za nic w świecie nie wstąpi do Żandarmerii i, wyzywając go od sukinsynów i żonobójców, oświadczyła, że zostanie zwiadowcą. I została. A on liczył tylko na to, że Yuna w końcu zginie za murami.

Ta chwila nadeszła sześć lat później, kiedy Irvin Smith osobiście zawitał w progi domu rodziny Asahina, by złożyć mężczyźnie kondolencje. Satoru znał dowódcę Oddziału Zwiadowców tylko ze słyszenia, więc jakże był zdziwiony, kiedy u bramy jego posiadłości zobaczył prawie metr dziewięćdziesiąt żywej wagi, taksujące go uważnym spojrzeniem niebieskich oczu.

— Jest mi niezmiernie przykro pana poinformować, kapitanie Asahino Satoru — mówił spokojnie blondyn — ale pańska córka, Asahina Yuna, zginęła tragicznie podczas ekspedycji za murami.

Jakże wielka była jego radość, kiedy usłyszał, że problem sam się rozwiązał! Teraz i Yuriko, i jej córeczka smażyły się razem w piekle. Dopóki kolejne sześć lat później do gabinetu Satoru nie wparował Nile i nie oznajmił, że Yuna, pieprzona terrorystka, Świstak, wcale nie zginęła na tej pieprzonej misji, tylko w najlepsze wysadzała ludzi w powietrze.

W pierwszej chwili nie uwierzył długoletniemu przyjacielowi i sam musiał przekonać się na własne oczy, czy jego ukochane dziecko rzeczywiście żyje.

Kiedy zobaczył starszego kaprala przeciskającego się na koniu przez tłum otaczający wracający z misji Oddział Zwiadowców, Satoru pozbył się wszystkich wątpliwości — oto widział po raz pierwszy od dwunastu lat szatynkę o znudzonym spojrzeniu, wpatrzoną w plecy Leviego rozmawiającego z jakimś wysokim mężczyzną i już wtedy dowiedział się o swoim dziecku dwóch rzeczy.

Po pierwsze, Yuna w rzeczywistości wcale się nie zmieniła. Nadal miała wszystko serdecznie w poważaniu, nie przejmowała się swoim wyglądem i w ogóle nie zwracała uwagi na poranioną dłoń owiniętą zakrwawioną szmatką. Nie opaliła się, a tym bardziej nie urosła. Nie przytyła też, ani nie schudła. Dopiero podczas drugiego spotkania zauważył, że zmieniła uczesanie na bardziej wymyślne (wtedy akurat Yuna miała tak jak zwykle włosy związane w wysoki kucyk) — grzywkę nad lewym okiem podpinała do góry i przywiązywała do reszty włosów szarą wstążką.

Po drugie, z jakiegoś nieznanego mężczyźnie powodu Yuna interesowała się młodszym kapralem Levim. Satoru nie wiedział, czy to tylko młodzieńcze zauroczenie (chociaż raczej w wieku córki nie powinno być o takim mowy), czy zainteresowanie, czy obsesja. Owszem, kapitanowi obiło się o uszy, że najbardziej zaufany podwładny Irvina był bardzo intrygującą postacią, ale chyba trochę zbyt ekscentryczną, skoro zwróciła na niego uwagę Yuna.

Zresztą, stwierdził w duchu, moja córunia całkiem nieźle wpasowała się w to środowisko dziwaków, psychopatów i samobójców. Nie powinien się dziwić, widząc ją w towarzystwie byłego przestępcy, zimnego drania i baby z bzikiem na punkcie tytanów. Szkoda tylko, że Yuriko nie zostało zwiadowcą. Chociaż nie, na to była zbyt leniwa.

Yuna odziedziczyła po matce kolor włosów — orzechowy brąz, bladą karnację i cięty język, jednak w zasadzie nic innego ją z Yuriko nie łączyło — dziewczyna nie lubiła spędzać czasu w towarzystwie mężczyzn i wysłuchiwać komplementów. Bardzo chętnie za to uczestniczyła w lekcjach szermierki i zupełnie nie zwracała uwagi na swój wygląd. Nie znosiła też hucznych zabaw i przyjęć, które chętnie urządzała jej rodzicielka.

I właściwie, dlaczego teraz tak bardzo Satoru chciał się spotkać dziewczynę, która tak mało miała wspólnego z Yuriko? Do końca nie wiedział, dlaczego miał na punkcie Yuny aż taką obsesję. Chciał ją zabić, bo sprzeciwiła się woli ojca? Albo dlatego, że mimo wszystko w jej żyłach płynie krew Asahiny?

Myślał, że Luca będzie doskonałym wabikiem. Niestety, chłopak zginął zanim jeszcze zdążył się kapitanowi przydać. W dodatku możliwe, że na swoją stronę zaczął go przeciągać Smith. Jedynie za groźniejszego od Yuny przeciwnika Satoru uważał dowódcę Oddziału Zwiadowców. W końcu jego postać wśród żandarmów była okryta złą sławą, a Nile w szczególności nie przepadał za Irvinem ze względu na jego spryt i przebiegłość.

— Ka-pi-ta-nie — z zamyślenia wyrwał go pretensjonalny ton głosu jednej z podwładnych — za ile dotrzemy do Stohess?

Asahina Satoru westchnął z dezaprobatą.

— Rei, nie narzekaj jak małe dziecko — upomniał niewysoką blondynką odzianą w standardowy mundur Żandarmerii, jedynie przy pasie miała przymocowany miecz. Patrzyła zniecierpliwiona to na starca, to jadącego obok niej brata bliźniaka.

— Przepraszam, kapitanie, że nie jestem tak cierpliwa jak Ren. — Wskazała palcem na chłopaka. Ten odetchnął głęboko i pstryknął siostrę w czoło.

— Zachowuj się, mała — upomniał ją. — I nadal nie wiem, dlaczego do wuja zwracasz się per „kapitanie”. W końcu sam powiedział, że możemy sobie te uprzejmości darować.

Asahina Rei i Asahina Ren byli dziećmi dalekiego kuzyna Satoru, który w ostatnim miesiącu przeszedł na emeryturę ze względów zdrowotnych i głowa rodziny, jako wspaniałomyślny wuj, przygarnęła bliźnięta pod swój dach.

Rei i Ren wyglądali niemalże tak samo — oboje mieli po dwadzieścia pięć lat i wyglądem przypominali nastolatków. Nosili długie, jasne włosy, zwykle związane w wysokie kitki. Może tylko Ren był nieco wyższy od swojej siostry.

Charakterem jednak różnili się diametralnie. O ile Rei była marudna i infantylna, o tyle Ren zachowywał się bardziej dojrzale i otaczał dziewczynę opieką. Oboje jednak słuchali się rozkazów i nie oponowali, kiedy przełożony wydał polecenie. Satoru w myślach określał ich jako idealne rodzeństwo — jak dla niego świetnie zastępowali Lucę i Yunę.

— Wiem, wiem — przytaknęła bratu. — Ale nie potrafię się tak łatwo przyzwyczaić. Tak nagle przyjął nas do swojego oddziału kapitan Asa… — ugryzła się w język, widząc karcące spojrzenie Rena — wuj i nadal nie mogę uwierzyć, że właśnie teraz dotrzymujemy mu towarzystwa w drodze do Stohess. Poza tym, nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę ten „słynny” Oddział Zwiadowców.

— Mała, uważaj czasem na słowa. W końcu Yuna… ach, przepraszam, wuju — powiedział pokornie, jakby nagle dopiero teraz zorientował się o obecności Satoru. — Powinienem ugryźć się w język. Słyszałem, że sprawa tej… — szukał przez chwilę odpowiedniego słowa — terrorystki jest drażliwym tematem rozmów.

Kapitan jednak uśmiechnął się promiennie i zaprzeczył gestem ręki.

— Nic nie szkodzi. Przyzwyczaiłem się już, że moje dziecko jest czarną owcą w rodzinie. Cóż, nikt nie jest idealny.

Właśnie tak, dodał w myślach. Musicie myśleć, że to Yuna jest najgorszym człowiekiem na świecie. Wtedy nie będziecie mieli skrupułów, by ją zabić. Zrobicie to w imię sprawiedliwości. A ja będę miał czyste sumienie.

— Pewnie śmierć Luci też nie była dla wuja przyjemną wieścią — ciągnął dalej swój wywód Ren. — Wychowywał go wuj od małego, od kiedy jego rodzice zginęli.

Raczej nie nieprzyjemna a niewygodna, pomyślał Satoru. Chociaż w zasadzie kto wie, co uroiło się w głowie Smitha.

Kapitan pokiwał głową i poklepał młodzieńca po ramieniu, przebierając dobrą minę do złej gry.

— Nie martw się, Ren. Nie troskaj się rzeczami, które z tobą mają niewiele wspólnego. Jednak jeśli chcesz, to możesz mi pomóc. Oboje możecie — zaproponował poważnie.

Blondyn gwałtownie odwrócił się do Satoru, patrząc na niego ze zdziwieniem, ale i radością z możliwości dokonania czegoś niesamowitego.

— Naprawdę?!

— Naprawdę, młodzieńcze.

Wjechali przez bramę do miasta. Nikt nie zatrzymał ich nawet, by potwierdzić tożsamość — strażnicy już z daleka rozpoznali kapitana Asahinę. Nie wnikali, dlaczego zawitał w Stohess, ale najwidoczniej przywiodło go tutaj coś ważnego.

— Z wielką chęcią pomożemy, prawda, Rei? — Chłopak szturchnął podziwiającą półokrągłą kopułę kościoła górującą nad miastem. Zaskoczona dziewczyna zamrugała parę razy powiekami i ze rozwartymi szeroko oczami spojrzała na brata.

— Hm? Tak, oczywiście. — Uśmiechnęła się, nawet nie wiedząc, o co chodzi jej bratu.

Mógłbym mieć takie dzieci, stwierdził w myślach Satoru, przeczesując swoje brązowe włosy przecinane siwymi pasmami. Ślepo posłuszne, lojalne i spełniające każdą prośbę. Przy tym głupie jak stąd to Shinganshiny. Szkoda tylko, że nie udało mi się wychować tak Yuny. Może wtedy obeszłoby się bez tych wszystkich kłopotów.

*****


Yuna westchnęła znudzona i zaczęła bawić się jednym z poskręcanych pasm blond włosów. Wyjrzała przez okno karety i obserwowała leniwie przemieszczających się za pomocą trójwymiarowego manewru żandarmów. Przypuszczała, że byli młodzi i dopiero co zakończyli szkolenie — nie od dziś przecież wiedziała, że starszym stażem żołnierzom nie chciałoby się ruszyć tyłka tylko po to, by eskortować dowództwo Oddziału Zwiadowców.

Założyła nogę na nogę i przeniosła wzrok na siedzącego obok Leviego. Wydawało jej się, że w tym momencie brunet był jeszcze bardziej znużony niż ona sama. Też patrzał przez szybę i skupiał wzrok na pilnujących ich wojskowych.

— Nie muszą iść aż tak blisko. Przecież nie będę dobierał się do terrorystki — skomentował. Asahina uśmiechnęła się pod nosem.

— Przypominam ci, że ci debile są święcie przekonani, że Asahina Yuna grzecznie leży w łóżku i kuruje się po wyprawie za mury. — Złożyła wachlarz i położyła go na kolanach. — Rany, jakby sobie teraz popaliła.

— Zapomnij — rzucił krótko. — Która magnatka jara nałogowo tak jak ty?

— Hm… — zamyśliła się. — Asahina Yuna?

— Asahina Yuna jest terrorystką, nie magnatką. A terroryści to robią, co dusza zapragnie — niemalże warknął. Dziewczyna szturchnęła kaprala w bok.

— Tak, wiem, że mnie nienawidzisz. Masz jeszcze jakieś problemy?

Levi po raz kolejny westchnął i znów wlepił wzrok w widok za oknem. Yuna oparła się o miękkie obicie siedzenia i przymknęła oczy. Podróż ciągnęła się niemiłosiernie i samo dotarcie do bramy prowadzącej do Stohess trwało wieki. Zapewne gdyby wyruszyli konno, już dawno mieliby całe to przechwycenie kobiety-tytana za sobą. Asahina mogłaby ściągnąć to całe śmieszne przebranie i w końcu wypalić paczkę fajek.

— Co ten Irvin sobie myśli? Przecież szef mógłby mi pomóc dostać się za Sinę. Nie rozumiem tego całego przedstawienia — powiedziała sama do siebie, uchylając powieki.

— I pewnie ten facet od tak by ci pomógł? Nikt cię przez te kilka lat nie nauczył, że w podziemiu za wszystko trzeba zapłacić? — prychnął.

— Przecież wiem — rzuciła z przekąsem Yuna — ale ten facet jest krewniakiem mojej znajomej i uważa mnie za członka rodziny.

— Czyżby Jane McCartney?

Asahina zacisnęła palce na falbanach sukni. Czy było coś, czego ten facet nie wiedział, zapytała się w duchu.

— Skąd wiesz? — wykrztusiła.

— Czytałem twoje papiery. Irvin mi je pokazał.

— Aha, to zajebiście — mruknęła. — Powinnam już dawno się nauczyć, że jeżeli współpracuję z Irvinem Smithem, to nigdy nie będę miała za grosz prywatności. Co jeszcze ci powiedział? Że mój ojciec to psychopata i morderca? Pewnie tak. To raczej odkrycie roku nie jest — stwierdziła z przekąsem.

— Jak masz okres, trzeba było mówić wcześniej. Nie wkurwiaj się o wszystko, bo jeszcze ktoś się zorientuje, że coś się nie zgadza — upomniał ją spokojnie.

Yuna wzięła parę głębszych wdechów, rozluźniła uścisk palców na materiale i przygładziła dłonią falbanki.

— Jak chcesz, to potrafisz — skwitował krótko młodszy kapral.

Westchnęła tylko i znów utkwiła wzrok w żandarmach poruszających się po dachach budynków. Widok ten przywołał wspomnienia sprzed jakiegoś miesiąca… chyba tak. Pewnie równie zabawnie z perspektywy zwykłego mieszkańca Trostu i okolic wyglądał pościg terrorystki znanej jako Świstak. W tej chwili jednak, przywołując obrazy ze swojego pojmania i walki z tytanami (stwierdziła, że rzucanie w kolosów bombami było zwykłym marnotrawstwem), wydawało jej się to czymś niezwykle odległym.

— Hej, Levi… dlaczego zostałam terrorystką? — zapytała cicho.

Brunet nie zdążył odpowiedzieć, gdyż pojazd gwałtownie się zatrzymał i siła hamowania popchnęła gwałtownie Asahinę do przodu. W ostatniej chwili Levi złapał ją mocno za nadgarstek i podciągnął do góry. Pani kapral odetchnęła z ulgą i z powrotem na miejscu.

— Skąd mam wiedzieć? Nie siedzę w twojej głowie. — Brunet bezceremonialnie puścił nadgarstek Yuny, wstał i otworzył drzwi karocy. — Idę zobaczyć, co się stało. Jeszcze za wcześnie na rozpoczęcie operacji.

Kulejąc, wysiadł z pojazdu. Levi rozejrzał się po okolicy i już po chwili rzucił w stronę Asahiny ukradkowe spojrzenie nieznaczące nic dobrego.

Kłopoty, przeszło szybko Yunie przez myśl. Tylko nie drgnij. Nikt nie może się zorientować, że coś jest nie tak. Teraz grasz Ellie. Nigdy nie spotkałaś Asahiny Yuny i kompletnie nie wiesz, kim ona jest, a z Oddziałem Zwiadowców masz styczność po raz pierwszy w swoim życiu.

Kurwa, przecież to jest niewykonalne!

****************************************
Rozdział 18: "Potwór"
****************************************


To był jeden z tych nieciekawie zapowiadających się i zwyczajnie nudnych dni w dzielnicy Stohess — Żandarmeria albo biegała po ulicach miasta i tylko robiła zamieszanie, albo siedziała w tych swoich koszarach i nic nie robiła. Polerujący kufel starszy barman odstawił naczynie na blat i rozejrzał się po pustym barze. Ostatnio interesy wyjątkowo się nie kręciły. Zresztą, czemu się tu dziwić? Po aresztowaniu Świstaka raczej nikt nie chciał wychylać głowy i nie planował żadnych ataków. A skoro nikt nie planował ataków, to nikt nie zamawiał broni. A to dla mężczyzny — a jednocześnie jednego z handlarzy na czarnym rynku — była bardzo niepomyślna sytuacja.

Owszem, ktoś czasem zamówił fajki, narkotyki lub inne używki (w końcu każdy wiedział, że to, co nielegalne jest o wiele lepsze), lub Żandarmeria próbowała sprzedać swoje wojskowe wyposażenie, ale takie interesy barmana nie zadowalały.

Papudze pewnie się lepiej powodzi, stwierdził po krótkim namyśle. Chociaż skoro żandarmi dorwali jego maskotkę, to długo nie pociągnie.

Nagle ktoś potężnym kopniakiem otworzył klapę w suficie i miękko zeskoczył na podłogę. Barman podniósł wzrok, wyrywając się z zamyślenia i omal nie zakrztusił się powietrzem. Przybysz przetarł opalone czoło rękawem koszuli i uśmiechnął się szeroko do stojącego za ladą mężczyzny.

— O! Ty nadal tutaj? Myślałem, że w końcu sobie darowałeś zabawy w handlarza. — Niespodziewany gość stanął na palcach i zamknął otwartą klapę. — I nadal tutaj tak cuchnie. Nie dziw się, jeśli nie masz klientów.

— Jak sobie przygarnąłeś taką zawziętą dziewoję pod swoje skrzydła, to ci się interesy kręciły i masz kasę — stwierdził z nieukrywanym wyrzutem barman.

— Zawziętą? Raczej leniwego śpiocha, który robi, co mu się żywnie podoba.

Przybysz roześmiał się i mijając nienagannie wyczyszczone stoliki, podszedł do lady, po czym zajął miejsce na jednym z barowych krzeseł. Na półkę zastawioną trunkami z najwyższej jakości, pomarszczoną twarz barmana i fragment blatu padało słabe światło naftowej lampy. Gość otrzepał swój podróżny płaszcz i rozejrzał się po pomieszczeniu.

— Straszliwy pedant z ciebie — skrytykował. — Albo po prostu nie masz klientów.

Barman zacisnął dłoń w pięść, ledwo hamując wybuch wściekłości i spiorunował przybysza wzrokiem.

— Uważaj na słowa, Papugo. Żaden normalny handlarz nie opuszcza swojego terytorium.

Przybysz machnął lekceważąco dłonią.

— Nie robiłbym tego, gdybym nie miał ważnego powodu.

— Pewnie znowu chodzi o pieniądze — rzucił z dezaprobatą barman. — Tobie ciągle tylko mało i mało. Najchętniej byś całe wojsko z kasy oskubał.

— A żebyś wiedział! — oświadczył gwałtownie Papuga. — A jeszcze wspanialej by było, gdyby oddali mi mojego Świstaka. Bez niej tutaj tak nudno.

— Interesy się nie kręcą — przytaknął barman.

— Klientów nie ma.

— Zamówień nie ma.

— Kasy nie ma.

— Kompletna porażka — stwierdzili jednocześnie, podłamani tym jakże oczywistym faktem. W podziemnym półświatku od zawsze było tak, że jeśli pojawiał się jeden odważny, któremu znudziło się już siedzenie w cieniu i nie bał się działać, to też działali wszyscy. A kiedy już kryminalistę aresztowano, to nagle wszyscy się chowali i czekali, aż kolejny się pojawi. I tak w kółko.

— To o co chodzi konkretnie? — zapytał po chwili barman, wracając do polerowania szklanek.

— Świstaczek dzisiaj się pojawi. Tak przynajmniej wspominała, kiedy odbierała ostatnio towar. Mówiła, że na razie nie będzie niczego zamawiała, więc byłem ciekawy, co się takiego wyprawia. I wyobraź sobie, że żandarmi biegają po ulicach. Oni coś robią! Może w końcu ktoś ich pogonił do roboty — opowiedział pełen entuzjazmu.

— To nic nie ma wspólnego z interesami, co? — mruknął barman, tracąc cały zapał na łatwy i szybki zarobek. Miał cichą nadzieję, że może maskotka Papugi zdecydowała się wrócić do zawodu i przygotowała w Stohess małą niespodziankę dla leniwych wojskowych.

— Raczej chodzi o rodzinę — sprecyzował gość, przeczesując włosy palcami.

— A, no tak… Świstak była przyjaciółką twojej bratanicy.

— Jenny nigdy by mi nie wybaczyła, gdybym spuścił oko z jej ulubienicy — powiedział z miną męczennika. — Prawdopodobnie do końca mojego cennego żywota nawiedzałaby mnie w snach.

— Ciesz się, przynajmniej dzięki niej mamy Świstaka.

— Mieliśmy — poprawił go Papuga. — Znowu wróciła do Zwiadowców.

— I co? Teraz chcesz ją siłą odbić? — zapytał z kpiną w głosie barman. — Skoro ją tam ciągnie, to niech sobie siedzi. Świstak nie jest, nie była i nie będzie ostatnim terrorystą, który chce się pobawić bombami.

— No co ty. Chcę jej tylko pomóc się zemścić — sprostował szybko gość.

— Na kim?

— Na Asahinie Satoru.

— Oooo… gruba ryba. — Barman zagwizdał z aprobatą. — Widać, że dziewczyna wie, czego chce.

Papuga uśmiechnął się znacząco.

— A z tego, co wiem, facet bardzo chciał się spotkać ze Świstakiem. Szkoda tylko, że ona z nim też.

*****


Satoru gestem dłoni zatrzymał eskortę dowództwa Oddziału Zwiadowców i zsiadł z konia. Ren i Rei prawdopodobnie już schowali się w którejś z bocznych uliczek w razie, gdyby „ktoś” chciał uciec. Oczywiście Asahina nie sprecyzował, kim może być ta osoba — w końcu dzieciaki wykonywały wszystkie jego polecenia bez słowa sprzeciwu.

Idący na czele pochodu Nile spojrzał na kapitana podszedł do niego i uścisnął mu dłoń. Satoru nie lubił całego ceremoniału wojskowego szczególnie wtedy, kiedy miał do czynienia ze swoimi przyjaciółmi. A raczej z ludźmi, których wykorzystywał do swoich celów.

— O, nie spodziewałem się ciebie w Stohess — rzucił na dzień dobry Nile. Asahina uśmiechnął się pogodnie.

— Może i nie znoszę ciasnoty w tym dystrykcie — zaczął spokojnie Satoru — ale stwierdziłem, że od czasu do czasu muszę rozprostować swoje stare kości.

— Nie przesadzaj. — Nile poklepał mężczyznę po ramieniu. — Aż tylu lat na karku nie masz.

— Może i masz rację — przyznał Satoru, śmiejąc się nerwowo.

Chroniący wozy żołnierze na chwilę opuścili gardę, widząc, że ich dowódca uciął sobie radosną pogawędkę z kapitanem Asahiną. W końcu raczej nie zwróciłby na nich uwagi, skoro był aż tak zajęty rozmową.

Z jednego z powozów wyszedł kapral Levi i otaksował żandarmów wzrokiem. Wystarczyło tylko, że dowódca odwrócił na chwilę uwagę od zadania, a ci dekoncentrowali się, zupełnie nie myśląc o tym, co dzieje się dokoła nich.

Z drugiego pojazdu wysiadł Irvin i posłał znaczące spojrzenie w stronę bruneta, po czym przeniósł wzrok na Satoru. Więc jednak stało się tak, jak Smith przypuszczał — Asahina nie mógł usiedzieć na miejscu, kiedy doszły go słuchy o tym, że dowództwo Oddziału Zwiadowców zostało wezwane do stolicy. Najzwyczajniej w świecie liczył na to, że pojawiłaby się i Yuna.

— O, jest i Irvin Smith. — W pewnym momencie zwrócił na mężczyznę uwagę Satoru, uśmiechając się sztucznie. — I młodszy kapral Levi.

Siedząca w karocy Yuna niecierpliwiła się coraz bardziej. Wiedziała, że ojciec i tak się dowie o małym „przekręcie” Irvina. Przeklęła w myślach genialne pomysły dowódcy, jednocześnie zastanawiając się, jakby tutaj się ze spotkania z ojcem wykręcić. Zupełnie nie myślała nad planowanym pojmaniem kobiety-tytan — w końcu co się odwlecze, to nie uciecze.

Nagle wpadła chyba na najgłupszy, ale i najprostszy z możliwych sposób. Wysiadła z powozu, za wszelką cenę unikając czujnego wzroku ojca i karcącego spojrzenia kaprala.

— Ach, przepraszam — zaświergotała. — Muszę skorzystać z toalety.

Satoru spojrzał na blondynkę i o mało co nie wybuchnął śmiechem. Oto stała obok kaprala Leviego w falbaniastej sukience i blond peruce uśmiechająca się dziewoja. I tą dziewoją nie była pierwsza lepsza przebrana wojskowa ani mieszczanka, ale Yuna.

— O, panienko Ellie, to może niech tych dwóch panów — Nile wskazał na najbardziej obijających się żołnierzy — panienkę zaprowadzi w jakieś ustronne miejsce.

Żandarmi podnieśli wzrok na dowódcę, szybko otrzepali mundury i przewiesiwszy sobie broń palną przez ramię, zasalutowali energicznie. Blondynka minęła wściekłego Leviego (mogłaby się założyć, że gdyby nie obecność żandarmów, to za taki numer rozszarpałby ją na strzępy) i niezatrzymana przez ojca skręciła w boczną uliczkę w towarzystwie dwóch podwładnych Dawka.

Satoru uśmiechnął się od ucha do ucha, nie mogąc ukryć swojego pożałowania dla głupoty przyjaciela.

— Ej, Nile, wiesz, że tamta dziewczyna to Yuna? I że ty właśnie pozwoliłeś jej uciec?

Dowódca Żandarmerii spojrzał na kapitana pytająco, po czym przeniósł wzrok na Leviego i Irvina. Młodszy kapral zaciskał zęby ze złości, a Smith jak to Smith — był nadal niewzruszony, jakby przewidział całą tę sytuację.

— A, pocieszę cię jeszcze bardziej. — Tym razem Asahina poklepał zdołowanego przyjaciela po plecach. — Prawdopodobnie tych dwóch żołnierzy już nie wróci. Jak dobrze pójdzie, to przyniosą ci ich zwłoki.

*****


Yuna szła spokojnie eskortowana przez dwóch żandarmów, ledwo powstrzymując się od wyciągnięcia przypiętego do podwiązki rewolweru i strzelenia im w te puste łby. Co jakiś czasu odwracała się do tyłu i sprawdzała, jak daleko się znajdywali od głównej drogi.

Niewysokie kamienice rzucały cień na wąskie uliczki miasta, chroniąc spacerowiczów przed słońcem. Osobiście Yuna cieszyła się, że nie wyszła na otwartą przestrzeń — o wiele łatwiej można się pozbyć zbędnego balastu tam, gdzie nikt nie patrzył.

Żandarmi zdawali się nie zwracać większej uwagi na blondynkę, a tym bardziej na drogę. Skoro mogli oderwać się od obowiązków, bo szlachcianka zażyczyła sobie pójścia do toalety, to nie musieli niczym się przejmować. Im dłuższa przerwa, tym lepiej.

Zniecierpliwiona Asahina zaczęła powoli zwalniać kroku. Nie słyszała, żeby jakiś człowiek szedł z naprzeciwka, a kiedy zerknęła w tył, nikogo nie widziała. W końcu nikt nie stąpał bezszelestnie. Ludzie byli tylko ludźmi.

Chociaż wolałaby się ich pozbyć, kiedy Oddział Zwiadowców rozpocząłby już operację pojmania kobiety-tytan, nie lubiła czekać i najzwyczajniej w świecie zwodzenie podwładnych Nile’a już ją znudziło. Niepostrzeżenie wyciągnęła spod sukienki broń, wycelowała, odbezpieczyła i szybko strzeliła w plecy jednego z żołnierzy. Młody chłopak nie spodziewał się zupełnie ataku. Upadł na zimny bruk z rozwartymi szeroko oczami.

Jego towarzysz odwrócił się z otworzoną buzią, jakby chciał coś powiedzieć. Na jego nieszczęście Yuna zdążyła już przeładować broń, podejść parę kroków i przybliżyć rewolwer do jego twarzy. Chłopak patrzył na nią błagalnie. Nie chciał umierać. Jak wszyscy.

Tym bardziej, że jego oprawca uśmiechał się pod nosem, jakby zabijanie sprawiało mu radość.

Nie zastanawiała się długo. Nie dawała sobie czasu na przemyślenia. Po raz kolejny strzeliła.

I ten żołnierz padł. Dziewczyna poczuła na swojej twarzy ciecz. Krew zamordowanego żołnierza ochlapała jej policzek. Asahina tylko prychnęła pod nosem, zrzucając z głowy kapelusz i perukę. Części przebrania upadły na martwe ciała żandarmów. Materiał nasiąknął krwią.

Yuna wyminęła zwłoki, odgarniając włosy z czoła.

— To chyba był nagły wypadek, prawda, Irvin. Nawet jeśli prosiłeś, bym tym razem się powstrzymała, to, niestety, zabijanie jest zbyt zajebiste.

*****


Słysząc odgłos wystrzału, Rei napięła wszystkie mięśnie. Więc to wuj miał na myśli, kiedy mówił o niespodziewanym wypadku. Zacisnęła drżącą dłoń na rękojeści miecza. Wzięła dwa głębokie wdechy.

Wuj kazał wyeliminować każdego podejrzanie zachowującego się człowieka, o ile nie należał on do Żandarmerii. Młoda Asahina nie wiedziała, czy byłaby w stanie kogokolwiek zabić, ale — skoro wybrała ją sama głowa rodziny — nie mogła uciec i musiała z podniesioną głową stawić czoła wrogowi. Brat też w nią wierzył. A jego już tym bardziej nie mogła zawieść.

Pewnie usłyszawszy huk, Ren i tak opuścił swoje stanowisko i okrężną drogą, omijając eskortę Oddziału Zwiadowców szerokim łukiem, pospiesznie ruszył w stronę odgłosu. A Rei nadal się wahała. Z jednej strony nie mogła zebrać się na odwagę, a drugiej wiedziała, że trzeba wyeliminować przeciwnika.

Usłyszała kroki z naprzeciwka i zmrużyła oczy. Ktoś szedł.

Asahina Yuna prychnęła z wyższością, widząc wahającą się blondynkę ubraną w mundur Żandarmerii. Uśmiechnęła się pod nosem i podeszła do dziewczyny bliżej.

— Pewnie ty jesteś psem tego dziadygi. Ojciec kompletnie nie ma gustu. Najpierw Luca, a teraz jakaś gówniara.

Krew na policzku byłej terrorystki była świeża. Zupełnie jakby przed chwilą z kimś walczyła.

Rei poczuła przebiegający przez plecy dreszcz. Przez sposób, w jakim szatynka mówiła i patrzyła, wywnioskowała, że to na pewno Asahina Yuna. Jakby dawała wyraźne komunikaty, że Rei była godna pożałowania.

— Wybacz, ale nie mogę się nadziwić twojej naiwności. Pewnie za wiele oleju w głowie nie masz, skoro jeszcze nie bierzesz nóg za pas.

Jest dokładnie taka, jak mówił wuj, przeszło Rei przez myśl. Bezczelna i nieobliczalna. Nie przebiera w słowach.

Blondynka przygryzła wargę.

— Jako że jest mi cię szkoda — Yuna podrzuciła rewolwer — to pozwolę ci wybrać sposób, w jaki zginiesz. To co? Zapakować ci kulkę w łeb czy w serduszko?

Rei przeraziła się nie na żarty. Kuzynka nie żartowała.

Po chwili wahania wyciągnęła z pochwy miecz i się zamachnęła. Przeciwniczka zablokowała cios lufą rewolweru i zachichotała pod nosem.

— O… będziesz walczyć. Jak fajnie, może się na śmierć nie zanudzę.

Rei odskoczyła od szatynki i zaklęła w myślach. Jeśli spodziewała się, że Asahina Yuna będzie niewymagającą przeciwniczką, to grubo się myliła.

Braciszku, uratuj mnie, szepnęła błagalnie w myślach, nacierając na nią ponownie.

Asahina Yuna była potworem. Potworem zbudzonym w momencie, kiedy Irvin Smith pozwolił strzelić.

****************************************
Rozdział 19: "Przepraszam"
****************************************


Yuna uśmiechnęła się pod nosem, parując kolejny wymierzony przez Rei cios. Mimo wszystko musiała przyznać, że dziewczyna wcale do słabych żołnierzy nie należała — walczyła zacięcie, nie dając przeciwniczce chwili na przeładowanie broni i oddanie strzału.

— Może wcale nie jesteś aż tak beznadziejna, jak na początku myślałam. W przeciwieństwie do Luci przynajmniej potrafisz znaleźć w sobie tę odwagę i zaatakować — pochwaliła blondynkę. Rei zaśmiała się nerwowo.

— Raczej nie pozwalasz mi na nic innego.

— O… Jednak potrafisz mówić. A myślałam już, że języka w gębie ci zabrakło.

Przygryzła wargę i zacisnęła mocniej dłoń na rękojeści. Yuna próbowała wytrącić dziewczynie miecz z dłoni. Na to Rei nie mogła sobie pozwolić. Nie była gotowa, żeby zginąć tu i teraz. W końcu braciszek spieszył z pomocą.

— Rany, ale ci gówniarze się obijają — mruknęła pod nosem Asahina, zerkając ku niebu. — Jak tak dalej pójdzie, to wszyscy się zorientują, że chcemy złapać tego tytana…

Rei zupełnie nie rozumiała, o czym starszy kapral wspomniała — nie znała się ani trochę na pracy Oddziału Zwiadowców. Zresztą teraz miała ważniejsze sprawy na głowie.

Wykorzystując chwilę nieuwagi szatynki, szybko uwolniła ostrze i natarła z drugiej strony. Chciała trafić w ramię, ale i tak została zablokowana.

Yuna pokręciła głową z dezaprobatą.

— Nieładnie tak atakować przeciwników, który dają ci fory w chwili, kiedy sobie o czymś przypominają. Chciałam się z tobą pobawić, ale… no cóż…

Pani kapral bez większego problemu odepchnęła od siebie broń przeciwniczki. Rei zachwiała się i odeszła parę kroków. Asahina Yuna nie żartowała. Wyciągnęła przed siebie broń i wycelowała.

— Jest parę zasad, których złamania nie zniesie żaden terrorysta.

Rei próbowała się bronić. Ale chwila, w której Asahina Yuna pociągnęła za spust, przesądziła o wyniku pojedynku. W jednym momencie dziewczyna oberwała w prawe ramię. Zawyła z bólu, wypuszczając broń i przycisnęła lewą dłoń do rany. Dziewczyna bezwładnie opadła na kolana i spuściła głowę.

— Rany, jeszcze nie trafiłam… To pewnie przez to, że nie jestem do tej broni przyzwyczajona. Skoro już ten drań miał coś kupować, to chociaż raz mógłby pójść mi na rękę — rzuciła ironicznie Yuna.

Nie chciała umierać! Tak bardzo chciała żyć! Ale przecież… i wuj, i brat tak bardzo w nią wierzyli. Teraz jednak nie miała odwagi nawet spojrzeć Yunie w oczy. Nie mogła płakać, a widząc bladą twarz kuzynki wykrzywioną triumfalnym uśmieszkiem, pewnie nie potrafiłaby łez powstrzymać.

Usłyszała kroki. Starszy kapral podeszła. Przeładowała broń i przytknęła lufę rewolweru do głowy blondynki.

— Nie mam w zwyczaju wysłuchiwać ostatniej woli moich ofiar — zaczęła najspokojniej w świecie członkini Oddziału Zwiadowców — ale skoro także jesteś Asahiną, to zrobię wyjątek. Więc… czegoś ode mnie chcesz?

Rei spięła się jeszcze bardziej. Nie mogła złapać tchu.

— Braciszek… Ren… — szepnęła po chwili. — Nie zabijaj Rena…

Yuna skinęła głową. Już dawno nie czuła się taka spokojna, patrząc na swoją ofiarę. Mimo że była zniesmaczona jej postawą i tym, że podlegała pod dowództwo Satoru, w pewnym sensie było Asahinie jej żal.

— Zobaczmy się w piekle…

— Przepraszam, Ren…

Szatynka szybko oddała strzał. Kuzynka upadła na bruk martwa.

A tak… w pewnym sensie była podobna do Luci, stwierdziła w myślach, obserwując tworzącą się na ziemi niewielką kałużę krwi.

Rei bezinteresownie kochała swojego brata. Zupełnie tak samo jak Luca kochał Yunę.

Nagle zza zakrętu wyłonił się wysoki blondyn przypominający wyglądem leżącą u stóp Asahiny dziewczynę. Jego oczy gwałtownie się rozszerzyły.

— Rei! — krzyknął zrozpaczony. Przeniósł wzrok na Yunę. — Ty cholerna dziwko!

Terrorystka odwróciła się w stronę chłopaka, ale zanim zdążyła przeładować broń i oddać strzał, ten podbiegł i wyciągnął swój miecz. Uniósł ostrze nad twarzą dziewczyny i przejechał nim po bladej skórze.

Yuna zawyła głośno. Wypuściła z dłoni rewolwer i zasłoniła rękoma oczy. Bolało. Tak bardzo bolało.

— Ty… ty… Ty dziwko! Jak mogłaś zabić moją siostrę?! — ryknął w kolejnym przypływie gniewu.

Asahina upadła na ziemię i spojrzała na swoje dłonie. Tak cholernie bolało ją prawe oko. Chwilę wpatrywała się w zakrwawione palce, po czym zasłoniła ponownie zranioną część twarzy.

Nie mówcie tylko, że ten gówniarz właśnie pozbawił mnie oka, przeleciało jej przez myśl, kiedy stanął nad nią z wysoko uniesionym mieczem i zlustrował nienawistnym spojrzeniem.

— Jak śmiałaś… Jak śmiałaś zabić Rei?! — zapytał ponownie. — Smaż się w piekle!

*****


— Ej, wy dwaj! — Nile wskazał palcem dwóch pierwszych lepszych żołnierzy. — Idźcie za nią. Przyprowadźcie Asahinę Yunę żywą lub martwą!

Satoru zdusił w sobie śmiech.

— Rany, rany. Nie martw się, już się tym zająłem. Nie męcz biednych żołnierzy, przecież wasze zadanie jest inne, prawda? Doprowadzić dowództwo Oddziału Zwiadowców oraz Erena Yeagera do stolicy.

— Jak to…? Zająłeś się Yuną? — zapytał zaskoczony Dawk.

Tylko głupiec nie zabezpieczyłby się na taką możliwość, zaszydził w duchu kapitan.

— Tak, tak. Nie masz się czym martwić. — Asahina poklepał przyjaciela po ramieniu, po czym spojrzał na Leviego i Irvina. Zupełnie nie przejęli się słowami kapitana, ba, wyglądali na całkowicie niezainteresowanych tym, że Satoru przygotował wcześniej atrakcję dla Yuny.

Pewnie im też coś nagadała. Głupia gówniara z tego mojego bachora, stwierdził w myślach. Yuno, mogę ci jedynie obiecać, że cało nie wyjdziesz z tego spotkania.

— W końcu ojciec kocha miłością bezwarunkową swoje dziecko, nawet jeśli ono zgrzeszyło — dodał po chwili Asahina.

Kochać aż tak bardzo, aby znienawidzić i zabić.

Coś w oddali wybuchło, odwracając uwagę Satoru od swojej pierworodnej córki.

*****


— Odpowiedz! — zażądał po raz kolejny blondyn. Dłoń, w której dzierżył miecz, trzęsła się, a do oczu napływały łzy. Nieopodal leżało martwe ciało siostry, a on sam stał nad jej zabójczynią, chcąc wymierzyć sprawiedliwość.

Słyszał płytki oddech Yuny próbującej zignorować ból. Dziewczyna nie miała nawet siły się ruszyć, a co tu mówić o ucieczce.

— Kto dał ci prawo osądzenia życia mojej siostry?! Uważasz się za boga?!

Terrorystka cicho się zaśmiała.

— Boga…? — wyszeptała. — Chyba cię… gówniarzu… popierdoliło…

Ren zagryzł wargę i wolną ręką złapał szatynkę za materiał sukni. Poderwał gwałtownie ciało dziewczyny go góry i spojrzał w jej brązowe oko. Drugie nadal zasłaniała dłonią. Na bladej twarzy malował się kpiący uśmieszek. Chociaż po skórze spływała jej własna krew i za chwilę mogłaby zostać zabita, zupełnie jej to nie obchodziło.

— Spoważniej w końcu i odpowiadaj grzecznie na moje pytania — syknął ze złości.

— Podoba mi się… twoje spojrzenie. Wyglądasz tak… jakbyś nie bał się… niczego…

— Bo straciłem wszystko! I to ty mi odebrałaś wszystko! Jak możesz jeszcze z tym uśmiechem za twarzy — poczuł gulę w gardle — tak po prostu to mówić?!

— Bo mnie też odebrano wszystko.

Ren wypuścił z uścisku suknię dziewczyny. Yuna bezwładnie opadła na ziemię.

— Ja, Asahina Ren, wymierzę ci teraz sprawiedliwość, terrorystko — syknął z jadem w głosie. — Przyjmij karę za swoje grzechy!

Zanim Ren zdążył wykonać cios i zakończyć życie Yuny, nie wiadomo skąd, został wystrzelony pocisk, który przeorał chłopakowi ramię. Blondyn odskoczył od terrorystki, wypuścił broń z dłoni i zaczął tamować krwawienie. Po raz pierwszy ktokolwiek go zranił. No cóż, wcześniej raczej nie miał do czynienia z ludźmi, którzy chcieli mu zrobić krzywdę.

— Rany, rany, Świstaku, aleś się wpakowała.

Yuna uśmiechnęła się krzywo, słysząc znajomy głos. Z naprzeciwka szedł Papuga. Tego faceta rozpoznałaby zawsze i wszędzie.

— Kim jesteś? — zapytał zdezorientowany Ren. — Jak śmiesz mi przeszkadzać?

Opaloną twarz Papugi wykrzywił grymas złości.

— To raczej ja powinienem się zapytać, z jakiej racji próbujesz zabić moją maskotkę. Jakoś nie mam ochoty mieć przez ciebie koszmarów, gówniarzu, więc grzecznie zostaw Świstaczka w spokoju — rozkazał chłodno mężczyzna, bawiąc się rewolwerem. — Chyba że chcesz porozmawiać inaczej.

Papuga spokojnie podszedł do Asahiny i nie pytając jej o nic, najzwyczajniej w świecie przerzucił sobie przez ramię.

— Rany, rany, może Jenny mnie jeszcze nie zabije we śnie. Jej ulubienica jest bezpieczna póki co. A ty — przeniósł wzrok na Rena — jeszcze raz cię zobaczę, to obiecuję, że ci nogi z dupy powyrywam. Tak się składa, że Świstaczek ma coś jeszcze do zrobienia, więc swoją zemstę przełóż na inny termin. Na razie pożegnaj godnie tę dziewoję, co leży martwa.

I odszedł z Yuną zupełnie tak szybko, jak się pojawił.

Ren zacisnął usta w wąską linię. Oczy zaszły mu łzami. Przeniósł wzrok na ciało siostry.

— Przepraszam, Rei… to ja powinienem być na twoim miejscu…

*****


— Rany, rany… Yunuś, coś ty znowu wymyśliła? Kiedyś przez ciebie zejdę na zawał. I co to za ubrania? Wybierałaś się na bal przebierańców?

Przez chwilę szatynka nie odzywała się tak, jakby nie dosłyszała. Nie namyślając się długo, Papuga poklepał ją po plecach.

— To boli, kretynie — syknęła w końcu zirytowana.

— Dobrze, że się trzymasz. Myślałem, że już ci się umarło — zażartował, śmiejąc się pod nosem.

— Jeśli chcesz, żeby Jane cię nie nawiedzała po nocach — zrobiła chwilę przerwy na oddech — to się pospiesz.

— Gdybyś była lżejsza, to może bym pobiegł. Pamiętaj, że mam już swoje lata, Świstaczku. I nie dramatyzuj aż tak bardzo, niedługo dotrzemy na miejsce — pocieszył ją mężczyzna. Yuna zaklęła pod nosem.

Papuga skręcił właśnie w wyjątkowo rzadko używaną przez kogokolwiek uliczkę i podszedł do dużej skrzyni stojącej pod ścianą kamienicy. Na oko spokojnie zmieściłoby się tam dwoje dorosłych ludzi. Mężczyzna posadził dziewczynę na ziemi i podważył wieko.

— Obmyśliłeś już, jak mamy się tam dostać, geniuszu? — rzuciła sarkastycznie Yuna.

— Po prostu cię tam zrzucę. — Wzruszył ramionami. — Jak wychodziłem, to leżała tam kupa siana. Może będziesz miała szczęście, to nic ci się nie stanie.

— Zajebiście — zironizowała.

Papuga podniósł ruchomą część podłogi skrzyni i uśmiechnął się na widok głębokiej dziury. Nikt nigdy nie sprawdzał, dokąd kopano, ale jedno na pewno zarówno mężczyzna, jak i Yuna wiedzieli — gdyby taki nieszczęśnik, spadając z takiej wysokości, nie skończyłoby się dla niego dobrze. Na szczęście pewien inteligentny człowiek pokusił się o zamontowanie drabinki, dzięki której można było bezpiecznie dostać się na dół. Niestety, raczej Asahina nie dałaby radę o własnych siłach zejść. Dobrze, że barman nie usunął jeszcze tego siana spod dziury.

— Przepraszam bardzo, ale luksusów nie ma. Chociaż uważam, że w twoim stanie nie masz prawa do narzekania. Co ten gówniarz zrobił z twoim okiem? — Papuga, biorąc dziewczynę na ręce, przelotnie spojrzał na jej twarz.

Yuna tylko przygryzła wargę. Nie lubiła przegrywać. A wiedziała, że gdyby nie pojawił się Papuga, to prawdopodobnie wąchałaby już kwiatki od spodu.

Z rozmyślań wyrwał ją usłyszany w oddali wybuch. Pewnie w końcu te dzieciaki sprowokowały kobietę-tytana do ukazania swojej prawdziwej postaci. Jakby nie mogli się dłużej grzebać, przeleciało Asahinie przez myśl.

— No to… miłej podróży, słoneczko. — Nie zastanawiając się długo, Papuga najzwyczajniej w świecie wrzucił Yunę do dziury i zaczął nasłuchiwać, czy tej udało się wylądować bez większego uszczerbku na zdrowiu. Cichy jęk utwierdził go w przekonaniu, że dziewczyna była cała i nie wybierała się jeszcze na tamten świat. — Co za ulga… może Jenny mnie jeszcze nie będzie nawiedzała.

*****


Zewsząd otaczała ją tylko czerń, a do uszu nie dochodził żaden dźwięk. Poczuła, że coś ją ciągnie za fragment płaszcza. Odwróciła się gwałtownie. Grzechot łańcuchów i nagły blask światła.

— Hej… dlaczego mnie zabiłaś? — zapytała biała istota kształtem przypominająca człowieka. — Przecież nie jestem ci nic winna… dlaczego mnie zabiłaś? Dlaczego zabiłaś mojego braciszka?

Widząc nieznane stworzenie, gwałtownie cofnęła się do tyłu.

— Hej… dlaczego?

Nawet nie zauważyła, kiedy pojawiły się nowe głosy — dziecięce, kobiece i męskie. Żądały odpowiedzi na jedno pytanie — chciały tylko wiedzieć, dlaczego ich zabiła.

Nie mogąc dłużej znieść otaczającego ją szmeru, zasłoniła uszy dłońmi, ale to i tak w efekcie nie przyniosło dużego rezultatu. Zaczęło się robić jaśniej i zauważyła, że wszystkie postaci przypominają tę, która szarpnęła ją za płaszcz.

Dopiero wtedy zidentyfikowała swoje ubranie — mundur zwiadowców. Próbowała przedrzeć się przez tłum natrętnych istot, zrzucić ubranie i wyrwać się z tego całego koszmaru.

—Yunuś… dlaczego ich wszystkich zabiłaś…? — Mimo tego, że dłonie zasłaniały uszy, dotarł do niej słodki, znajomy głos. Nagle wszystkie postaci zniknęły, a przed Asahiną pojawiła się kobieta. Smutek malował się na jej twarzy otoczonej przez burzę blond loków.

Yuna odjęła opuściła ręce wzdłuż tułowia.

— Przecież ci ludzie niczym ci nie zawinili. Jakbyś się czuła, gdyby to twoja przyjaciółka po twojej śmierci stała się potworem?

Dziewczyna próbowała wykrztusić odpowiedź na pytanie, ale głos uparcie nie chciał się wydostać z gardła.

— Jeżeli chciałaś, by świat cię znienawidził, byś straciła bezpowrotnie zaufanie do drogich ci ludzi, mogłaś to zrobić wcześniej. Nie musiałaś zabijać. Jeżeli chciałaś się zemścić na ojcu, nikt ci nie bronił. Ale dlaczego przez twoje zachcianki mieli cierpieć inni ludzie? Zawiodłam się na tobie, Asahino Yuno.

— Jane…

— Nawet nie wiesz, jaką cholerną mam ochotę, żeby ci przywalić. Ale w końcu to twój sen i pewnie nigdy nie udałoby mi się tutaj dostać. — Zacisnęła dłoń w pięść. — Ale jeśli chcesz się tego pozbyć — wskazała podbródkiem na kajdany — to chodź ze mną.

Blondynka wyciągnęła w stronę przyjaciółki rękę.

— Jeśli tylko jesteś gotowa na przyjęcie swojej kary — dodała po chwili.

Yuna spuściła głowę.

Z jednej strony chciała już zakończyć swój marny żywot. Miała dosyć ciągłego pecha, zdawania się na łaskę innych i korzystania z pomocy. Z drugiej strony jednak chciała w końcu się zemścić na ojcu za zabójstwo matki (która wcale się dzieckiem nie przejmowała, ale to już swoją drogą) i poznać bliżej kobietę-tytana… a raczej z nią kulturalnie „porozmawiać”. Zupełnie tak, jak komunikują się ze sobą kryminaliści.

Po namyśle Asahina zaśmiała się pod nosem, jakby propozycja blondynki ją najzwyczajniej w świecie rozbawiła.

— Wybacz, Jane, ale nie na darmo przeklęłam swoją egzystencję. Zabiję tego drania nawet za cenę własnego życia. Czy to nie po to przedstawiłaś mi swojego wuja? Ach, zapomniałabym. — Tutaj zrobiła krótką przerwę i wzruszyła teatralnie ramionami. — Jeślibyś nie zauważyła, to mam totalnie wyjebane na konsekwencje swojego postepowania i robię to, co mi się żywnie podoba. Zadowolona z odpowiedzi?

McCartney uśmiechnęła się promiennie i poklepała Yunę po głowie.

— Zupełnie nie wiem, kim jesteś i co zrobiłaś z moją strachliwą i zdolną Yuncią, ale wiedz, że lubię cię za to, że jesteś dosyć konkretną osobą.

— Ta, to świetnie. A teraz możesz już zmykać do tych swoich zaświatów, czy czegoś w tym rodzaju, i dać mi w spokoju zajebać ojczulka i pół świata przy okazji.

— Tak, tak…

*****


Yuna zerwała się ze snu. Usiadła na łóżku, zaciskając mocno dłonie na poszarzałej pościeli. Od razu uderzył w nią ból prawej części twarzy. Przyłożyła jedną rękę do miejsca, gdzie powinno znajdować się prawe oko i jakoś specjalnie się nie zdziwiła, kiedy wyczuła pod palcami miękki materiał. Pewnie bandaż, pomyślała. Albo jakaś inna szmata.

Próbując ignorować ból, rozejrzała się po pomieszczeniu.

Oprócz regału z książkami, nie dostrzegła niczego szczególnego, nie licząc stolika, gdzie leżało parę zakrwawionych gazików i szmatek, i stojącego obok krzesła.

— W końcu się obudziłaś. Myślałem, że trzeba będzie sprowadzać kogoś z tych twoich ukochanych zwiadowców, żebyś raczyła ruszyć tyłek i wstać. Pewnie cholernie boli, co? Ale przykro mi, jeszcze będziesz musiała troszkę poleżeć.

Obok łóżka, na podłodze siedział Papuga i karcącym wzrokiem wpatrywał się w Asahinę. Nie mając szczególnej ochoty na jakiekolwiek kłótnie, położyła się z powrotem i westchnęła głęboko.

— Śniła mi się Jane — oznajmiła niespodziewanie.

— Jenny? A, pewnie stwierdziła, że zanim mnie nawiedzi, musi jeszcze ciebie troszkę pognębić. — Mężczyzna raczej nie wydawał się zaskoczony, ale rozbawiony. — To co ci tam naopowiadała?

— Że się zmieniłam — mruknęła.

— Aaa… No cóż, miała rację. Cholernie się zmieniłaś, od kiedy po raz pierwszy Jenny cię tutaj przyprowadziła — potwierdził, wyciągając z kieszeni ciemnych spodni paczkę fajek. Wyjął jednego papierosa i zapalił.

Czując znajomą woń, dziewczyna skrzywiła się.

— A ty nadal jarasz to paskudztwo.

Papuga roześmiał się gardłowo.

— Niezwykle przykro mi, że nie mam tak wyrafinowanego gustu jak szlachta.

****************************************
Rozdział 20: "Dlaczego...?"
****************************************


Satoru usłyszał czyjś przyspieszony oddech, ciężkie uderzenie podeszw butów w marmurową podłogę i poczuł gwałtownie szarpnięcie za kurtkę. Odwrócił się spokojnie i uśmiechnął się w stronę natręta łagodnie.

— Ren? Coś się stało?

Chłopak był w opłakanym stanie. Biegnąc, zgubił gumkę do włosów, przez co jego długie blond włosy poplątały się niemiłosiernie. Zwykle radosną twarz wykrzywiał grymas bólu, wściekłości i żalu. Dłoń, w którą chwycił kawałek ubrania kapitana była cała we krwi — Ren ani nie miał czasu, ani siły, by pomyśleć o umyciu rąk. Ciągle przed oczami miał martwe ciało siostry bliźniaczki, żałosną sylwetkę terrorystki i szyderczy śmiech jej wybawcy.

— Dlaczego pozwoliłeś…? — szepnął zawiedziony, zaciskając zęby. Zupełnie zapomniał o używaniu zwrotów grzecznościowych. Chciał się zemścić. Zobaczyć padające na ziemię martwe, skąpane we krwi, pokiereszowane ciało Asahiny Yuny.

— Ren — Satoru położył uspokajająco dłoń na ramieniu chłopaka — spójrz, jak wyglądasz. Czy naprawdę sądzisz, że taki żałosny człowiek może kogokolwiek pomścić?

— Ale dlaczego… — Ren spuścił wzrok. — Dlaczego pozwoliłeś jej uciec?! Dlaczego powstrzymałeś ogłoszenie alarmu?! Przecież dowódca Dawk… on na pewno by ją złapał! Złapał i zabił!

Kapitan westchnął.

— Ren, Yuny nie można pokonać od tak. To prawdziwy potwór. Jest tytanem w ludzkiej skórze. Czymś, co odbiera życie każdej istocie, którą napotka. Ale na nasze nieszczęście, ten potwór ma niebezpiecznych sprzymierzeńców.

Blondyn przegryzł wargę do krwi.

— Nie obchodzi mnie, czy Asahina Yuna jest potworem, tytanem, czy człowiekiem. Pomszczę Rei za wszelką cenę.

Nagle Satoru odsunął się od chłopaka i niespodziewanie zaklaskał w dłonie.

— O, to cudownie — stwierdził. — Cieszę się, że jeszcze ktoś na tym świecie chce zajebać tę gówniarę.

Ren wyczuł wyraźną zmianę barwy głosu wuja. Już nie był taki ciepły i przyjazny — mężczyzna mówił z ogromną pewnością siebie i kpiną. Tak, kpił z własnego dziecka.

— Wuju? — Zaskoczony blondyn podniósł wzrok.

— Asahina Yuna jest największą hańbą, jaka spotkała przeklętą rodzinę Asahina od początku jej istnienia. Nawet moje grzechy nie są tak wielkie jak jej.

— Wuju?

— Jeżeli chcesz urzeczywistnić swe pragnienia i zemścić się na siostrze, pozwól, że ci w tym pomogę, ale najpierw musisz zaakceptować to, kim jesteś. Kim jesteśmy my wszyscy.

*****


— A co się dzieje na górze? Nie kręci się nikt podejrzany? — Yuna uniosła do ust kubek pełen ciepłej, aromatycznej kawy i upiła łyk. Poczuła się już lepiej, jednak prawa strona twarzy ciągle ją bolała. Nie lubiąc być na łasce innych, postanowiła zdobyć informacje i jak najszybciej uciec ze Stohess. Właśnie wypytywała Papugę podczas pogawędki przy barze. Oprócz właściciela nikogo jeszcze nie było, więc raczej nie bała się, że ktoś uniemożliwi jej dostanie się za mur Sina.

— Ostatnio w mieście kręcą się oddziały twojego tatusia — stwierdził beztrosko mężczyzna — ale raczej wątpię, by to stanowiło większy problem. Zawsze można dogadać się ze znajomymi z Żandarmerii.

— Nie o to raczej powinnaś się troskać, Świstaku — wtrącił się barman. — Lepiej, żeby nikt nie wycenił twojej głowy. W zasadzie gdyby staremu Asahinie aż tak bardzo zależało na twojej śmierci, szybko wynająłby kogoś do tej brudnej roboty.

Yuna zmierzyła staruszka wzrokiem. Dużo różnił się od Papugi — cenił sobie tylko szybki i wysoki zarobek. Zresztą jak większość osób z podziemia.

— Tu nie chodzi o to, czy sukinsyn chce mnie wykończyć w najbliższym czasie. Chodzi o to, że chce zrobić to własnym rękoma. Czekał już dwanaście lat, więc parę miesięcy go nie zbawi. Chociaż jeśli tamten gówniarz wywrze na nim presję, to ruszy swój tyłek.

Papuga niespodziewanie się roześmiał, aż łzy mu pociekły z kącików oczu. Yuna posłała w jego stronę pytające spojrzenie.

— To nic, Yunuś — oświadczył, ścierając słone krople z twarzy. — Po prostu kiedy zasugerowałaś, że tamten szczyl będzie w stanie coś zrobić, to nie mogłem się powstrzymać. W końcu był tylko w stanie pozbawić cię oka.

— W sumie to możesz mieć rację — stwierdziła chłodno — ale nie zapominaj, że on w sobie też ma krew rodziny Asahina. Przeklętej rodziny.

Barman uniósł pytająco brwi. Yuna ponownie wzięła łyk ciepłego napoju.

— Co masz na myśli?

— Hmm… mój ojciec zabił moją matkę. Ja zabiłam tylu ludzi, że nigdy w życiu bym tego nie policzyła. Nie wiadomo, ile zbrodni popełnili moi przodkowie. Ale wiecie co w tym wszystkim jest najzabawniejsze? — Yuna zaśmiała się kpiąco pod nosem. — Takim ludziom daje się władzę. To tacy ludzie decydują o naszym losie. Psychopaci. Ludzie, którzy dążą do celu po trupach. Przekonałam się o tym, będąc żołnierzem. Irvin, Levi, nawet ta dziwaczka Hanji… oni wszyscy nie zawahaliby się, żeby sprzedać swojego podwładnego w zamian za informacje. Dla nich liczą się tylko efekty. W zasadzie patrząc na to z perspektywy przestępców, można dojść do wniosku, że wcale się tak wiele od siebie nie różnimy. Po prostu mamy inne cele. Kierujemy się innymi ideałami.

Przez chwilę zarówno Papuga jak i barman milczeli.

— O, nie spodziewałem się, że będziesz w stanie kiedykolwiek powiedzieć coś bez wplatania w swoją wypowiedź jakiegoś przekleństwa — zauważył wuj Jane z aprobatą.

— Kurwa, Jim, zepsułeś całą atmosferę — warknęła szatynka, odgarniając włosy z twarzy.

— Szkoda, że zachowujesz się tak częściej. Przecież przekleństwa w ustach tak młodej damy nie brzmią elegancko — stwierdził niezadowolony McCartney.

— Nie przesadzaj. Aż tak młoda to ja nie jestem — mruknęła Asahina.

— Co ty. Może i dwudziestoośmioletnia niezamężna arystokratka nie przynosi dobrej reputacji rodzinie, ale przecież mówimy o kryminalistach i żołnierzach. Musisz się z tym pogodzić, ale do mnie czy do Lisa jeszcze wiele ci brakuje. — Jim wskazał na barmana palcem.

— Ej, to nie ja tutaj mam ponad sześćdziesiąt lat — zauważył trafnie właściciel knajpy. Papuga roześmiał się nerwowo.

— Ale za to wyglądasz o wiele starzej — odparował. — Nie, Yunuś?

— Nie nazywaj mnie tak — warknęła rozeźlona. — Lepiej, żebyś nie wyczerpywał mojej cierpliwości.

— No już, już. Ale musisz przyznać, że mam rację. Lisek wygląda gorzej ode mnie.

— Wiesz — zaczęła Asahina — mimo wszystko masz rację.

Papuga uśmiechnął się triumfalnie i sięgnął do trzymanej w kieszeni paczki fajek. Nie przejmując się piorunującym spojrzeniem barmana, wyjął jednego papierosa i zapalił. Po krótkiej chwili Yuna poszła w ślady wuja zmarłej przyjaciółki i sięgnęła do kieszeni czarnych spodni. Kiedy już była w stanie ruszyć się z łóżka, McCartney powiedział, żeby ściągnęła sukienkę i założyła coś wygodniejszego. Akurat jakiś przejezdny przestępca zostawił kiedyś spodnie, które okazały się na dziewczynę w miarę dobre, a Lis pożyczył jej jedną ze swoich szarych koszul.

— Rany — jęknął jedyny niepalący — nie żal wam pieniędzy na to świństwo?

Yuna wzruszyła ramionami.

— Trzeba mieć jakąś przyjemność z życia — stwierdziła.

— A to, że to są fajki, to już nasza sprawa — dopowiedział Papuga, jakby uważał, że opinia Asahiny była niewystarczająca.

Barman westchnął głośno.

— Rany, tylko nie zejdźcie mi przedwcześnie na jakieś choróbsko. Kto zapłaci za wasze pogrzeby?

— Póki co liczę na Irvina — stwierdziła starszy kapral. — W końcu jestem jego podwładną.

— A właśnie… planujesz wrócić do Oddziału Zwiadowców? — zagadnął Papuga. — W zasadzie jesteś teraz na ich łasce i niełasce.

Yuna prychnęła.

— Irvin, dając mi broń do ręki, pozwolił mi robić, co mi się żywnie podoba. Chociaż ten karzeł prawdopodobnie znowu się wkurwia.

— Karzeł? — zapytali równocześnie.

— Młodszy kapral Levi. No wiesz, Jim, ten dzieciak, co mi sześć lat temu ocalił życie.

— To trzeba było mówić tak od razu.

*****


Młodszy kapral odstawił głośno filiżankę na talerzyk i skrzyżował ręce na piersi. W myślach przeklinał ciągle głupotę Yuny, która od czasu schwytania kobiety-tytana w Stohess nie dała żadnego znaku życia. W ogóle nie martwił się, czy terrorystce coś się stało, raczej frustrowała go jej nieodpowiedzialność i bezmyślność.

Zauważywszy gwałtowną reakcję Leviego, pastor Nick zadrżał. Siedział przy okrągłym stoliku między najsilniejszym żołnierzem ludzkości a Hanji Zoe i zupełnie nie wiedział, jak się zachować, by przypadkiem nie narazić się dwojgu zwiadowców. Nie odzywał się, więc co mogło tak zdenerwować mężczyznę?

Hanji zaśmiała się pod nosem.

— Twoja cierpliwość osiągnęła granice, co, karzełku? Chyba nie spodziewałeś się, że Asahina przybiegnie z powrotem jak wierny piesek? W końcu ty to powinieneś wiedzieć najlepiej. A może już kwiatki wącha od spodu? Chociaż wtedy oddziały kapitana Asahiny mogłyby jedynie do Stohess udać się na urlop.

— Zamknij się — warknął brunet. — Nie wspominaj przy mnie o tej pieprzonej terrorystce.

Widząc skrzywioną minę kaprala, Hanji roześmiała się głośniej.

— Wyglądasz jak srający kot — skomentowała, chwytając się za brzuch.

Pastor już miał wykorzystać chwilę nieuwagi i czmychnąć z pomieszczenia, jednak zanim zdążył wstać, niższy dowódca złapał go mocno za nadgarstek. Nike westchnął w duchu i pogodził się z tym, że został skazany na towarzystwo dwojga psychopatów.

Po chwili Hanji przestała rechotać, odchrząknęła i podparła dłonią podbródek.

— Bądź co bądź, trzeba będzie w końcu opuścić Stohess. Tylko co my zrobimy z pastorem?

— Zajmę się nim — stwierdził krótko kapral.

*****


— Na pewno chcesz je ściąć? — zapytał z wyrzutem Papuga, chwytając w dłoń cienkie włosy Yuny. — Nie są długie, szkoda mi ich trochę. Tyle czasu je zapuszczałaś.

Asahina prychnęła niezwykle poirytowana.

— Skoro mówię, żebyś ścinał, to ścinaj, staruchu — warknęła.

— Tak do połowy szyi wystarczy, nie?

— Mhm.

— No to zaczynam. — Ścisnął w dłoni rękojeść krótkiego sztyletu i przeklinając w duszy własną uległość, i przepraszając Jenny, obciął Yunie włosy. Pukle upadły na ciemny płaszcz, który założyła szatynka, nie chcąc, by włosy przyczepiły się do ubrania. — A z grzywką chcesz coś zrobić?

— Zetnij na prosto — rzuciła bez dłuższego namysłu. Jim ponownie westchnął, obszedł barowe krzesło, na którym siedziała dziewczyna i podszedł do stolika. Odłożył ostrze i wziął grzebień. Z ciężkim sercem rozczesał włosy pani kapral tak, że zasłaniały jej całe czoło. Zamienił grzebyk na nożyczki i ponownie wykonał prośbę podopiecznej.

— Już — oświadczył po chwili. Asahina otworzyła oko. Do rany przykładała gazę.

Papuga rozpiął płaszcz, który zarzucił na jej ramiona i strzepał resztę włosów na podłogę.

— Niech mi tylko Jenny to wybaczy.

Stojący za barem Lis spojrzał na nich z wyrzutem.

— Skończyliście już zamieniać moją oazę spokoju w salon fryzjerski?

— Możliwe — stwierdził Papuga, opatrując ranę szatynce, po czym zwrócił się do Yuny. — Kiedy już się zagoi, będziesz musiała zainwestować w opaskę. Na razie niech tak to wygląda.

— W ogóle po co ten cały cyrk ze ścinaniem włosów? — mruknął barman. — Tylko syfu narobiłeś.

— Świstaczek dziwnie by wyglądała w swojej starej fryzurce, kiedy zagoiłaby się już rana, dlatego chciałem jej tylko wyrównać grzywkę. A ta się uparła i co tutaj poradzić? — wyjaśnił podłamany Papuga.

— Najlepiej robić to, co chcę żebyś robił — ucięła jego narzekania.

Barman roześmiał się. Nie sądził, że terrorystę i jego pośrednika na czarnym rynku mogą łączyć aż tak dobre stosunki. Nie dość, że zdarzało im mówić sobie po imieniu, to jeszcze potrafili ze sobą rozmawiać na inne tematy niż te związane z podziemiem.

Ale to pewnie przez to, że poznali się wcześniej.

****************************************
Rozdział 21: "Zaproszenie"
****************************************


Podczas długiej rozmowy wuj wytłumaczył Renowi, że członkowie rodziny Asahina, a przynajmniej tej głównej gałęzi, to prawdziwe potwory. Od zawsze przywódcy działali zgodnie ze swoimi przekonaniami, nie dbając o interesy innych. W czasach, kiedy jeszcze ludzie nie musieli skrywać się za murami, Asahinowie mieli mnóstwo wrogów, więc pojawienie się tytanów i śmierć większości przeciwników były dla nich wręcz zbawieniem. Ci, którzy ocalali, wraz z rodziną królewską i resztą przerzedzonej arystokracji, zaczęli budować nowe, odizolowane od zewnętrznego świata państwo. Ten moment w historii pozwolił przywrócić rodzinie Asahina mocną pozycję wśród innych rodów i odzyskać zaufanie.

Ale środki działania się nie zmieniły.

Tym razem jednak, w obawie przed zaburzeniem porządku w kraju, nikt się nie sprzeciwiał, ba, znaleźli się nawet, którzy popierali metody rodziny Asahina. O dziwo, Asahinowie robili to z własnej woli — nikt nie kazał im chwytać za broń i zabijać, jeśli akurat uważali ten sposób rozwiązania kłopotu za najwłaściwszy. Sami sprowadzali na siebie przekleństwo.

Ren nie rozumiał tylko, dlaczego Asahina Yuna zbuntowała się, skoro właściwie postępowała tak samo jak Satoru czy jego poprzednicy. Wuj także nie potrafił odpowiedzieć mu na to pytanie.

Im dłużej myślał o tej pieprzonej terrorystce i jej wybawicielu, tym większą ochotę miał ich dopaść i własnymi rękoma zabić. Ją za to, że zabiła jego ukochaną Rei, jego, za to, że powstrzymał go przed wykończeniem Yuny.

Właściwie dlaczego nie zadał drugiego ciosu kuzynce, tylko czekał, aż wytłumaczy mu, dlaczego zastrzeliła jego siostrę? Nie wiedział, nie potrafił sobie odpowiedzieć. I nie potrafił sobie wybaczyć.

Po powrocie do domu poprosił wuja, by wysłał paru swoich ludzi do dzielnicy Stohess. Liczył na to, że Asahinie Yunie nie udało się jeszcze opuścić dystryktu, w końcu dosyć dotkliwie ją zranił. I on udał się do miasta, by przeczesać wszystkie zakamarki i upewnić się, czy terrorystki na pewno już tam nie ma.

Wuj powiedział, że chyba najgorszym wyjściem byłoby pozwolić dziewczynie powrócić do Oddziału Zwiadowczego. W końcu Irvin Smith stał po jej stronie.

Idąc tak ciasnymi uliczkami Stohess, rozglądając się uważnie i obserwując mieszkańców, zupełnie nie zauważył nadjeżdżającego wozu. Usłyszał rżenie konia i krzyk woźnicy. W ostatniej chwili zwierzęciu udało się zatrzymać, a Ren rozejrzał się rozkojarzony wokoło. Był zbyt zaabsorbowany własnymi przemyśleniami i skupiony na poszukiwaniu Yuny, aby zwrócić uwagę na cokolwiek innego.

Starszy mężczyzna wysiadł i podszedł do młodego żandarma. Zupełnie nie przypominał wyglądem człowieka, który uratował Yunę — ten był starszy, trochę niższy i grubszy. Pewnie jakiś wędrowny kupiec, pomyślał Ren.

— Młodzianie, następnym razem uważaj — zganił go stary. — Nie wiem, czy do końca życia bym się wypłacił, gdyby coś ci się stało przez tego mojego kochanego konia.

Ren spróbował się uśmiechnąć, ale wyszedł mu raczej nieprzyjemny dla oka grymas.

— Przepraszam, to moja wina. Powinienem być trochę ostrożniejszy — przyznał.

— Powinieneś, powinieneś. — Mężczyzna poklepał chłopaka po ramieniu. Może i ubiorem przypominał prostego człowieka, jednak po sposobie mówienia Ren poznał, że dosyć długo musiał przebywać w mieście.

Stary poprawił słomiany kapelusz i podszedł do tyłu wozu. Odbezpieczył ruchomą ściankę i puścił ją, by z cichym hukiem opadła na dół. Dopiero teraz żandarm zauważył, że z tyłu leżała na sianie młoda szatynka. Włosy sięgały jej zaledwie do połowy szyi, może niektóre pasma były troszkę dłuższe. Grzywka zasłaniała całe czoło dziewczyny, a oczy, z nieznanego dla blondyna powodu, miała przewiązane bandażem. Miała na sobie proste ubranie — szarą, pobrudzoną spódnicę i koszulę z przydługimi rękawami w tym samym kolorze.

Widząc, że młody przygląda się dziewczynie, woźnica oparł się o drewnianą ściankę i uśmiechnął się pod nosem.

— To moja córka. Niestety nie widzi. Teraz pewnie śpi, jest strasznie zmęczona. Właśnie wracamy od lekarza i odpłynęła od razu, kiedy odjechaliśmy.

Ren jeszcze chwilę przyglądał się podejrzliwie szatynce. Chociaż ona i Yuna miały taki sam kolor włosów, zupełnie się różniły. Z tego, co zapamiętał, terrorystka miała dłuższe i inaczej upięte, wydawała się też szczuplejsza.

— No cóż, nie będziemy już cię zatrzymywać, młodzieńcze. Zresztą, nas też czas goni. — Stary ponownie zabezpieczył ruchomą ściankę i usadowił się z powrotem na wozie. Ujął lejce w dłonie i nie czekając na reakcję żandarma, pogonił konia. Pomachał tylko blondynowi na pożegnanie i odjechał.

— Dziwny mężczyzna — mruknął pod nosem Asahina, po czym wrócił do swoich poszukiwań.

*****


— Ej, słonko, to przypadkiem nie był ten dzieciak, który chce cię zabić? — zapytał stary, kiedy oddalili się już od Asahiny. Szatynka przekręciła się i ułożyła na sianie wygodniej.

— Brzmiał tak samo — odpowiedziała po chwili, wsłuchując się w równomierne uderzanie kopyt konia w brukowaną nawierzchnię.

Papuga powiedział, żeby wydostała się ze Stohess, korzystając z pomocy Lisa, on sam zaś pobędzie jeszcze trochę w dzielnicy i poobserwuje ruchy oddziałów starego piernika, po czym wróci do Karanese. Nie mając innego wyboru, przystała na propozycję. Zupełnie nie miała pomysłu, co teraz zrobić. Owszem, nie raz udało jej się umknąć władzom, ale wtedy miała serdecznie w poważaniu Oddział Zwiadowców.

— O, jesteś z siebie dumna? A powinnaś, wiesz, jak żałośnie wyglądał? Zapadnięte oczy, nieułożone włosy…

Yuna zaśmiała się pod nosem.

— Zapomniałam już, jaką frajdą jest patrzeć na cierpienie innych po stracie bliskich.

— O, to niedobrze. — Lis pokręcił z dezaprobatą głową. — Jeśli wyjdziesz z wprawy, to możemy mieć problemy.

Doskonale wiedziała, że Lis był o wiele bardziej przebiegły od Papugi. Właścicielowi niewielkiego baru w Stohess bardziej zależało na zyskach i gdyby tylko stary znajomy nie poprosił go o pomoc, nigdy nie pomógłby starszemu kapralowi uciec.

— Znaczy się, ty będziesz miał problemy. Jim nogi by ci z dupy powyrywał — rzuciła od niechcenia po chwili milczenia. Usłyszała, jak Lis śmieje się nerwowo.

— Może i masz rację.

Chociaż wokół nie było zbyt wielu ludzi. Mężczyzna zauważył tylko jakąś grupkę plotkujących kobiet stojących pod jakąś kawiarenką. Może czekały na spóźnialską towarzyszkę lub coś w tym rodzaju. Gdzieś jeszcze zobaczył jakiegoś żołnierza, szukającego czegoś (prawdopodobnie Yuny), ale tak szybko jak się pojawił, tak znikł z pola widzenia starego.

Nikt nie zwracał na nich uwagi.

Im bardziej zbliżali się do bramy prowadzącej do wnętrza muru Rose, tym mniej osób ich mijało. Nie rozmawiali ze sobą już — Yuna udawała, że śpi, a Lis wygwizdywał pod nosem tylko sobie znaną melodyjkę.

Kiedy już dotarli do wejścia strzeżonego przez czterech żołnierzy, jeden z nich zatrzymał wóz. Koń stanął, a Lis uśmiechnął się pogodnie w stronę młodzieńca. Strażnik miał ostre rysy twarzy i już na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie osoby stanowczej i poważnej.

— Kim pan jest? — zapytał wyraźnie, nie przywitawszy się.

— Zwykłym wieśniakiem, młodzianie, zwykłym wieśniakiem — odpowiedział, machając lekko dłonią, jakby chcąc rozrzedzić powietrze.

— Co pan robił w obrębie muru Sina? — szybko zadał kolejne pytanie.

— Razem z moją niewidomą córką byliśmy u lekarza. Akurat słyszeliśmy, że w dzielnicy Stohess mieszka człowiek, który dokonał cudu i… no wie, pan. Liczyłem na to, że mojemu dziecku też będzie w stanie pomóc.

Yuna musiała przyznać, że Lisowi świetnie szło granie zawiedzionego ojca, jednak mimo to strażnik był nieustępliwy.

— Kobieta…? Chcę ją zobaczyć.

Asahina nastawiła uszu i czekała na odpowiedź starego. Nie chciała używać broni w Stohess, by nie robić zbędnego hałasu i nie zwracać na siebie uwagi, ale gdyby zachowanie tego gówniarza ją do tego zmusiło…

— Przepraszam, ale moje słonko śpiocha sobie. Jeśli chcesz się umówić na randkę, młodzieńcze, to musisz się ustawić w kolejce.

Żołnierz przygryzł wargę i zmrużył wściekle oczy. Nie podobało mu się zachowanie starego. Budziło podejrzenia, a dowódca wyraźnie powiedział, żeby każdego człowieka, który wydaje się nie mówić całej prawdy, koniecznie dokładnie przesłuchać.

— Nalegam.

— Ej, panie podwładny wielkiego Asahiny, uspokój się trochę. Przecież pan nie będzie budził nikogo, bo ty masz taki kaprys — wtrącił się któryś z pozostałych żołnierzy, opierając się o swój karabin.

— A właśnie że będzie! Kapitan Asahina sobie tak życzył.

Lis ledwo powstrzymywał wybuch szyderczego śmiechu. Mężczyzna zdawał sobie sprawę, że podwładni ojca Świstaka mogą być bardziej… obowiązkowi i sumienni od reszty żołnierzy służących w Żandarmerii, ale nie przypuszczał, że mogli być tak ślepo posłuszni.

— Zrozum, że twój kapitan Asahina nie jest całym światem. — A pan — zwrócił się do staruszka — niech jedzie. Gówniarz po prostu myśli, że jeżeli złapie tę laskę, to awansuje. Niech sobie w końcu odpuści. Ona nawet nie była ślepa.

Właściciel niewielkiego baru uśmiechnął się pobłażliwie.

— Rany, rany… no cóż, może jest przewrażliwiony.

Słysząc to, podwładny kapitana Asahiny obruszył się. Nie miał zamiaru dyskutować z prostakami, którzy śmieli go obrazić. Nie liczyła się już nagroda za wykonanie powierzonego przez kapitana zadania.

— No chyba tak. Szerokiej drogi! — Sympatyczny żołnierz zasalutował i po chwili wóz znikł za bramą.

Asahina Yuna zaśmiała się pod nosem i przewróciła na drugi bok. Wiedziała, że podwładni starucha mogli być zapatrzeni w siebie i swojego dowódcę, ale nie sądziła, że potrafiliby zachować się jak małe, rozkapryszone dzieci.

— Pierdolę… ta Żandarmeria jest totalnie do dupy. Nie dziwię się, że podziemie tak pięknie się rozwija.

Lis roześmiał się serdecznie.

— To co? Gdzie pannę zawieźć? — zaczął uradowany. — Trost? Karanese? Jakieś inne zadupie?

— Zickeberg — rzuciła jakby od niechcenia.

— To gdzieś między Stohess a Trostem? — zapytał dla pewności.

— Mhm… Mam tylko nadzieję, że Papudze uda się zakończyć pierwszą część planu sukcesem.

Mam nadzieję, że będziesz szczęśliwa, widząc to na własne oczy, Jane, powiedziała sobie w myślach pani kapral.

*****


Na czarnym rynku Stohess było znane między innymi z tego, że to właśnie tam dochodziło do większości transakcji z Żandarmerią — żaden inny oddział z żadnego innego miasta nie miał z podziemiem tak dobrych kontaktów jak ten. Więc nie zdziwiłoby nikogo, że i Papuga miał w tym dystrykcie swoje znajomości. I oczywiście nigdy nie zawahał się z tego skorzystać.

Po rozmowie z jednym z zaprzyjaźnionych żandarmów, kontrolujących transport uzbrojenia przeznaczonego dla Oddziału Stacjonarnego, usiadł na ławce i zdjąwszy kaptur, zaczął przypatrywać się wolno płynącej rzece. Wodzie nigdzie się nie spieszyło zupełnie tak, jakby ujście był czymś odległym, celem, którego nie miała zamiaru nigdy osiągnąć.

Papuga zostawił żołnierzowi wiadomość dla Asahiny Rena.

Yuna stwierdziła, że nie było już sensu ukrywania się w Oddziale Zwiadowców czy w podziemiu — i tak prędzej czy później ktoś by ją odnalazł, a potem zabił. A przecież miała jeszcze do zrobienia jedną ważną rzecz. Musiała ukarać Asahinę Satoru.

Papuga kiedyś zupełnie nie rozumiał, dlaczego pani kapral chciała się mścić na zabójcy, którego ofiarą padła obojętna na los swojego dziecka matka. Później jednak handlarz zaczął pojmować, że Yuna rozumiała tę chorą sytuację zupełnie inaczej. Nigdy nie uznawała Satoru i Yuriko jako swoich rodziców — dla niej to było małżeństwo. Małżeństwo powinno się kochać i szanować, a nie pozbawiać życia i udawać, że nic się nie stało.

— Rany, chcę już wrócić do Zickeberg… tam przynajmniej nie ma tej ciasnoty — mruknął sam do siebie Papuga, przerywając swoje rozmyślania o rodzinie Yuny. — W końcu przydałoby się odwiedzić Jenny. Mam nadzieję, że ktoś tam od czasu do czasu zagląda…

*****


Cholera.

Cholera.

Kurwa, dlaczego wcześniej tego nie zauważył?!

Ren zacisnął dłonie w pięści. Przygryzł mocno wargę i spojrzał na swoje ręce. To tymi dłońmi pragnął zabić Asahinę Yunę. A ona perfidnie uciekła mu sprzed nosa.

— Ren.

Z letargu wyrwał go spokojny głos wuja. Młodzieniec podniósł rozwścieczony wzrok na mężczyznę.

Nie mógł sobie wybaczyć.

Wuj był całkowicie poważny. Ze ściągniętymi brwiami, surowym wzrokiem i ustami zaciśniętymi w wąską linię zupełnie siebie nie przypominał. Pewnie w tej chwili przestraszyłby niejednego podwładnego, przyzwyczajonego do uśmiechu i pogodnego wyrazu twarzy kapitana Asahiny.

— To wariatka. Sama nas zaprasza. To najlepszy dowód na to, że nie boi się niczego ani nikogo.

Ren skinął głową.

Nie obchodziła ją gra, w którą chciała go wciągnąć terrorystka. Skoro tylko tak miał szansę, by się do niej zbliżyć i odpłacić się za to, co zrobiła Rei, nie mógł się zawahać. Nie teraz.

— Wuju, pomożesz mi czy sam będę musiał ją zabić? — zapytał cicho blondyn.

Tykanie zegara.

Spokojny oddech.

Decyzja.

Ważna.

— Pomogę — odpowiedział po chwili milczenia kapitan.

****************************************
Rozdział 22: "Cisza przed burzą"
****************************************


— Kurwa, nie pal przy dzieciach, gówniaro!

Z otępienia wyrwał ją donośny głos gospodyni. Asahina zamrugała kilkakrotnie powiekami i spojrzała na koniec zapalonego papierosa. Wyjęła szluga z ust i strzepnęła jeszcze żarzący się popiół za balustradę.

Zignorowała zupełnie wściekłą kobietę i przeniosła wzrok na równo ustawione obok siebie wiejskie budynki. Niektóre rzeczywiście były solidne zbudowane, inne niemalże rozpadały się w oczach. Nierówno ułożona strzecha, popękane, ceglane ściany pewnie przestraszyłyby niejednego burżuja.

Na podwórku gospodarstwa pani McCartney bawiło się kilkoro dzieci. Yunę niezbyt interesowało, czy wszystkie wychowywała gospodyni, czy też to tylko latorośle sąsiadów, którym za bardzo nudziło się w domach. W każdym razie i tak bachory nie potrafiły siedzieć cicho. W normalnych warunkach pani kapral „wyjaśniłaby” im, że ludzie też chcieliby spędzić przyjemnie dzień, ale przy takiej apodyktycznej osobie, jaką była pani McCartney, postąpienie w taki sposób i skończenie niewyrzuconym na bruk graniczyło z cudem.

— Powiedziałam przecież, żebyś nie paliła, gówniaro!

Yuna nawet nie zauważyła, kiedy kobieta rąbnęła ją mocno w rękę i papieros wypadł za barierkę. Nieźle wkurzona i skrzywiona spojrzała na gospodynię z czystą nienawiścią w oczach.

Otyła kobieta spiorunowała Asahinę wzrokiem. Spod chusty w kwiaty wystawały drobne blond loki otaczające pulchną, czerwoną z wściekłości twarz. W błękitnych oczach lśniła żądza mordu.

Stara pyza, skwitowała w myślach Asahina. Wstała z niewielkiego, starego już stolika i minęła kobietę, zupełnie ignorując nabuzowaną gospodynię.

— Gdzie się wybierasz?! — McCartney odwróciła się i złapała Yunę za ramię. Terrorystka nic sobie nie robiła z mocnego uścisku kobiety. Wyrwała się i zeszła ze schodów, które prowadziły na niewielki taras przed domem, gdzie mieszkała starucha wraz z wesołą hałastrą.

— Do Jane — rzuciła na odchodnym.

— A obiad?

Yuna już nie odpowiedziała, tylko szybko minęła bawiące się na podwórzu dzieci, uważając, by nie potknąć się o biegające tam i z powrotem kury i koguty. Ach, zostawała jeszcze kwestia niemiłosiernie długiej spódnicy. Jak na złość, stwierdziła w myślach. Starucha chce, żebym się zabiła.

Asahina dotarła do Zickeberg po niecałych dwóch dniach jazdy, bo podczas podróży Lis zgubił się i odnalezienie prawidłowej drogi zajęło im jakieś pół dnia. Nic dziwnego, skoro od wielu lat nie opuszczał Stohess.

July McCartney, kobieta, która zgodziła się zająć Asahiną do czasu przyjazdu Papugi, z początku bardzo sceptycznie podeszła do przedstawionej przez handlarza sprawy. Nie chciała, by przez życie zawodowe jej szwagra i obecność przyjaciółki zmarłej Jenny jej młodzi wychowankowie zostali zdemoralizowani.

Znalazłszy się z dala od staruchy, Yuna zapaliła kolejną fajkę. Kiedy dym wypełnił jej płuca, poczuła się od razu lepiej. A idąc drogą, gdzie znikąd mogły pojawić się plotkujące staruchy, rzadko kiedy można było czuć się dobrze i, co ważniejsze, bezpiecznie. Na szczęście słońce grzało, wiał lekki wiatr i wszyscy zajmowali się swoimi gospodarstwami.

Asahina szybko przemknęła przez wieś i znalazła się na słabo uczęszczanym trakcie wiodącym z Trostu do Karanese. Przeszła się kawałek, obserwując łany dojrzewającego zboża. Yuna dawno nie odpoczywała od miejskiego gwaru, duchoty i ścisku, tak więc te parę dni na wsi naprawdę dobrze mogły jej zrobić.

Kiedy pola uprawne przeszły w łąki, Yuna nagle zeszła z piaszczystej drogi i uważając na młode pokrzywy i osty, zaczęła iść ku samotnie rosnącej na wzgórzu lipie. Szatynka nie zastanawiała się nigdy, dlaczego to tutaj Jim zakopał jedyną pamiątkę, jaką Yuna przywiozła z ostatniej wyprawy za mur, w której brała udział Jane — poplamioną krwią pomarańczową kurtkę.

Yuna obeszła drzewo, po czym usiadła tyłem do bardzo grubego pnia. Oparła się o spękaną korę i znów wyciągnęła kolejnego papierosa.

— Widzisz, Jane, jestem w dupie.

Ze wzgórza Asahina miała świetny widok na leżące na kolejnym wzgórzu ruiny zamku. Postanowiła, że to właśnie tam będzie próbowała zwabić ojca i jego pionka, kiedy tylko pojawią się w okolicy.

Chciała już zakończyć całą tę farsę — zabić Satoru, póki jeszcze Oddział Zwiadowców się nią nie zainteresował, skończyć z wiecznym uciekaniem przez grzechami przeszłości i poczekać na swoją karę. Nie chodziło o to, że skończyła się jej determinacja. Owszem, nadal gdzieś tam tliła się chęć robienia światu na złość, irytowania i doprowadzania ludzi do szału, ale przede wszystkim była już tym wszystkim zmęczona. Ile można użerać się z dwoma niereformowalnymi skurwielami? Ile można mścić się na jednym popierdolonym mordercy?

Ach, no i jeszcze trzeba było odwdzięczyć się gówniarzowi za brak oka. Teraz Asahina wyglądała z obandażowaną połową głowy jak straszydło.

Zaciągnęła się mocno papierosem, po czym powoli wypuściła dym z płuc. W sumie fajki były jedynymi jej sprzymierzeńcami — skoro to rzeczy, to nie mogły jej od tak opuścić.

— No, w cholernie ciemnej dupie. Nie dość, że szmata i kurwa, to jeszcze jednooka wiedźma — mruknęła z przekąsem. — A, właśnie, czy ta twoja cholerna ciotka nie ma przypadkiem wiecznego okresu? Ciągle tylko kurwi na moje fajki.

W tej chwili Jane pewnie by się roześmiała, przeszło Asahinie przez myśl, jednak szybko wyrzuciła tę wizję z głowy. McCartney nie żyła od dobrych jedenastu lat. Nie była już częścią tego świata. I nie była częścią nowej Yuny — wyniku eksperymentu Grishy Yeagera.

Pewnie siedziałaby jeszcze tam długo i myślała o rzeczach, nad którymi nie powinna była się zastanawiać, gdyby nie usłyszała słabego skrzypienia kół wozu. Bardzo możliwe, że to Papudze udało się złapać transport ze Stohess i właśnie wracał do domu. Chcąc przekonać się na własne oczy, Asahina wstała i zaczęła iść ku drodze, wypalając do końca papierosa.

Rzeczywiście, po drodze wolno toczyły się koła wozu, ale Papugi wśród pasażerów nie mogła rozpoznać. Im bardziej się zbliżała do pojazdu, tym większe zdumienie wstępowało na twarz pani kapral.

To nie był Papuga.

Papuga nie był małym niereformowalnym skurwielem.

Papuga nie lustrował wszystkiego ćpuńskim spojrzeniem.

W końcu Papuga nie był młodszym kapralem Levim, który zawsze pojawiał się w najmniej odpowiednim momencie.

— O kurwa — mruknęła Asahina. Nawet gdyby chciała teraz się wycofać, wiedziała, że było za późno na taktyczny odwrót. Tym bardziej, że Levi był małym skurwielem. A tacy to wszędzie mogli wsadzić swój niereformowalny nos.

Nie wiedziała, czy Levi to usłyszał, czy też nie, ale nakazał woźnicy zatrzymać wóz. Yuna, która już zdążyła dojść do drogi, przeklęła swoje cholerne szczęście i przygotowała się na konfrontację z brunetem.

Młodszy kapral najpierw patrzył na nią z tym swoim nieodgadnionym wyrazem twarzy, później dopiero pojawiła się w jego oczach wściekłość. Asahina mogłaby się założyć, że gdyby nie obecność woźnicy i jakiegoś starszego mężczyzny, to Levi rozszarpałby ją na miejscu.

— Co ty tutaj robisz? — wysyczał przez zęby z nieukrywanym wstrętem.

— Stoję — odparła bezczelnie Asahina, nie mając najmniejszego zamiaru udzielić kapralowi więcej jakichkolwiek informacji. Mimo wszystko to ona miała wyższy stopień wojskowy i nie musiała odpowiadać na pytania niereformowalnego skurwiela.

Levi przymknął oczy i policzył w myślach do pięciu. Nie dość, że dziwka nawiała bez jakiegokolwiek słowa wytłumaczenia, to jeszcze teraz zaczęła pyskować.

— A tak konkretniej? — zapytał, siląc się na obojętność.

— No, stoję. A tak konkretniej, panie młodszy kapralu Levi — specjalnie podkreśliła jego rangę — to na słabo uczęszczanym trakcie prowadzącym z Trostu do Karanese — rzuciła z przekąsem i uśmiechnęła się tak, jak by tłumaczyła dziecku jakąś rzecz oczywistą.

— Zamknij mordę — syknął, łapiąc Yunę bezczelnie za nadgarstek. Szczerze powiedziawszy, Asahina chyba po raz pierwszy poczuła aż tak wielką ochotę przywalenia kapralowi — nawet nie była na niego aż tak wściekła, kiedy siłą zawlókł ją przed gabinet Irvina.

Zacisnęła dłoń w pięść i wyrwała ją z mocnego uścisku mężczyzny.

— A ty mnie nie dotykaj, skurwielu — zmrużyła wściekle oko, które jej jeszcze pozostało. — Pojawiasz się znikąd i sądzisz, że możesz mi rozkazywać? Chyba cię pojebało do końca.

— Słuchaj, ty… — przez chwilę nie wiedział, jak tym razem ubliżyć terrorystce, jednak po chwili spojrzał na szatynkę z wyższością — …jednooka wiedźmo, przypominam ci, że jesteś tylko przedmiotem i…

— Nie wkurwiaj mnie, gówniarzu — przerwała mu ostro. — Teraz ty sobie grzecznie wsiądziesz na ten swój pierdolony wózek, odjedziesz wesolutko w stronę popierdolonego horyzonciku, a ja się będę wkurwiała na deszcz, którego jeszcze nie ma. I oboje zapomnimy, że się spotkaliśmy — zaproponowała tonem nieznoszącym sprzeciwu.

— Jesteś własno… — Levi znów próbował coś powiedzieć, ale Yuna ponownie mu przerwała. Bezceremonialnie chwyciła młodszego kaprala za kołnierz koszuli i poderwała go do góry.

— Żeby była jasność między nami, Levi — szepnęła kapralowi złowieszczo na ucho. Nie chciała, by woźnica czy starszy mężczyzna cokolwiek usłyszeli. — Mnie się nie przerywa. I w żadnym miejscu nie zaznaczyłam, że to koniec wykładu. Doskonale wiem, że jestem własnością Oddziału Zwiadowców i tego popaprańca, ale pozwól, że chociaż raz sama o sobie zadecyduję. Kiedy już tylko załatwię swoje własne sprawy, będziecie mogli mnie spalić żywcem czy rozczłonkować, ale jeśli ktoś z was się wtrąci w to, co robię teraz, to nie ręczę za siebie.

Młodszy kapral przez chwilę zastanawiał się, czy przypadkiem się nie przesłyszał, jednak uścisk na jego koszuli był zbyt realistyczny. I wiedział, że Yuna tym razem nie żartuje. Asahinie nigdy nie chciało się nic robić, ale Levi nie przypuszczał, że jeśli kobieta coś sobie postanowi, to będzie parła do przodu, nie zważając na cenę, jaką przyjdzie jej zapłacić.

Po chwili Yuna puściła kaprala i zrobiła parę kroków w tył. Roześmiała się pod nosem, zasłaniając dłonią usta, po czym spojrzała mężczyźnie w oczy.

— Mam nadzieję, że się zrozumieliśmy. — Yuna odwróciła się na pięcie i zaczęła wolnym krokiem iść w stronę Zickeberg. Wyciągnęła kolejnego papierosa i zapaliła, by się odstresować. Nie sądziła, że niespodziewane spotkaniem z młodszym kapralem mogłoby kosztować ją tyle wysiłku i nerwów.

Jak się teraz cieszyła, że Levi tylko prychnął pod nosem, przeklął, ale na szczęście nie próbował jej zatrzymać.

— Niereformowalna suka — rzucił tylko z wściekłością.

— Niereformowalny skurwiel — odwdzięczyła się chłodno.

Chwilę później wóz, na którym jechał kapral, minął palącą papierosa Yunę. Chociaż wpatrywała się w swoje własne stopy i nie spojrzała na pojazd, poczuła na sobie znaczący wzrok kaprala. Nie wiedziała, co chciał tym spojrzeniem pokazać. Pogardę? Pożałowanie? Wściekłość?

A pierdol się, pomyślała.

Mimo wszystko, jeszcze przez długi czas w głowie słyszała skrzypienie kół wozu.

*****


Asahina siedziała przy stoliku na tarasie i popijała spokojnie kawę. Dzieciaki znów biegały po podwórku, tylko tym razem jednak za cel wzięły sobie jedną z gdakających kur. Apodyktyczna starucha krzątała się zaś w kuchni, przygotowując obiad.

Pusta paczka po papierosach leżała obok bladej dłoni kobiety. Asahina była wkurwiona. Znowu skończyły jej się fajki. A Papugi jeszcze nie było widać na horyzoncie.

Od niespodziewanego spotkania z Levim Yuna wypaliła każdego szluga, jakiego udało się jej znaleźć i teraz pozostało jedynie korzystać z jedynych używek, jakie były dozwolone w domu pani McCartney.

Jak łatwo się domyślić, alkoholu pić nie mogła. W końcu przy dzieciach nie powinno się pić. Oczywiście pozostawała jeszcze opcja z pójściem do najbliższej knajpy. Problem był tylko jedynie taki, że najbliższa knajpa znajdowała się pięć kilometrów drogi od Zickeberg.

Tak więc została kawa, której na szczęście apodyktyczna starucha nie zdążyła zakazać. Na szczęście sama jej nie piła, więc w sumie nie miała okazji sprawdzić, w jak dużych ilościach Yuna ją spożywała

Z pamięci próbowała wyrzucić przypadkowe spotkanie z Levim, jednak wspomnienie to zakorzeniło się na tyle głęboko, że wypaliła pół swojego zapasu fajek, który w normalnych warunkach wystarczyły na dwa tygodnie.

Podniosła kubek i zamieszała parę razy łyżeczką. Westchnęła głęboko.

Nie wiedziała, co właściwie działo się w Stohess czy też w szeregach Oddziału Zwiadowców. Kompletnie odcięła się od Irvina, zapomniała o ścigających ją żandarmach (swoją drogą pewnie zdążyli przetrząsnąć całe miasto) i czekała tylko albo na ojca, albo na wieści od Papugi. A ten ostatni uparcie się nie pojawiał.

W pokoju, który przydzieliła jej gospodyni i który Yuna za każdym razem, gdy gdzieś wychodziła, zamykała na klucz, zgromadziła już chyba wszystkie dostępne rodzaje broni — od zwykłej siekiery do drewna, przez stare miecze, na przemyconej broni palnej kończąc.

Zaklęła, kiedy przypomniała sobie o nieudolnej próbie strzelania. Stwierdziwszy, że wypadałoby przetestować skuteczność nowego rewolweru, Asahina wsadziła do głębokiej kieszeni szarej spódnicy broń i parę naboi, po czym przeszła się do ruin starego zamku. Oddała parę strzałów w prowizoryczną tarczę i jakże wielce zdziwiła się, gdy wszystkie pociski nie dosięgnęły celu. Zwykle znajdowały się nieduży kawałek od obranego punktu. Owszem, zdarzały się dni, kiedy gorzej strzelała, ale żeby skuteczność spadła tak drastycznie z powodu straty oka?

W takim wypadku najprostszy sposób zabicia tego skurwiela nie wchodzi w grę, pomyślała. Nie mogę przecież pozwolić, by się o tym cholerstwie dowiedział.

Rozmyślania Asahiny przerwało pojawienie się wozu na podwórku. Widząc znajomą sylwetkę na miejscu woźnicy, uśmiechnęła się pod nosem.

Papuga wrócił.

Wysiadł z wozu i przywitawszy się wesoło z dziećmi, wszedł po trzeszczących schodach na taras i rozpinając płaszcz, krótko się przywitał z Yuną.

— Widzę, że całkiem nieźle się trzymasz. — Wyjął z kieszeni paczkę fajek i rzucił na stół. Asahina bezceremonialnie otworzyła ją i wyjęła jednego papierosa.

— Ciężko było — jęknęła, obracając szluga w palcach.

Papuga roześmiał się gardłowo, po czym wyciągnął papierosa z kieszeni i zapalił.

— Nie dziwię się. Pewnie wesoła gromadka July nieźle dała ci popalić.

Yuna prychnęła pod nosem i znacząco spojrzała na swojego rozmówcę. Mężczyzna westchnął i od niechcenia rzucił w jej stronę zapalniczkę. Asahina złapała przedmiot w dłoń.

— To nic w porównaniu z innymi atrakcjami — rzuciła z przekąsem. Zapaliła papierosa i zaciągnęła się. Czując wypełniający płuca dym, poczuła się jak nowo narodzona.

— Co masz na myśli? — zapytał wyraźnie zainteresowany. Zastanawiał się, co bardziej mogło zająć umysł starszego kaprala, skoro wiedział, że nic bardziej ją nie wkurzało niż wrzeszczące dzieci.

— Jakimi? Wyobraź sobie, że ten mały skurwiel pojawił się w tej wiosce. Chciał mnie zabrać do popaprańca, co wymyślił te całe przebieranki w Stohess, ale dosadnie mu wytłumaczyłam, że nigdzie się nie wybieram — wyjaśniła krótko, w niesamowicie szybkim tempie wypalając papierosa. Gdy wgniotła niedopałek w blat stołu, poczuła się cholernie usatysfakcjonowana i w sumie nie wiedziała dlaczego.

— Chyba żeś go nie pobiła, co? — Papuga roześmiał się po raz kolejny, ze szczerą radością w oczach lustrując skrzywioną w grymasie przypominającym uśmiech twarz szatynki.

— Kurwa, przecież Irvin by mnie zamordował, gdybym uszkodziła jego ulubieńca. Z kim by wtedy seks uprawiał po nocach, co? Chociaż w sumie ostatnio się chyba pokłócili, bo skurwiel nie mógł spać. Tak, to…

— Nieważne — wtrącił się, powstrzymując kolejny wybuch śmiechu. Otarł łzy rozbawienia zbierające się w kącikach oczu, po czym spoważniał. — A co z okiem? July coś mówiła?

— Goi się — odpowiedziała krótko. — Ponoć nic się nie paprze.

— Rany, dobrze, że nic ci się poważniejszego nie stało, bo Jenny by mnie nawiedzała po nocach — odetchnął z ulgą. — A sprawność?

Yuna wykrzywiła usta w grymasie złości.

— Za chuja nie mogę trafić.

— Ech… wybacz, ale teraz raczej nie będę miał czasu, by z tobą trochę poćwiczyć — stwierdził, słysząc spadające na kuchenną podłogę garnki i wiązankę przekleństw z ust pani McCartney — ale zajmiemy się tym wieczorem. Prawdopodobnie twoja wesoła rodzinka już ruszyła swoje szlacheckie tyłki.

— Taa… nie wątpię — rzuciła z pogardą. Na samo wspomnienie twarzy ojca robiło jej się niedobrze.

Rozmowę handlarza ze swoją długoletnią klientką przerwał mrożący krew w żyłach ryk gospodyni.

— Kurwa, w tym domu się nie pali, szuje jedne!

Papuga zażenowany postawą siostry, westchnął cierpiętniczo.

*****


Yuna padła wycieńczona na pokrytą rosą trawę i zaczęła wpatrywać się w rozgwieżdżone niebo. Nieopodal paliło się przygotowane wcześniej przez Jima ognisko. Miecz wypadł kobiecie w dłoni i leżał obok pobliźnionej ręki. McCartney stał nad ogniem, wspierając się na rękojeści ostrza. Obok jego stóp leżały rozsypane łuski po nabojach.

— Kurwa. Zaraz zdechnę — jęknęła. Krew na rozciętym policzku zdążyła już zaschnąć. Nogi bolały ją niemiłosiernie, a prawy nadgarstek pulsował tak, jak by za chwilę miał odpaść.

— Nie trenowało się — stwierdził bezlitośnie Papuga.

— No — przyznała niechętnie. — Nie ruszam się stąd nigdzie. Pierdolnę, śpię tutaj.

Yuna przymknęła powieki i uspokoiła przyspieszony oddech.

— Jak tam sobie chcesz. Ja wracam.

Jak na zawołanie, niebo przysłoniły ciemne chmury, a w oddali gdzieś coś zagrzmiało.

— O. Będzie burza.

Ale Asahina już nie słuchała. Zdążyła zasnąć.

****************************************
Rozdział 23: "July McCartney"
****************************************


— Zajebię. Wypruję flaki. Nabiję na pal.

Takie i inne przekleństwa mogli słyszeć przypadkowi przechodnie mijający podminowaną Asahinę. Szła ze spuszczoną głową, uparcie wpatrując się w ubitą ziemię i kompletnie nie zwracała uwagi na otoczenie. Nawet nie wrzasnęła na dziecko, które przez przypadek ją potrąciło, chociaż, jak powszechnie wiadomo, Yuna z całego serca nienawidziła pałętających się między nogami bachorów (zresztą było coś, co akceptowała?).

Za winnego wytrącenia z równowagi obarczyła Papugę, który chociaż zostawił ją na deszczu, nie pomyślał o zabraniu starszemu kapralowi fajek i ochronieniu ich przed ulewą. Przez to papierosy nadawały się jedynie do wyrzucenia.

Wymyślając coraz to nowe sposoby na pozbycie się handlarza, dotarła do domu, gdzie mieszkała July. Papuga siedział na tarasie i zadowolony z siebie popalał papierosa. Od razu zauważył Asahinę i zaśmiał się pod nosem.

— Miło się spało? — zapytał na dzień dobry, lustrując wkurzoną kobietę wzrokiem.

— Zajebiście normalnie — warknęła i podeszła do barierki, machając mu przed oczami bezużyteczną paczką szlugów. — Mózg ci wypaliło czy July za mocno przyjebała wałkiem, żeś zapomniał o takim istotnym szczególe?!

Papuga wyciągnął przed siebie dłonie w obronnym geście.

— To tylko fajki.

— Ale moje pieniądze! — zaprotestowała gwałtownie, obrzucając mężczyznę nienawistnym spojrzeniem.

— No już, już. Nigdy byś ich nie miała, gdyby nie ja. — Wyciągnął się dumnie, po czym wziął kolejną paczkę fajek i rzucił w stronę pani kapral. Kobieta sprawnie złapała opakowanie, a to przemoczone upuściła na ziemię.

— Niech ci będzie — mruknęła udobruchana świeżymi papierochami. — Nie wyobrażasz sobie, jakie to okropne uczucie, kiedy budzisz się i nie masz, co do ust włożyć.

— Chcesz? — Papuga wskazał na swojego szluga, jednak pani kapral szybko odmówiła gestem dłoni.

— Te słodkie smakują jak gówno — skwitowała krótko.

— Tyle gustów, ilu palaczy na świecie — stwierdził trafnie, jednak Yuna tylko wzruszyła ramionami i zapaliła jednego ze swoich papierosów.

— Łatwo ci mówić. — Od razu poczuła się lepiej, kiedy jej płuca wypełnił tytoniowy dym. Dla jednych był on tylko nic nieznaczącą trucizną — Asahina zaś uważała go za jedną z tych rzeczy, które na tym świecie miały jakąś wartość.

— Jak dobrze pójdzie, tatuś przybędzie tutaj najpóźniej wieczorkiem. Jak się czujesz ze świadomością, że możesz dzisiaj zginąć? — zapytał już z innej beczki.

Kobieta oparła się o barierkę i spojrzała w niebo. Po bezkresnym błękicie przesuwały się leniwie białe obłoczki. Widok ten w pewien sposób był bliski Yunie — z nieznanego jej powodu czuła, że w jakiś sposób była do tych chmur podobna. Zawsze leniwie i powolnie zmierzała do swoich celów, niejednokrotnie robiąc przerwy i bez konsekwencji się ociągając.

— Jakoś niespecjalnie mnie to interesuje. Będąc w wojsku i udzielając się w podziemiu, szybko się do tego przyzwyczaiłam. To tak zwyczajne jak podcieranie dupy po wyjściu z kibla.

Słysząc to porównanie, Papuga nie mógł powstrzymać głośnego wybuchu śmiechu.

— Przecie wiem, ale nie używaj takich sformułowań. Uduszę się kiedyś przez ciebie — skomentował, ocierając zbierające się w kącikach oczu łzy. Bawiące się dzieci dziwnie spojrzały się na mężczyznę, po czym wróciły do swoich zajęć.

July także zainteresowała się rozbawieniem swojego brata i z wpół obranym jabłkiem wyszła na taras. Przeczucie jej nie myliło — oto i wielka szlachcianka powróciła do domu! Widząc zupełnie obojętną Asahinę, od razy zignorowała obecność brata i złapała szatynkę za kołnierz koszuli.

— Gdzieś się szwędała, gówniaro?! — warknęła, ledwo powstrzymując się przed uderzeniem podopiecznej brata. — Takiemu pomiotowi nie powinno pozwalać biegać samopas! Jeszcze coś wysadzi! Jim, trzymaj tę dziewczynę w ryzach, bo następnym razem nie wiem, co jej zrobię — dopiero kiedy skończyła opieprzać Asahinę (co i tak na tej drugiej nie zrobiło większego wrażenia), zwróciła się z pretensją w głosie do handlarza.

— Nic nie poradzę, że Yunuś jest już dorosła i może spać, gdzie jej się żywnie spodoba. — Papuga wzruszył ramionami, niezbyt przejmując się groźbami siostry.

— Bo jak ja się za nią wezmę…

— Tak, wiem, będzie chodziła jak zegarek. Słyszałem tę gadkę już z pięćdziesiąt razy, odkąd tutaj jestem — przypomniał okrutnie.

— Ale Jim! — próbowała jeszcze raz wpłynąć na brata, by ten bardziej pilnował swojej ulubienicy.

— Świstak jest Świstakiem. Nie licz, że zmieni się, bo ty tak chcesz.

Nie uzyskawszy aprobaty u brata, pani McCartney się obruszyła i zanim zdążyła wrócić do kuchni, rzuciła jeszcze w stronę Asahiny wpół obrane jabłko. Szatynka w ostatniej chwili je złapała i spojrzała na kobietę z nieukrywany zdziwieniem.

— Chociaż coś zjedz, bo na tym syfie i kawie daleko nie zajedziesz, dzieciaku — pouczyła ją na odchodnym.

Kiedy July już znikła, Yuna prychnęła, wpatrując się w owoc.

— Dziwna ta twoja siostra, staruchu. Najpierw mi grozi, później mnie opierdala, a na końcu karmi — skwitowała, masując sobie kark.

— Może nie wygląda, ale trochę się o ciebie martwi, Yunuś. July jest taka, że najpierw zobaczy, czego brakuje wszystkim z jej otoczenia, dopiero potem zajmie się sobą. Taka już jest — wytłumaczył cierpliwie.

— A ty celowo nadużywasz jej gościnności — osądziła, śmiejąc się pod nosem.

— Za dobrze mnie znasz.

— Prawda.

Po krótkim namyśle Asahina wgryzła się w owoc. Jabłko jak jabłko, smakuje jak zwykle, stwierdziła w myślach.

— Wkurwia mnie — rzuciła od niechcenia po chwili milczenia.

— Kto?

— July.

— Mogłem się tego spodziewać. — Papuga uśmiechnął się pod nosem. — Jest ktoś, kto cię nie wkurwia?

— Trupy — odpowiedziała bez chwili namysłu. — Trupy nie potrafią pieprzyć od rzeczy.

*****


— A więc wuj okłamał dowódcę Dawka? — zapytał Ren, upiwszy z kubka łyk zimnej wody i przeniósł wzrok na mężczyznę.

Asahina masował sobie skronie. Mimo utrzymywanej formy i stałych treningów nie był już pierwszej młodości, więc logiczne, że po kilku godzinach jazdy potrzebował przerwy. Karczma, gdzie się zatrzymali, leżała przy głównej drodze do Trostu. By jak najszybciej dotrzeć do Zickeberg, musieli już powoli odbijać w stronę Karanese.

— Jestem zdania, że czasem należy poświęcić coś, jeśli brakuje nam czegoś do osiągnięcia celu. Nawet jeśli musimy okłamać przyjaciół. A w sumie nie powiedzieć im całej prawdy.

Ren właściwie zgadzał się z kapitanem. Po śmierci siostry poprzysiągł zemstę na Yunie. Chciał ją zabić własnymi rękoma, nie zważając na konsekwencje.

Ale co musiał już poświęcić Satoru, by w końcu nadarzyła się okazja do zamordowania terrorystki? Tego Ren nie wiedział i raczej nie chciał wiedzieć. Nie brał nawet pod uwagę możliwości, że śmierć Rei także była jedną z tych „niezbędnych” rzeczy. Po prostu Asahina Yuna zabiła tę dziewczynę. I chociażby za to należała jej się kara.

— Możesz się cieszyć, Ren — odezwał się po chwili milczenia starszy Asahina. — Będziesz miał okazję uwolnić ten świat od jednego potwora. Kilku innych będzie musiało poczekać w kolejce — westchnął. Najchętniej to wszystkich bym zabił, dodał w myśli. Zaczynając od tego gówniarza od Zwiadowców, na Irvinie Smithie kończąc.

— Chciałbym, ale nie potrafię — wyznał Ren, zaciskając dłoń na białej koszuli. — Widmo Rei ciągle mnie prześladuje.

Satoru pragnął współczuć przybranemu synowi, ale nie potrafił. Także zabijał — może w innym celu, ale w ostatecznym rozrachunku morderstwo od zawsze było morderstwem. Śmiało mógł nazwać się potworem. Tak, takim samym potworem jak Yuna.

Był w stanie jedynie uśmiechnąć się sztucznie i pocieszająco poklepać Rena po ramieniu.

— Nie martw się. Niedługo będziesz mógł spać spokojnie.

Ren oczywiście nie spędzał w łóżku więcej niż jedną godzinę dziennie. Mniej więcej po tym czasie budził się z krzykiem, szukając siostry. Po chwili jednak orientował się, że to wszystko, co przed chwilą zobaczył, było tylko złudzeniem, a Rei od kilku dni nie żyła.

Na szczęście żaden nieznajomy siedzący w karczmie nie mógł się domyślić, że dwoje niepozornych podróżnych ubranych w białe koszule i ciemne spodnie tak naprawdę należeli do jednej z najbardziej poważanych rodzin w całym państwie. I kto by odkrył, że tak naprawdę za kilka godzin wyjdą na spotkanie śmierci.

*****


Asahina Yuna, lat dwadzieścia osiem, starszy kapral w Oddziale Zwiadowców, terrorystka.

Takie podstawowe informacje o Świstaku mógł wyczytać każdy człowiek, który chociaż raz w życiu miał dostęp do dokumentów żołnierzy służących w armii. W sumie więcej rzeczy o Asahinie Yunie wiedzieć nie musiał. Zwiadowca jak zwiadowca — żywe mięso tuczone na żer tytanom, które po drodze postanowiło zmienić profesję.

Nile Dawk jednak chciał się dowiedzieć więcej o córce przyjaciela i postanowił sięgnąć do innych, mniej oficjalnych źródeł. Raczej nie robił tego z troski o Satoru, ale z czystej ciekawości. Dlaczego obecna głowa rodziny Asahina tak usilnie chciała pozbawić życia swoją latorośl? Dlaczego Irvin tak uparcie wstawiał się za Yuną? Częśc odpowiedzi znalazł w archiwum sądowym i raportach przygotowanych przez Jane McCartney i dowódcę całego Oddziału Zwiadowców.

Kapitan Żandarmerii zdziwił się nie lada, kiedy wyczytał, że pierwszy przełożony Asahiny Yuny wyciągał z jej karygodnego miejscami postępowania zbyt łagodne konsekwencje. Dla pewności Nile sprawdził jeszcze teczki innych podwładnych McCartney i stwierdził, że Świstak był wyjątkiem.

Kiedy Asahina trafiła pod skrzydła Irvina Smitha, Nile zauważył pewną zmianę w redagowanych raportach na temat Yuny. Stała się bardziej opryskliwa, bezczelna i otrzymywała coraz więcej kar. W pierwszym momencie Dawk pomyślał, że to swego rodzaju bunt terrorystki, ale po zobaczeniu pierwszego sprawozdania z wyprawy za mur zmienił zdanie.

Asahina Yuna była cholernie skutecznym żołnierzem. Specjalizowała się w akcjach solowych. Rzadko kiedy przyjmowała od kogokolwiek pomoc, a jeśli już to był to właśnie Smith lub Mike Zacharius. Mimo tego Nile przeczuwał, że osiągnięcia starszego kaprala były nie tyle zasługą wybitnych zdolności, ale jakiejś silnej woli przetrwania.

Pierwsza zagadka została rozwiązana.

Następnie pojawił się raport młodszego kaprala Leviego na temat śmierci starszej stopniem towarzyszki. Mężczyzna krótko i zwięźle opisał okoliczności wydania rozkazu równoznacznego z wyrokiem śmierci oraz zajście z udziałem przypadkowego żołnierza.

Asahina Yuna zbyt łatwo godząca się ze śmiercią. Asahina Yuna posłuszna poleceniom Irvina Smitna do samego końca.

Asahina Yuna więc do końca nie była taką osobą, jak przedstawiał ją Satoru. Niereformowalna anarchistka nigdy nie zgodziłaby się na wykonanie samobójczej misji.

Nile zamknął teczkę i westchnął ciężko. Widocznie kapitan Asahina nie był z nim do końca szczery.

Z zamyślenia wyrwało mężczyznę pukanie do drzwi. Jakiś żandarm wszedł, zasalutował, oddając zależne honory Nile’owi i na jednym tchu wyrecytował:

— Dowódco Dawk, kapitan Asahina razem ze swoim synem opuścili posiadłość i skierowali się w stronę muru Rose. Nie podali nikomu celu swojej podróży. Nikt nie jest w stanie określić, czy wzięli udział w misji odzyskania szeregowego Yeagera. Poszukiwania starszego kaprala Asahiny zakończyły się porażką. Prawdopodobnie opuściła obręb muru Sina.

Dawk zlustrował podwładnego wzrokiem i westchnął ciężko. Obiecał przyjacielowi, że w jego porachunki z Yuną nigdy nie będzie się wtrącał, ale zachowanie Satoru było coraz bardziej podejrzane. Swoją drogą, Irvin także zachowywał się w stosunku do terrorystki inaczej niż zwykle.

— Jeśli do wieczora nie otrzymacie żadnej wiadomości od kapitana Asahiny lub Asahiny Rena, rozpoczniemy poszukiwania. Całej trójki — podkreślił.

— Przyjąłem — zakomunikował głośno żandarm. — Proszę o wybaczenie!

Żołnierz zniknął za drzwiami, zostawiając Nile’a ze swoimi myślami.

Terrorystka musiała odpowiedzieć za śmierć jego ludzi i za zamieszanie w Stohess. Nie miał zamiaru puścić jej tego płazem.

Głowa rodziny Asahina nie mogła sobie znikać, kiedy jej się żywnie podobało. Satoru też był żołnierzem. Może i kapitanem, ale nadal miał swoje obowiązki.

*****


Chociaż Jim wielokrotnie już zdążył ją przestrzec, że zastawianie pułapki w ogromnych ruinach starego zamku nie było najlepszym pomysłem, i tak postawiła na swoim. Nie chciała robić zamieszania w środku wioski, w końcu tym razem to nie mieszkańcy Zickeberg byli jej celem. Pragnęła tylko dorwać Asahinę Satoru i jego pionka. A potem mogła już do końca swojego marnego życia wysłuchiwać narzekań July i pretensji Leviego. O ile to życie nie zakończyłoby się wraz ze spotkaniem z ojcem.

W sumie za długo już czekała i zwlekała. Powinna to załatwić o wiele wcześniej.

— Pierdolić — mruknęła zniecierpliwiona. — Gdzie te szuje się szwędają? — zapytała sama siebie, rzucając kolejnym nożem w skalną ścianę. Chciała trafić w dosyć dużą, tak na oko wielkości lekko spłaszczonej paczki fajek, przestrzeń między blokami, jednak ostrze zachowało się jak kilka poprzednich — z łoskotem się odbiło i upadło na podłogę. Po raz kolejny przeklęła swoją celność. Pewnie gdyby nie straciła oka w starciu z Renem, nie musiałaby powtarzać rzutu po raz kolejny.

Z wyrwy w murze zobaczyła dwie zbliżające się do zamku postacie. Uśmiechnęła się pod nosem.

Pora zacząć zabawę, panowie żandarmi.

****************************************
Rozdział 24: "Preludium"
****************************************


— Zastanawia mnie, kiedy stałaś się taką suką, Yuno.

Odetchnęła, zbierając noże z podłogi. Satoru doskonale wiedział, że ukrywała się w ruinach zamku i nie było już odwrotu. Nie mogła teraz znów odwlec nieuniknionego. Nie to, że nie wierzyła w swoje umiejętności. Jaki normalny człowiek, w miarę zdrowy na umyśle, sądziłby, że w obecnym stanie Yuna podołałaby wyszkoleniu i rynsztunkowi ojca?

— Wyłaź, to zaczyna się robić nudne.

Głupia jesteś, skarciła się w myślach i zaśmiała pod nosem. Boisz się śmierci? Przecież już jesteś martwa. Boisz się, że nie dotrzymasz słowa, które dałaś temu karłowi? Żartujesz sobie. Od kiedy spełniasz jakiekolwiek obietnice? To twój teren. I możesz to wygrać. Nie po to spędziłaś w tych ruinach tyle czasu, by teraz tak po prostu przejebać sprawę.

Podniosła ostatni sztylet w posadzki i zdecydowanie chwyciła rękojeść miecza. Żałowała, że w tamtej chwili nie była w stanie używać rewolweru, chociaż przy pasku przypięła kaburę z bronią palną. Marnotrawstwo amunicji.

Usłyszała, że ojciec rozmawia o czymś ze swoim towarzyszem — pewnie z tym chłystkiem, Asahiną Renem, któremu zamordowała siostrę. Pewnie gdyby nie stanęła Yunie na drodze, to teraz siedziałaby ze swoim ukochanym braciszkiem i plotła wianki.

Nie chciała, by za długo się naradzali, więc przeszła do innej, równie zrujnowanej komnaty. Stamtąd mogła wydostać się schodami, a raczej tym, co z nich zostało, na zewnątrz. Cieszyła się, że wywalczyła w zażartej walce na argumenty z July stare wysłużone spodnie, bo nie wyobrażała sobie starcia w długiej spódnicy.

— Zakładam, że to cecha dziedziczna, sukinsynie — odpowiedziała, wiedząc, że mężczyźni pewnie zauważyli ją o wiele wcześniej. Przycupnęła na zniszczonym schodku i podparła się mieczem, w razie gdyby musiała go nagle użyć.

Satoru zdziwił wyraz twarzy Yuny — był niebywale spokojny i nieodgadniony. O ile wcześniej widząc jej błysk w oczach i zadziorny uśmieszek, domyślał się, że kpiła z niego w myślach, teraz nie potrafił powiedzieć na temat swojego dziecka zupełnie nic. Więc tak mogła wyglądać ta popierdolona psychopatka w obliczu zbliżającej się śmierci? Całkiem interesujące zjawisko, musiał przyznać.

Za to Ren miał ochotę podbiec do kobiety, wyciągnąć miecz i poćwiartować oprawcę Rei tu i teraz. I chciał to zrobić własnymi rękoma. I nie chciał, by wuj się wtrącał. Prawie by wcielił swój plan w życie, ale w ostatniej chwili Satoru dał mu do zrozumienia, że nie miało to większego sensu.

— Pewnie odziedziczyłaś to po swojej plugawej matce — stwierdził od niechcenia Satoru. Mimo że udawał obojętność, czujnie śledził każdy ruch szatynki i poczynania swojego przybranego syna. Znał temperament obojga i wiedział, że Ren nie zawahałby się rzucić na o wiele silniejszą i bardziej zaprawioną w boju kuzynkę.

— Nie masz prawa jej tak nazywać — stwierdziła ostro. Satoru uniósł zaskoczony brwi i uśmiechnął się przerażająco. Yuna żartowała? Nie, raczej nie. Jej twarz na to nie wskazywała.

— O — przeciągnął. — A to dlaczego? Czyżbyś tak naprawdę nie była kurwą i kochała swoją matkę?

— Nie — zaprzeczyła szybko i prychnęła z wyższością. — Oboje jesteście siebie warci. Ale to nie dało ci prawa, by jej zabijać.

Satoru, wybuchnął śmiechem i poczuł na sobie spojrzenie Rena. Nie dość, że nie zdradzała żadnych emocji, to jeszcze zaczęła żartować? Tego jeszcze nie było!

— To w takim razie kto tobie dał prawo, bo zabijać ludzi? — odparował.

— Sama je sobie nadałam — odpowiedziała. Ren zacisnął dłonie w pięści. Spodziewał się takiej reakcji Asahiny.

— Więc dlaczego masz do mnie pretensje o zabicie Yuriko? Postąpiłem zupełnie tak samo jak ty.

O, zdziwiła się Yuna w duszy. To chyba pierwszy raz, kiedy mówisz o tym incydencie tak otwarcie, sukinsynu.

— Bo to wy odpowiadacie za moje zjebanie. I właśnie dlatego się mszczę — wyjaśniła.

To było dla Rena za dużo. Najpierw lekceważąco wypowiedziała się o ludzkim życiu, a teraz jeszcze obwinia wuja o zniszczenie jej psychiki? Wuja, który okazał mu tyle ciepła, miłości i wsparcia! Jeszcze czego!

Chwycił rękojeść miecza, podbiegł do kuzynki i zamachnął się mocno, chcąc zakończyć to tu i teraz. Yuna z łatwością sparowała jego atak, blokując srebrną klingę i splunęła na chłopaka. Był zbyt słaby, nawet jeśli miała problemy ze wzrokiem. Obrzuciła blondyna spojrzeniem pełnym pogardy, tłumiąc złowieszczy rechot. Jeszcze gdyby tylko zaczęła chłopakowi lecieć piana z ust, nie mogłaby przestać zwijać się ze śmiechu.

— Ej, maluszku, nie porywaj się z motyką na słońce. Nie bawię się z dziećmi. Żadna frajda. Padają po chwili. Zupełnie jak twoja ukochana siostrzyczka — powiedziała cicho, podsycając jedynie gniew żądnego zemsty młodzieńca. Yuna wiedziała, że nic bardziej nie wyprowadziłoby zrozpaczonego chłopaka z równowagi niż wspomnienie martwej Rei.

— Nie masz prawa o niej mówić! — wykrzyczał z takim zapałem, że aż Satoru zdjął swoją maskę ułożonego i przyjaznego wuja, patrząc ze zrezygnowaniem na podopiecznego.

— Cały czas słyszę dzisiaj, co mogę, a co nie. Możecie być chociaż raz bardziej oryginalni? — zapytała, przewracając teatralnie wzrokiem.

— Ty… — wycedził chłopak przez zęby i odskoczył od szatynki. Mimo rany odniesionej przy poprzednim w jego mniemaniu spotkaniu musiał przyznać, że była nadal cholernie silna. Nie na darmo w końcu uważano ją swego czasu za jednego z najsilniejszych żołnierzy ludzkości.

— Tak, tak, już wiemy, że mnie nienawidzisz i chcesz zabić, ale coś ci nie wychodzi. Ustąpisz miejsca staruszkowi? — Ren nie wiedział już, czy tylko grała, czy naprawdę uważała go za takiego słabeusza, ale nie mógł się poddać. Obiecał Rei, że ją pomści. Obiecał, że to on tym razem zatriumfuje!

Nie odpowiedział, tylko przygryzł wargę. Jak tutaj ją pokonać? Najprościej pewnie byłoby wykorzystać moment nieuwagi przeciwniczki, ale stwierdził, że prędzej sam by się potknął, niż Yuna by się pomyliła.

— Nie? — westchnęła i podrapała się po szyi. — Mam nadzieję, że nie lunie… to byłaby strata.

Asahina Satoru musiał przyznać, że w tamtej właśnie chwili jego „ukochana” córunia popełniła kilka błędów. Nie doceniała przeciwnika. Tylko podsycała jego nienawiść i zmuszała mózg do działania na najwyższych obrotach. Powinna pamiętać z lekcji, które kiedyś jej udzielał, że nie warto wchodzić w potyczki słowne z przeciwnikiem. To mogło obrócić się przeciw niej.

Chociaż w sumie biorąc pod uwagę umiejętności bojowe Yuny i Rena, to nie musiał zbytnio się tym przejmować.

Dlatego ze spokojem obserwował, jak terrorystka wstała, otrzepała spodnie z niewidzialnego kurzu.

— Nie to, żebym miała coś do ciebie, dzieciaku, ale naprawdę nie lubię, kiedy ktoś przeszkadza mi w robocie — odpowiedziała całkowicie poważnie, przecinając mieczem powietrze. — Mam ostatnią szansę, by się wycofać. Może wtedy zapomnę o twoim istnieniu.

Ej, Yunuś, co w ciebie wstąpiło, przeleciało kapitanowi przez myśl. Takie zachowanie jest do ciebie zupełnie niepodobne.

Zamiast skorzystać z ostatniej szansy ucieczki, Ren przygotował się na atak. Wiedział, że pieprzona terrorystka nie będzie marnowała swojego czasu na zabawę.

— Skoro tak… — szepnęła, mrużąc oko.

Chwyciła miecz w obie dłonie, podbiegła i wyuczonym ruchem zaatakowała. W ostatniej chwili przechyliła odrobinę ostrze, by znalazło się bliżej skóry żandarma. Przyjął cios, ale musiał się cofnąć. Broń była zbyt blisko.

Dopiero teraz to zauważył — nie trzymała klingi jedną ręką, jak wcześniej. I dopiero teraz, widząc przez sekundę bandaże na nadgarstkach Asahiny Yuny, zdał sobie sprawę, że naprawdę walczyła na poważnie.

Asahina zastosowała swoją taktykę jeszcze parę razy. Ren zupełnie nie wiedział, jak sobie z kuzynką poradzić — jeszcze nigdy nie miał przed sobą przeciwnika z takim bagażem doświadczeń, który w dodatku bez wahania mógłby pozbawić go życia.

Jeszcze tylko parę razy. Opuść miecz jeszcze bardziej, życzyła Renowi z duchu Yuna. Kiedy nagle miecz chłopaka po zablokowaniu uderzenia niemal dotknął ziemi, puściła jedną dłonią miecz i wbiła go Renowi w ramię.

Blondyn spojrzał zaskoczony na ostrze. Nie tego się spodziewał. Yuna uśmiechnęła się jak obłąkana i wyszarpnęła broń. Krew trysnęła, broniąc ubranie chłopaka jeszcze bardziej. Upadł na ziemię. Bolało. Cholernie bolało. Próbował zatamować krwawienie, ale na próżno.

— I na co ci to było, gówniarzu? — zapytała z wyższością, kopiąc jego tors. Chcąc nie chcąc, musiał się położyć i spojrzeć na oprawczynię. — Nawet dałam ci szansę na ucieczkę. Teraz spodziewasz się litości? Zapomnij — prychnęła. Miecz zawisnął nad okiem młodego Asahiny. Co ta wariatka chciała zrobić?!

— Co…?

— Wezmę, co jest moje — wyjaśniła, ucinając przerażonego Rena. — Jak się nie będziesz wiercił, to nie będzie aż tak bolało.

— A-ale…

— Nudzisz mnie.

Satoru westchnął. Nie to, że los Rena dla niego coś znaczył — wprost przeciwnie. Nie potrzebował pionków, które nie potrafiły wykonać powierzonego zadania.

— To może ja się tobą zajmę, Yunuś? Nie będziesz się aż tak nudziła.

W tamtej chwili w Renie na nowo zatliła się nadzieja. Przecież był jeszcze wuj! On przecież mógł go uratować! On na pewno mu pomoże się zemścić!

— Ooo… więc jednak postanowiłeś ruszyć dupę, zanim zajęłam się twoją zabaweczką. Może jednak masz jakieś uczucia. — Yuna zeszła z kuzyna i odwróciła się w stronę ojca. Satoru prychnął z wyższością, wyjmując swój miecz. Chciał to zakończyć szybko.

I Yuna też. Nie wiedziała, jak długo mogła walczyć tylko z jednym okiem. W końcu ten sukinsyn był o wiele bardziej doświadczony, znał więcej sztuczek. Potrzebowała czegoś nowego. Czegoś, czego Asahina Satoru w życiu nie widział.

A istniały takie rzeczy?

*****


Papuga wyciągnął się na krześle i ziewnął głośno — tak głośno, że biegające dzieci, nieodłączny obrazek podwórka McCartneyów zaczęły się z niego śmiać. Starszy mężczyzna zbył je tylko nerwowym uśmiechem, po czym powrócił do swoich rozmyślań.

Gdzieś tam teraz pewnie Yuna próbowała rozliczyć się ze swoją przeszłością. Zakończyć to, co sprawiło, że została rozrzucającą wszędzie bomby, cyniczną, sarkastyczną i wkurzającą panią kapral. Uwolnić się od tego całego gówna i w końcu zacząć żyć w miarę normalnie.

Nie, zaprzeczył szybko. Życie Yuny już nigdy nie będzie normalnie. Nie po tym, jakie piętno wyryły na niej służba w wojsku i pamiętne czasy współpracy w podziemiu. Gdyby Jim był poetą, mógłby śmiało porównać swoją ulubioną podopieczną do raz zapisanej piórem kartki papieru. Starej, żółtej kartki papieru. Takiej, która zapomniała już, jak to było być białą i czystą.

To w sumie chyba to jedna z tych składowych, które czyniły Yunę tak wyjątkową dla Jane. Panna McCarntey, kobieta, która na co dzień spotykała się z przekonaniem, że każdy grzech można odkupić dzięki byciu dobrym, najzwyczajniej w świecie się już znudziła tymi wszystkimi pierdołami, jakie gadali towarzysze broni, więc pojawienie się Asahiny — dziewczyny o tak odmiennych przekonaniach — przełamało rutynę.

I znów przypomniał sobie Jane. Lubił siadywać z siostrzenicą na tarasie, popijać herbatę, przyglądać się dzieciakom lub obserwować niebo i rozmawiać. Na różne tematy. Czasem gawędzili po prostu o pogodzie. Czasem o plonach, jakie w danym roku zebrali rolnicy z pola. Czasem rozmowa zeszła na politykę i religię. Kiedy Jim miał na tyle zaufania do Jane i wtajemniczył ją w sprawy związane z podziemiem, poruszali temat terrorystów, czarnego rynku i Żandarmerii. Wybierali najlepszy rodzaj fajek. Ale kiedy Jane poznała Yunę, za każdym razem nie mogła powstrzymać się przed rzuceniem paru słów na temat swojego nowego obiektu zainteresowań.

Często przechodziło mu przez myśl, że albo Jenny się zakochała i to tak porządnie, albo po prostu miała obsesję. Kiedy zaczął poznawać Yunę (i zgłębiać jej kolejne stadia pojebania), zrozumiał, co McCarntey w Asahinie widziała.

I uświadomił sobie jedno — Jane nigdy nie zakochałaby się w takim pojebie.

Ale Jane już nie było na tym świecie nieco ponad dziesięć lat. I prawdopodobnie Yuna mogłaby niedługo do niej dołączyć.

— Heh, słoneczko, robiłem wszystko, co w mojej mocy. Nie gniewaj się, jeśli twoja ulubienica tym razem już do ciebie dołączy. To jej wybór.

****************************************
Rozdział 25: "Impas"
****************************************


Odgarnęła włosy z twarzy i wykrzywiła usta w potwornym uśmiechu.

Musiał przyznać, że wyglądała jak rasowa morderczyni. W białej koszuli, w którą chwilę wcześniej wytarła zakrwawione ostrze, i czarnych spodniach może nie wyróżniała się zbytnio z tłumu. Dopiero dokładniejsze oględziny pozwalały stwierdzić ten fakt — zarysowujące się pod ubraniem mięśnie, uważne, kalkulujące spojrzenie i zdecydowana postawa. Pewny krok.

Więc tego ją nauczyło życie żołnierza i terrorysty?

Nie sądził, że bez jego pomocy to rozpieszczone dziecko zdoła przetrwać w tym okrutnym, pozbawionym litości świecie. Była tylko gówniarą z tlącą się ledwo chęcią zemsty. A jednak jej się udało.

— Trzeba było zostać w domu, pani kapral — odezwał się, przerywając milczenie. Yuna spojrzała na niego z pogardą i jakby… pożałowaniem? Tak, chyba tak mógł nazwać tę emocję. — Może wtedy przynajmniej byłby z ciebie pożytek. A skoro już dali ci szansę u Zwiadowców, to czegoś się wychylała?

W pewnym sensie miał rację, musiała przyznać. Równie dobrze mogłaby teraz siedzieć na dębowym biurku w gabinecie Irvina i przeszkadzać mu w pracy lub w przypływie chęci potrucia życia Leviemu porozrzucać wszędzie niedopałki fajek. I może to byłoby lepsze od prób wykiwania doświadczonego żołnierza, przy okazji nie dając się zabić.

— Chyba powinieneś sobie sam odpowiedzieć na to pytanie — odparowała w końcu oschle i przeniosła wzrok na kuzyna. Zdesperowany chłopak próbował opatrzyć swoją ranę, ale był zbyt zdezorientowany zaistniałą sytuacją i nie mógł trzeźwo myśleć. — Możemy przejść do konkretów? Trochę się nudzę.

Satoru roześmiał się szczerze.

— Nie bądź taka poważna, Yunuś. Przecież mamy czas. Możesz się zacząć martwić, jak lunie. — Starszy wskazał palcem zachmurzone niebo. Yuna automatycznie wzdrygnęła się na wspomnienie którejś z ostatnich nocy, kiedy to Jim zostawił ją samą śpiącą i moknącą na łące.

— Wolę zacząć się martwić, zanim jebnie — odpowiedziała naburmuszona i uniosła miecz do góry. — Więc może mnie zabawisz, panie kapitanie? — zapytała, uśmiechając się prowokująco.

Satoru przystał na tę propozycję z chęcią. Najwyższa pora, by nauczyć smarkulę pokory. Wyjął broń z pochwy. Jego ciało niemalże automatycznie przyjęło pozycję obronną. Chwilę zastanawiał się, czy zaatakować pierwszy, czy poczekać na ruch terrorystki, jednak obserwując ruchy swojej córki, doszedł do wniosku, że lepiej samemu rozpocząć natarcie.

I natarł.

Dziewczyna blokowała wszystkie ciosy ojca, nie pozwalając sobie na opuszczenie gardy. Asahina Satoru nie był człowiekiem, który nie wykorzystałby najmniejszej okazji do zakończenia walki i wyjścia z niej zwycięsko. Nie był też człowiekiem litościwym — w rzeczywistości, jaką znała Yuna, kapitana charakteryzowała przebiegłość. Cholerny lis.

— Masz powoli dość, gówniaro? — wysyczał. Yuna uśmiechnęła się złośliwie, zapierając się mocniej stopami.

— Chyba śnisz. — Splunęła na mężczyznę i odskoczyła.

Satoru poirytował się nie na żarty. Jak śmiała…?

— Ty mała… — I nim zdążyła otrzeć twarz z pojedynczych kropelek potu, które zdążyły już się pojawić na jej bladej skórze, zaatakował. Yuna w ostatniej chwili zmieniła kierunek lotu ostrza i ucierpiał tylko jej prawy policzek. Syknęła, czując krew spływającą na podbródek.

— Nie spieszy ci się za bardzo? — zapytała, przygryzając dolną wargę.

Uśmiechnął się z wyższością. Powinna była poczuć przewagę, jaką miał nad nią. Powinna była w końcu zacząć się bać.

A ta nadal stała tam niewzruszona.

— Tniesz gorzej niż Luca — zakpiła w dodatku.

— A ty mogłabyś lepiej przyłożyć się do treningów. Nadal popełniasz elementarne błędy. Zwiadowcy pewnie nie uczą walki mieczem, co, pani kapral? — odparował. To pewnie zabolało dumę jego córki. I nie mylił się — poczuł to w kolejnym uderzeniu, do którego Yuna przyłożyła się wyjątkowo starannie.

— Będziesz się śmiał, kiedy ten zwiadowca cię zajebie — wysyczała.

Satoru wiedział, że Asahina Yuna szanowała żołnierzy walczących w szeregach Oddziału Zwiadowców. Nie jako jednostki (oczywiście wyłączając kilka), ale jako ogół. Jako ludzi walczących w słusznej sprawie. Ale wiedział też, że ego i duma szatynki potrafiły sięgać niebios.

— Czyżbyśmy się obrazili? — Ponownie wykrzywił usta w okropnym uśmiechu, po czym z chłodną precyzją wymierzył kolejny cios. Yuna sparowała pewnie, trzymając broń obiema dłońmi. Wyraz jej twarzy się trochę zmienił. Źrenice stały się odrobinę szersze, ale grymas przerodził się w uśmiech psychopaty.

— Mam po prostu kolejny powód, by cię zabić — szepnęła złowieszczo. Jednocześnie poczuła, że powoli zbliżają się w stronę schodów. Cholerny sukinsyn, pewnie chciał ją za wszelką cenę odciągnąć od rannego gówniarza. Jeszcze mu kupuje czas na ucieczkę! Czy naprawdę sądził, że ona pozwoli mu dzisiaj wrócić do domu? Że wyjdzie stąd żywy?

Yuna odbiła kolejny atak mocniej, by zdezorientować ojca i móc wbiec na schody — te same, z których zeszła, by „przywitać” niechcianych gości.

— Zagrajmy w chowanego — zaproponowała, a może raczej zażądała terrorystka. — Zwykłe zabicie cię byłoby zbyt nudne.

Satoru uniósł brwi. Był trochę zaskoczony propozycją dzieciaka, ale w sumie… dlaczego nie? Sam uważał polowanie za świetną rozrywkę. A skoro Yuna sama pragnęła stać się zwierzyną?

Ocenił stan ruin — niełatwo było się w nich ukryć, chyba że gruntownie znało się wszystkie kryjówki. Może i Asahina miała na nim przewagę, skoro przebywała na terenie wioski od kilku dni, ale ze względu na stan zdrowia na pewno nie mogła całego czas spędzić na przeszukiwaniu opuszczonego zamku.

— Niech ci będzie — stwierdził z udawaną niechęcią. — Masz dwie minuty, by się schować. Nie zaczekam ani sekundy dłużej.

Mógłby przysiąc, że na twarzy dziewczyny pojawił się cień przebiegłego uśmiechu. Może planowała taki obrót wydarzeń? Nie wiedział. Ale teraz było za późno, by się wycofać. A później już Yuna zniknęła w szczelinie między skalnymi blokami.

Satoru zaczął w myślach liczyć na głos do stu dwudziestu.

Ren w międzyczasie zdążył zebrać siły, by usiąść i wyjąć zdrową ręką nóż, który nosił w skórzanym pokrowcu przy pasku. Wsadził rękojeść pomiędzy zęby i rozciął swoją koszulę. Nieporadnie opatrzył ciągle krwawiącą i pulsującą ranę. Zakażenie nie było czymś potrzebnym w tamtym momencie chłopakowi do szczęścia.

I pozostało mu tylko przyglądać się. Przyglądać się dwóch krzyżującym się raz po raz ostrzom, dwóm sprawnym ciałom poruszającym się w miarę jednostajnym rytmie — musiał przyznać, że przedziwny to był taniec. Taniec pełen gracji, chłodnego profesjonalizmu, ale także swoistej dzikości i agresji.

Ren widział też, że Yuna nie chciała zostać zagoniona w róg. Wszystko zaczęło się układać w logiczną całość. Wcześniej pytał siebie samego — dlaczego Yuna tak szybko próbowała skończyć swoją walkę? Dlaczego odwlekała najważniejszy moment do ostatniej chwili mający zadecydować o jej życiu bądź śmierci? Teraz doskonale wiedział.

Asahina Yuna nie była już w stanie walczyć tak jak walczyła jeszcze kilka tygodni wcześniej.

Kiedy doszedł do tego wniosku, najwyraźniej wuj doliczył już się dwóch minut i wszedł po schodach, których użyła przed chwilą dziewczyna.

— Gra się zaczyna, Yunuś. — I zniknął.

On też powinien ruszyć. W końcu obiecał coś Rei.

A on musiał zabić Yunę.

*****


— Cholera — zaklęła, ocierając krew z policzka. — To ciało już długo nie wytrzyma.

Spojrzała na trzęsące się nadgarstki. Bandaże wystawały spod poprzecinanej lekko koszuli — pewnie ojciec gdzieś zahaczył mieczem. Może i po ranach zostały tylko blizny, ale pełnej władzy w rękach nie odzyskała. I prawdopodobnie nigdy w życiu tak by się nie stało.

Ale przecież powinna być w stanie jeszcze kontynuować! Podczas treningu czy to w Oddziale Zwiadowców, czy z Papugą, czy nawet podczas misji za murami ręce nie odmawiały jej aż tak posłuszeństwa. Zapomniała jednak o dosyć istotnym fakcie. Satoru był silniejszy od starego McCartneya lub młodzików, których miała okazję trenować. I atakował bez przerwy. A rozcinać karku tytanów bez przerwy Yuna nie musiała.

— Bzdura. To wszystko to jakaś bzdura.

Próbowała uspokoić oddech. Oparta o zimną ścianę rozgrzane ciało. Musiała nasłuchiwać. Musiała uważać, chociaż pewnie Satoru tak szybko jej nie znajdzie. Spokojnie, pocieszyła się w myślach. Bawiłaś się w tym cholernym zamku kilka lat temu. Od kilku dni sukcesywnie szukałaś kryjówek.

Z nerwów i przyzwyczajenia zapaliła papierosa. Dopiero czując znajomy dym w płucach, zaczęła w miarę trzeźwo oceniać sytuację. Nie tylko teren jej sprzyjał — środki również. Rewolwer przyjemnie ciążył w przymocowanej przy pasku ciemnej kaburze. Parę noży ukryła w dziurze w posadzce na pierwszym piętrze. Satoru nigdy by ich sam nie zauważył, słońce tam nie docierało. I jeszcze niespodzianka na górnych piętrach — ostateczność, którą przygotowała w razie, gdyby pomysły się skończyły.

Wgniotła niedopałek w podłogę.

Obiecała. Wróci. Najwyżej zamkną ją w areszcie czy zabiją na miejscu. Ale wróci.

I znów pokłóci się z małym niereformowalnym skurwielem.

Ze złośliwym uśmiechem na twarzy odsunęła się od ściany i po chwili zniknęła pomiędzy skalnymi blokami.

Pora odwrócić role.

*****


— Ej, Yunuś, wyjdź z ukrycia, bo nudno się robi — zawołał ze znudzeniem kapitan, błądząc już w kolejnej zrujnowanej komnacie. Pewnie gówniara się gdzieś zaszyła i nie chciała wyjść z ukrycia. Może uznała, że się znudzi i sobie odpuści?

W sumie to trochę jego wina, że teraz został wplątany w jakąś gierkę, której reguły ustaliła psychopatka. Mógł zakończyć całą sprawę już wtedy, kiedy zabił Yuriko. Tak, razem z Nilem powinni byli pogrzebać je obie. A uniknąłby tylu niepotrzebnych problemów!

Wyszedł z pustej komnaty, niemal wpadając w dziurę utworzoną przez brak kilku kamieni w posadzce i znów zaczął przemierzać wąski korytarz. Musiał na chwilę, bo, nie wiedząc skąd, nagle poczuł przeszywający ból łydki. Spojrzał w dół, a tam niewielki nóż. I kolejna dziura w podłodze. A potem mignęły mężczyźnie przed oczami włosy gówniary i znów zdołała się schować.

Zaklął siarczyście i wynieszarpnął z nogi ostrze. Wyrzucił je przez dziurę w podłodze z fragmentu koszuli zrobił prowizoryczny opatrunek. Suka wiedziała, gdzie celować. Może nie powinien jej tak bardzo lekceważyć. Poniósł tylko cenę za swoją lekkomyślność.

Kuśtykając i trzymając pewniej miecz, zaczął szukać schodów, z których mogłaby skorzystać Yuna, chcąc dostać się na kolejne piętro. W końcu miała podobny cel, co on.

*****


Biegła, uważając, by noga nie utknęła w mniejszej lub większej szparze w posadzce. Gdyby jeszcze nabawiła się dodatkowej kontuzji, nie miałaby jakichkolwiek możliwości na przeżycie. A przynajmniej teraz szanse trochę się wyrównały, chociaż trafiła przypadkiem.

Wbiegła po schodach na piętro, gdzie prawdopodobnie przebywał jeszcze starszy Asahina. Z tak głęboką raną nie mógł za szybko się przemieszczać. Rozglądała się uważnie, na ile jej pole widzenia pozwalało. Brak jednego oka to całkiem upierdliwa sprawa, przyznała przed sobą, wsłuchując się w otaczające ją dźwięki. Przyspieszony oddech. Stopy odbijające się od podłogi.

W momencie, kiedy korytarz przecinał kolejny, Asahina poczuła, jak coś rozrywało jej lewą rękę. Szybko obróciła się przodem do przeciwnika i odbiła jego ostrze, nim zdążyło wbić się w ciało jeszcze głębiej. Satoru uśmiechał się szaleńczo.

— Psychol — rzuciła Yuna, przeklinając w myślach wszystko, co akurat w tej chwili przeleciało jej przez głowę — swoją własną nierozwagę, Rena i jego perfekcyjne wyczucie czasu, niemożność zapalenia fajki, starego pryka i papierzyska Irvina.

— W końcu skończyłaś tę zabawę — zauważył, oblizując obrzydliwie wargi. Yuna, chociaż nie brzydziło ją wiele rzeczy, mimowolnie wykrzywiła usta w nieprzyjemnym grymasie. — Nie mogłem się doczekać, aż przyjdziesz.

— Zabicia swojej żony też nie mogłeś się doczekać? Zniszczenia dzieciństwa swojego jedynego dziecka także? Zastanawiające, że taki chuj jak ty jeszcze jest kapitanem — zakpiła, atakując mocniej i cofnęła się trochę w głąb korytarza. W przypływie szału Satoru pozwolił się powoli wciągać w zastawione przez terrorystkę sidła.

Ostrza ślizgały się po sobie, oddechy wojowników raz to przyspieszały, raz zwalniały. Pot spływał wąskimi strużkami po skroniach. Każdy kolejny atak był słabszy od poprzedniego. Yunie powoli odmawiała ręka posłuszeństwa, Satoru ledwo co chodził.

To nie ma sensu, stwierdziła szatynka w duchu, niezręcznie parując kolejny atak. Sięgnęłaby po rewolwer, gdyby ręka… Cholera jasna!

Czuła każdy mięsień swojego ciała. Czuła, jak zaczynają jej odmawiać. Zmęczone, cholerne ludzkie ciało! Dlaczego chociaż raz nie mogło być przydatne?

Ledwo uchyliła się przed ciosem wymierzonym w szyję. Miecz ojca odciął kilka włosów i musnął ucho. Yuna poczuła ciepłą ciecz na skórze, ale szybko zignorowała jej obecność.

Cholera, muszę się dostać na górę, postanowiła szybko. Satoru mierzył ją cały czas uważnym spojrzeniem, nie dając sposobności na ucieczkę. Gdyby tylko wyrwała się chociaż na chwilę…

Satoru przeklinał w myślach cholerną terrorystkę i jej szczęście. Załatwiła mu nogę, suka. Ale spokojnie, w takim tempie padnie szybciej. Już ledwo co patrzy na niego tym jednym pieprzonym okiem.

A to co? Terrorystka nagle odrzuciła miecz, pozwalając, by ostrze mężczyzny gładko weszło w jej lewy bok. Twarz kobiety wykrzywił grymas bólu. Sięgnęła do kabury i wyszarpnęła rewolwer. Cholera. W zastraszającym tempie przeładowała. Wyciągnęła ręce do przodu, próbując chociaż trochę wycelować. Strzeliła niemal na oślep. Trafiła zdezorientowanego żandarma w ramię, po czym rzuciwszy broń, odwróciła się i zaczęła biec.

Satoru zawył z bólu. Pocisk tkwił głęboko w ręce, a krew brudziła materiał koszuli. Najpierw noga, teraz to? To chyba jakieś żarty. Na pocieszenie mógł jedynie stwierdzić, że dziewczyna wcale nie była w lepszym stanie. Nie wiedział, dlaczego zdecydowała się na taki krok, ale nie miała broni.

*****


Yuna wdrapała się po zrujnowanych schodach, niejednokrotnie niemalże upadając. Na skalnych blokach zostawiała za sobą krople czerwonej cieczy. Wiedziała, że nie miała czasu, a rany jej tego nie ułatwiały. Przygryzała wargi aż do krwi, powstrzymując się od krzyku.

Wpadła do komnaty na najwyższym piętrze, a w sumie do czegoś, co kiedyś przypominało komnatę, dopóki była tam jedna ze ścian. Asahina spojrzała nie ciemniejące niebo. Zaraz lunie, pomyślała. To w sumie dobrze.

Podeszła do stojącej na środku pomieszczenia skrzyni i, wyjąwszy klucz z kieszeni, zaczęła mocować się z zamkiem. Zardzewiała kłódka zaskoczyła cicho, Yuna odrzuciła metalowy przedmiot. Dotknęła drewnianej klapy i zdrową ręką zdecydowanie ją podniosła.

Zanim zdążyła wyjąć zawartość skrzyni, ponownie poczuła promieniujący ból w lewym boku. To pewnie moja kara, przeszło jej przez myśl. Nie miała czasu na męczenie się z prowizorycznymi opatrunkami.

Patrząc na ułożone równo bomby, przypomniała sobie twarz wkurwionego Leviego, jakby podświadomość chciała podpowiedzieć Asahinie, że mimo wszystko nie mogła jeszcze umrzeć. Była własnością Oddziału Zwiadowców.

********************************************************************************
Rozdział 26: "Ten świat będzie się kręcił bez sprawiedliwości"
********************************************************************************


— Cholera — jęknęła, ocierając pot z twarz. Wzięła parę głębszych wdechów, wilgotne powietrze wypełniło płuca. Starszy Asahina grzebał się i wydawało się Yunie, że robił jej najzwyczajniej w świecie na złość. A może już padł po drodze? Może już zdechnął na zrujnowanych schodach? Nie, to chyba byłby najgorszy możliwy scenariusz. Zero satysfakcji ze śmierci skurwysyna.

Naszła ją ochota, żeby zapalić. Wyciągnęła więc z kieszeni zakrwawione opakowanie fajek, drżącymi dłońmi wyjęła jedną z nich i zapaliła. Płuca wypełnił tak znajomy dym. Papieros jak papieros, pomyślała. Ale ten smakuje tak jakoś inaczej.

Ostrożnie ujęła jedną z bomb w dłonie, uważając, by nie odbezpieczyć ładunku. Od razu przypomniała sobie te dni, kiedy dla całego świata Asahina Yuna była martwa, a znano tylko Świstaka. Uśmiechnęła się pod nosem. Trudno, co było, nie wróci, trzeba iść naprzód z dumnie uniesioną głową. Tak przynajmniej postąpiłaby Jane, tak pewnie zrobiłby na jej miejscu Levi i tak właśnie powinna była się zachować.

Właśnie, Jane. Nie nawiedziła już ją więcej w snach. Pewnie Jim wymyśliłby, że jego ukochana siostrzenica cierpliwie obserwowała rozwój wypadków. Ale przecież przyjaciółka terrorystki nie żyła od jedenastu lat. Duchy nie istniały, ba, nie istniało nic, czego ludzki umysł nie mógł poczuć na własnej skórze. A mara była tylko głupią halucynacją.

Leviemu obiecała, że dopnie swego i wróci, byleby już się nie wtrącał i zostawił ją w pieprzonym spokoju. I co z tego, skoro teraz siedziała na podłodze, wykrwawiając się i czekając tylko na wyrok śmierci? Jak nie Satoru, to ktoś inny. Ren. Nile. Cała reszta Żandarmerii. Za dużo wrogów narobiłaś sobie, starszy kapralu. Nieładnie. Naprawdę nieładnie.

— Chuj wam wszystkim w dupę — mruknęła, odpędzając od siebie natrętne myśli. Co się stało, to się nie odstanie. Trzeba iść dalej za ciosem, Świstaku.

W końcu Satoru wpadł przez wnękę do pozostałości pomieszczenia. Jedną ręką trzymając się za postrzelone ramię, drugą celując z broni szatynki, obrzucił dziewczynę nienawistnym spojrzeniem. Była w pułapce. To koniec. I dopiero wtedy zobaczył w jej ręce niewielką bombę. Zaśmiał się z satysfakcją.

Yuna wgniotła niedopałek w podłogę i dźwignęła się na proste nogi. Świat wirował przez chwilę jej przed oczami, ale po chwili odzyskała równowagę.

— To tutaj chcesz to zakończyć, prawda? I pomyśleć, że mogłaś właśnie teraz jarać tę swoją fajkę w bezpiecznym zamku wśród tego ścierwa — zauważył, oddychając ciężko. — I na co ci ta sprawiedliwość, w imieniu której stajesz do walki? Oboje…

— Świat będzie się kręcił bez sprawiedliwości — przerwała mu ostro Yuna.

Sukinsynowi też drżą ręce, zauważyła szybko. Pytanie, kto zakończy tę cholerną farsę pierwszy?

— W obliczu śmierci rzucasz pseudointeligentnymi cytatami? Niepodobne to do ciebie — stwierdził. Naładowała broń była gotowa do wystrzału, mimo wszystko chciał usłyszeć od Yuny jeszcze jedną rzecz. — Nie żałujesz swoich decyzji?

Zacisnęła dłoń w pięść. To było jedno z tych pytań, na które nie chciała odpowiadać. Nie chciała się cofać wstecz.

— Strzelaj — nakazała terrorystka. — Nie twój zasrany interes.

Satoru zacmokał zadowolony z siebie. Więc jeszcze udało mu się ją sprowokować? Niesamowite, panie kapitanie, nawet na granicy wytrzymałości potrafisz wkurwić jedyną latorośl.

— Na pewno, Yunuś?

— Nie twój zasrany interes, powiedziałam! — krzyknęła ze złości i frustracji. Nie mogąc wytrzymać nerwów na wodzy, odbezpieczyła ładunek i cisnęła bombą z całych sił. Niewielki przedmiot uderzył w podłogę, ciało zachowało się niemalże automatycznie. Nogi same poniosły ją w stronę ostatnich kamieni tworzących podłogę. Wybuchło. Potworny huk. Zdziwiona twarz Satoru, który pewnie do ostatniej sekundy myślał, że to wszystko mu się tylko przywidziało. Skok. Ciało ojca znikające pod gruzami. Skały lecące na głowę.

A potem była już ciemność.

*****


Nie mógł uwierzyć. Lecące skały na szczęście go nie dosięgły i przez chwilę myślał, że to tylko głupi sen. Prowizoryczny opatrunek nasiąkał krwią. Zupełnie tak jak krwią nasiąknął rękaw koszuli wuja. Cały mężczyzna został przysypany gruzem, spomiędzy kamieni wystawała jedynie sina dłoń.

Niemalże zwymiotował. Trzymał dłoń przy ustach, siłą woli walcząc z nieposłusznym ciałem. Łzy spływały mu po policzkach. Oto właśnie umarła ostatnia osoba, której na nim zależało. A on był zbyt słaby, by cokolwiek zrobić! Bezsilność zmieszana ze złością sprawiła, że zapałał jeszcze większą chęcią zemsty.

Musiał ją znaleźć! Znaleźć i zabić!

W amoku zerwał się i zaczął szukać terrorystki. Pewnie przeżyła. Głupi zawsze mieli szczęście!

*****


Ledwo uchyliła powieki i rozejrzała się na tyle, na ile jej pozycja leżąca pozwalała. Krew wlewała jej się do oczu, ruszać mogła tylko prawą połową ciała. Aaaa, pewnie reszta została przygnieciona, stwierdziła, kaszląc gwałtownie krwią. To bez sensu. Jesteś już martwa, kapralu.

— Widziałaś, Jane? — szepnęła. — Czyż to nie było… widowiskowe…?

Przymknęła oczy. Usłyszała kroki. Ren czy Satoru? Osobiście wolała, żeby to był ten pierwszy. Gdyby staruch wyszedł z tego bez szwanku, pomyślałaby, że to tylko głupi sen. Chociaż ból, jaki czuła na całym ciele, był zbyt realny.

To na szczęście był Ren.

Chłopak, chociaż życzył Asahinie Yunie śmierci w męczarniach, mimowolnie wzdrygnął się, widząc zmasakrowane ciało kuzynki. Całe skąpane w krwi, na tle czerwieni jedynie odznaczała się część niemalże białej twarzy i szarej koszuli.

Ale żyła. Oddychała płytko, niemiarowo. Uniosła lekko powieki i spojrzała na niego wyjątkowo zmęczonym, ale i szczęśliwym wzrokiem.

Zaraz umrze, zrozumiał.

— Ten chuj… zdechnął…? — zapytała słabo.

Ren zacisnął dłonie w pięści, przypominając sobie słowa zmarłej matki. Ludzie powinni byli umierać w spokoju. Nie wolno im tego odbierać.

Utrzymał więc resztkami sił nerwy na wodzy i lekko skinął głową.

— Zabiłaś go — potwierdził, jakby chcąc sobie samemu uświadomić stan faktyczny.

Yuna przeniosła wzrok z blondyna na niebo. Pewnie widziała tam coś, co mogą widzieć tylko konający, stwierdził trzeźwo w myślach. Blade usta terrorystki wygięły się do góry. Szczery uśmiech. Drżąca dłoń sięgająca niebios.

— Pomściłam ich wszystkich… niereformowalny skurwielu — powiedziała ledwo, krztusząc się krwią. — Teraz… możesz…

Wyprostowana dłoń opadła. Uśmiech zamarł na wykrzywionej bólem twarzy. Puste oczy wpatrywały się w przebijające się zza chmur słońce.

Ren zagryzł wargi aż do krwi. To nieuczciwe! Tak nie powinno być! To on… to on… to on miał…!

Asahina Yuna umarła.

Świat przed oczami Rena zawirował.

*****


Asahina Yuna umarła.

Ren poderwał się z łóżka, rozglądając się gwałtownie po nieznanym sobie pokoju. Nagie, drewniane ściany bez jakichkolwiek obrazów. Oprócz łóżka, na którym znajdował się blondyn, nieopodal stało długie posłanie. Pod prześcieradłem ktoś leżał. Może to jakaś dziwna maniera? Dopiero kiedy dostrzegł stojące obok wiadro wypełnione po brzegi zabarwioną na czerwono wodą, zrozumiał, kto tak naprawdę się znajdował pod przykryciem.

Miał ochotę się poderwać, ale szybko dotarło do niego, że to bezcelowe — żywe trupy nie dostają kolejnej szansy, a limit szczęście terrorystki najzwyczajniej w świecie się wyczerpał.

Otarł twarz z potu i spojrzał na opatrzone ramię, które tak dotkliwie zraniła Yuna.

Do końca życia będzie miał bliznę, stwierdził, przypominając sobie miecz wbijający się w skórę i ilość krwi lejącą się z rany. Starsza Asahina zrobiła to z taką łatwością. A on nie był w stanie nawet jej dobić.

Gwałtownie otwarcie drzwi i głośne wejście starszego mężczyzny przerwały blondynowi rozmyślania. Musiał przyznać, że jak na swoje lata niezna… a może jednak znajomy? Tak, to na pewno ten facet, którego widział z Asahiną Yuną w Stohess.

— O, obudziłeś się, knypku — zauważył, odgarniając upstrzone siwizną włosy z czoła.

— Ty… — zdołał wykrztusić Ren.

— Jim McCartney jestem. W sumie to chyba można uznać, że uratowałem ci tyłek, żandarmie — stwierdził z beztroską Papuga. Minął drugie łóżko i podszedł do kolejnego mebla, którego Ren nie mógł dostrzec ze swojej pozycji. Podniósł coś, po czym siadł koło blondyna na łóżku i podał mu ramkę z jakimś zdjęciem.

Jedna z dwóch dziewczyn na zdjęciu w jakimś stopniu przypominała Yunę, to mógł stwierdzić z całą pewnością. Ciemne włosy ściągnięte w wysoki kucyk i chłodny wyraz twarzy. Drugiej panny za to Ren nie mógł rozpoznać. Jasne włosy kaskadą spływały na ramiona, bystre oczy wpatrywały się w obiektyw, a na ustach kwitł delikatny uśmiech.

— Ta druga dziewczyna — rzucił jakby od niechcenia Jim McCartney — to moja siostrzenica, przyjaciółka Yuny. Zmarła jedenaście lat temu.

Renowi głos uwiązł w gardle. Był święcie przekonany, że Yunie nigdy na niczym i na nikim na zależało. Tak przynajmniej wmawiała mu głowa rodziny Asahina.

— Zdziwiony? Pozostaje jedynie pytanie, co jeszcze ci jakże cudowny kapitan naopowiadał. Jak daleko posunął się tym razem? No cóż, nie masz większego wyboru, jak tylko siedzieć grzecznie i słuchać, młodzieńcze — zauważył, drapiąc się po karku. — Najwyższa pora na to, żeby ktoś cię uświadomił, że twoją zemstą była obdarzona nie do końca właściwa osoba.

Ren już chciał zaprotestować. Przecież na własne oczy widział śmierć swojej siostry i nikt nie mógł mu wmówić, że stało się inaczej. Jim jednak był zbyt poważny, by móc mówić o jakimś wyjątkowo kiepskim żarcie.

— Asahina Satoru, wysyłając was przeciwko Yunci, wiedział, że nie wyjdziecie z tego cało. Innymi słowy, skazał ją na pewną śmierć.

McCartney się nie patyczkował. Owszem, trudno mu było zaakceptować, że jedyna pamiątka po jego ukochanej siostrzenicy już na zawsze znikła z tego świata. Owszem, wiedział, że Yuna nie chciałaby uświadomić młodszego i jak niedoświadczonego kuzyna, kto tak naprawdę był winny całej tej farsy. Ale czuł, że tego właśnie chciałaby Jane.

— Osobiście nie dbam o to, czy uwierzysz mi, czy będziesz nadal żył w iluzji, jaką stworzył kapitan — ostatnie słowo niemalże wypluł — ale wiem, że tak należy.

Słuchając wypowiedzi mężczyzny, Ren czuł, że robiło mu się coraz słabiej. Wuj celowo wystawił na śmierć Rei? W imię czego? W imię sprawiedliwości?

— Asahina Satoru zamordował swoją żonę, matkę Yuny — ciągnął dalej.

Przecież ciocia Yuriko zaginęła. Tak mówił Satoru! Tak mówił dowódca Nile!

— Kłamstwo! — wybuchnął młodzieniec.

— Nie musisz mi wierzyć — przypomniał rozmówca — ale gdybyś zapytał Yuny, zanim rzuciłeś się na nią z mieczem, może teraz to ona by ci o tym mówiła.

— To w takim razie dlaczego nie wyszło to na jaw wcześniej? — zszedł już trochę z tonu, ale nadal się w nim gotowało. Jim pokręcił tylko z dezaprobata głową.

— Yuna była tylko małym dzieckiem. Komu ludzie uwierzą: kapitanowi i głowie rodu czy bachorowi z wybujałą wyobraźnią? — Ren nie zareagował. — Właśnie. Obaj znamy odpowiedź na to pytanie.

— I to dlatego tak bardzo pragnęła zabić ojca? — zapytał cicho blondyn.

— Asahinowie nigdy nie zostawiali niedokończonych spraw — wyjaśnił krótko. — Jeśli Yuna nie zdecydowałaby zaatakować pierwsza, prawdopodobnie zaraz sama gryzłaby piach. A Satoru nadal by szczęśliwie biegał i spełniał swoje wizje. Nie chcę bronić w ten sposób Yuny, po prostu przekazuję fakty.

Zamilkli obaj.

Co za absurd? Więc to wuj cały czas był tym złym, a Yuna…

Nie. Oni oboje byli tymi złymi. Tylko tymi złymi po różnych stronach barykad.

— A gdzie jest sprawiedliwość…? — zapytał cicho Ren.

Jim podrapał się po głowie, myśląc, co w takiej sytuacji powiedziałaby Yuna.

— Ten świat będzie się kręcił bez sprawiedliwości.

*****


— Zwiadowcy pewnie już wiedzą. To kwestia czasu, jak wpadnie tutaj wkurwiony niereformowalny skurwiel — zauważył Jim, wypalając fajkę. Nie zwracał uwagi na krztuszącego się dymem młodzieńca.

Ren tylko skinął głową.

— Podjąłeś jakąś decyzję? Co teraz zrobisz?

Ren spojrzał znacząco na długie łóżko.

— Chcę poznać prawdę. Potem zdecyduję.

Głos dzieciaka się zmienił, musiał przyznać. Nie drżał.

— A tę mogą znać tylko osoby, które o Yunie wiedziały najwięcej — dodał po chwili.

Najpierw wrogowie, teraz sojusznicy.

Ten świat rzeczywiście kręci się bez sprawiedliwości.

****************************************
Rozdział 27: "Starszy kapral, młodszy kapral"
****************************************


Levi musiał przyznać, że niezbyt miał ochotę wyściubiać nos z bezpiecznego schronienia i wystawiać się na ostrzał kręcącym się wszędzie żandarmom. Ale cóż, Irvin kazał załatwić sprawę z Yuną, więc niezbyt chętnie ruszył swoje zwiadowcze cztery litery i przyjechał do Zickeberg. Poza tym było jeszcze coś, co nie pozwoliło zignorować rozkazu.

Satysfakcja z możliwości wpierdolenia nieposłusznej terrorystce.

Ale w życiu nie przypuszczał, że żeby móc skorzystać z tej niezaprzeczalnie niebywałej przyjemności spotka na swojej drodze bandę rozwrzeszczanych bachorów, cholerującą otyłą staruchę i dziada, który nie przedstawiwszy się nawet, zawlókł go do wyjątkowo schludnego pokoju — definitywnie zbyt czystego na bałaganiarę, jaką była Asahina Yuna.

Wpadł, rozeźlony, mierząc pomieszczenie spojrzeniem w poszukiwaniu roztrzepanych brązowych włosów i niepokornego, kpiącego uśmieszku, ale przywitały go wyjątkowo starannie zaczesane blond włosy i aż za poważny wyraz twarzy. Posiadacz owych cech charakterystycznych stał z założonymi rękami i podpierał ścianę.

Starszy mężczyzna wszedł spokojnie do pomieszczenia i zamknął drzwi na klucz. Wyminął lekko poirytowanego młodszego kaprala i mijając łóżko, gdzie nadal pod prześcieradłem leżały zwłoki, podszedł do biurka.

— A gdzie ta kurwa? — wyrzucił w końcu z siebie Levi. — I kim jest ten szczyl? — Przeniósł spojrzenie na blondyna.

— Asahina Ren, nie szczyl — szepnął ledwie słyszalnie. A więc to ten cały Levi, którym tak Yuna się zachwycała, pomyślał. No dobrze, może akurat o zachwycie nie można zbytnio mówić, ale na pewno o swoistym zainteresowaniu, co i tak w wypadku terrorystki było cudem.

Wyczuwając narastające napięcie, Jim zaśmiał się pod nosem.

— No, już, panowie. Proszę tak na siebie nie patrzeć, bo siostrze rozniesiecie chałupę. A przecież nie to jest celem naszego spotkania. Chyba — dodał po chwili wahania.

— Raczej — zgodził się oschle Ren, usilnie wpatrując się w nakryte prześcieradłem łóżko.

— Jeśli oddacie mi tę gówniarę i będę mógł ją zawlec do Trostu, już nigdy nie zobaczycie mnie na oczy, więc radzę nie kryć terrorystki — obiecał Levi, będąc całkowicie przekonanym o słuszności swojej racji.

Jim nie mógł powstrzymać kolejnego uśmiechu.

— Panie młodszy kapralu Levi — specjalnie podkreślił jego stopień wojskowy — powinien już się pan dawno domyślić, dlaczego Yuna nie wypadła z domu na wieść o pańskiej wizycie i pokornie nie oddała się wysłannikowi dowódcy, tylko zaprowadziłem pana do tego pokoju. I nie rozumiem, dlaczego nie dociera do pana, że Yuna też jest w tym pokoju.

Zaraz… Asahina? W tym pokoju. No tak, jeden Asahina tutaj był. Chwila… skoro ten dzieciak to też Asahina, to pewnie miał coś wspólnego z ojcem terrorystki. Właśnie, a co z nim?

Spoważniał, podszedł do łóżka i zacisnął dłoń na prześcieradle.

— Może tak dla niej będzie lepiej — rzucił jakby do siebie McCartney.

Levi zdecydowanym ruchem dłoni zdjął prześcieradło z łóżka. Jego oczom ukazała się całkowicie blada, nieruchoma już i całkowicie naga sylwetka Asahiny Yuny. Ciało znaczone wieloma bliznami było dokładnie obmyte i wyczyszczone z krwi — w sumie tylko szramy świadczyły o tym, że za życia walczyła do ostatniego tchu. Kości lewej ręki i nogi były powykrzywiane w dziwnych kierunkach, rozcięcie na powiece przypominało o misji w Stohess.

Miał przeczucie, że to tylko głupi żart i klatka piersiowa kobiety za chwilę lekko się uniesie i Yuna zaraz się zaśmieje, i powie, że znów dał się nabrać jak sześć lat temu. Ale nie stało się tak ani pięć minut później, ani dziesięć, ani dwadzieścia.

Asahina Yuna umarła. Tym razem na zawsze.

— Przykro mi. Niestety, muszę przyznać, nie jestem cudotwórcą pokroju doktora Grishy Yeagera i nie potrafię przywrócić trupów do życia — przerwał milczenie Papuga. — Już się pan napatrzył, młodszy kapralu? Więc proszę przykryć trupa i lecieć zameldować swoim podwładnym, że pieprzona terrorystka, która chociaż zdecydowała się walczyć w Troście, zanim się zorganizowaliście, a potem niemalże zakatowaliście na śmierć, w końcu zaczęła wąchać kwiatki od spodu — stwierdził pełnym pogardy dla wojska tonem. — Najpierw odebraliście mi siostrzenicę, potem spuściznę po niej. To stanowczo nie jest sprawiedliwy układ.

Levi otrząsnął się z otępienia i przykrył zwłoki Yuny. Może i jej nienawidził. Może i ją potępiał za podjęte w życiu decyzje. Może i byli, on i starsza Asahina, w cholerę do siebie podobni. Ale nikt przecież nie będzie go rozliczał ze swoich przewinień! A na pewno nie facet, którego pierwszy raz widział na oczy i który zdawał się wiedzieć więcej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

— Już nie przesadzaj — westchnął Ren, masując skronie. Widok trupa Yuny sprawił, że trochę zakręciło mu się w głowie. — Wszyscy wiemy, że to Żandarmeria i Stacjonarka przesłuchiwali Yunę. Nie musisz już zrzucać całej odpowiedzialności na Zwiadowców.

— Byłeś przy tym, kiedy umierała, szczylu? — zapytał niespodziewanie Levi, odwracając się przodem do żandarma.

— Byłem — potwierdził powoli. — Ale powiem wszystko pod warunkiem, że i pan mi odpowie na parę pytań, młodszy kapralu Levi.

— Co chcesz ode mnie wiedzieć? — Levi zmierzył go podejrzliwym wzrokiem.

— Proszę mi powiedzieć wszystko o Asahinie Yunie, co pan wie.

Jim uśmiechnął się pod nosem, patrząc na skonsternowanego zwiadowcę. Pewnie nie spodziewał się takiego nietypowego żądania i mógł odmówić, stwierdził w myślach. W sumie to byłoby najrozsądniejszym rozwiązaniem. Kto chciałby opowiadać o babie pokroju Yuny nowo poznanemu gówniarzowi? Chyba tylko idiota. Ale Papuga wiedział też, że najsilniejszego żołnierza ludzkości męczyła najzwyczajniejsza w świecie ciekawość.

— Niech będzie — odpowiedział po chwili Levi, rozpatrzywszy wszystkie za i przeciw. Trudno, najwyżej Irvin się wkurzy.

Po raz pierwszy od przybycia kaprala Ren uśmiechnął się pod nosem. Więc nawet najsilniejszy żołnierz ludzkości mógł być skuszony jak zwykły człowiek?

Zupełnie jak Yuna.

— „Pomściłam ich, niereformowalny skurwielu. Teraz możesz…” — zacytował, przywołując w pamięci scenę śmierci Asahiny. — To jej ostatnie słowa.

Od razu na myśl przyszło Leviemu ich niefortunne, ostatnie spotkanie. Więc dopięła w końcu swego? Załatwiła wszystkie swoje sprawy? Teraz już mógł…

— „…mnie zabić.” — dokończył za niego Jim, wtrącając się w dyskusję. — Nie wiem, czy wiedział pan, młodszy kapralu, ale jednym z ukrytych pragnień Yuny było zginąć na pana rękach. Jak sześć lat temu — szybko wyjaśnił znaczenie ostatnich słów terrorystki.

— Myślałem, że Yuna chciała pomścić tylko swoją matkę… Kogoś jeszcze? — zapytał Ren Papugę.

Levi zaczął dokładnie analizować każde słowo Yuny, jakie zapadło mu w pamięci i każdą jej reakcję na otrzymywane informacje. I kiedy umarł jej kuzyn, Luca…

— Nie — odpowiedział za starszego mężczyznę — to nie tak. Asahina Yuna pomściła wszystkie… — tutaj szukał odpowiedniego słowa — ofiary swojego ojca. Asahinę Yuriko. Asahinę Lucę. I pewnie szereg innych ludzi, którymi stary skurwiel manipulował.

— Właśnie tak, młody — zwrócił się do Rena. — Mówiłem ci. Twoja siostrzyczka i ty zostaliście wplątani w tę niebezpieczną grę. Ale i złoczyńcy, i mściciela już nie ma na tym świecie. Wiesz, co to znaczy? Że wuj, za którego byłeś w stanie oddać życie, tak naprawdę miał cię za nic, a za tobą opowiedziała się kobieta, która wybiła ci rodzinę. No, chyba tak to mogę ująć. I tak, uprzedzając twoje pytanie — dodał, widząc, że chłopak otwiera już usta — sugeruję, że Asahina Rei zginęła przez Asahinę Satoru. To była jego wina. Yuna trzymała tylko rewolwer. Spust nacisnął jej ojciec.

— Co racja, to racja — mruknął Levi — jeżeli stary Asahina się bawił tobą i twoją siostrą w Stohess, to pewnie już wtedy spisał was na straty — potwierdził. — Taki typ człowieka.

Renowi zrobiło się słabo. Yuna i bycie mścicielem? Nie… to zbyt nierealne.

— Ale Yuna też święta nie była. Pieprzona terrorystka… — zaklął Levi. — Zawsze rozwiązywała problemy siłą, a kiedy przychodziło co do czego, to słowa nie potrafiła wykrztusić.

— Tutaj muszę się zgodzić. Chociaż nigdy Irvin Smith nie miał oporów, by tę brutalną siłę wykorzystywać — zauważył trafnie Jim.

— Miał prawo korzystać ze swojej własności — wyjaśnił Levi.

— Ale i dziesięć, i osiem, i sześć lat temu Yuna była wolnym człowiekiem. Może trochę zagubionym, może zgorzkniałym, niedoświadczonym, oschłym i cynicznym, ale nadal człowiekiem niezależnym od upodobań Oddziału i niezdanym na jego łaskę — zaprotestował szybko Jim. — Dobrze, możesz nie wiedzieć, co się działo wcześniej, bo zostałeś zrekrutowany do Oddziału już u schyłku właściwej kariery wojskowej Yunci. Ale nie przeinaczaj faktów. Ratowanie twojej skóry było jej decyzją, nie Smitha czy jakiegokolwiek innego oficera.

Miał facet rację, przyznał Levi w duchu. Widocznie kiedyś była inna.

— No dobrze, wracając do tematu… Ren, kontynuuj. Jak Yuncia umarła? Pewnie kolega Levi zaraz napisze szczegółowy raport ze zdarzenia, więc powinien mieć jak najbardziej rzetelne informacje.

Młodszy kapral miał ochotę przywalić McCartneyowi, ale się w ostatniej chwili powstrzymał. Nie powinno się bić starszych cywilów. Przynajmniej jeśli mogli okazać się przydatni.

Ren przełknął ślinę.

— W ostatnich swoich chwilach — ponownie zaczął sprawozdanie, starając się opanować drżenie głosu — wyciągnęła dłoń ku niebu i chyba coś widziała. Ach, i mógłbym przysiąc, że gdy potwierdziłem, że zabiła wuja — tutaj znów przerwał na chwilę — szczerze się zaśmiała.

Leviemu przed oczami stanęła scena sprzed sześciu lat. Może tym razem Yuna wyglądała ponownie. Ale nie płakała. Tak przynajmniej stwierdził dzieciak.

— Walczyła do ostatniej chwili. Nawet wysadziła ruiny — kontynuował szczyl, zaciskając dłoń w pięść. Przypomniał sobie swoją bezsilność. Ile by dał, żeby wtedy być silniejszym i sam zabić Yunę? By móc się pochwalić, że pomścił siostrę? Ale może, gdyby usłyszał o wuju to, co teraz, miałby jeszcze większe wyrzuty sumienia? To wtedy skierowałby miecz przeciwko starszemu Asahinie?

Nie potrafisz zabijać, odezwał się złośliwy głos w głowie Rena. Po prostu nie potrafisz zabijać, rozpieszczony bachorze. Chciałeś zostać bohaterem, a nawet teraz ci dwaj faceci cię gnoją. A potrzebują tylko dlatego, bo wiesz trochę więcej na jeden temat niż oni obaj razem wzięci.

— Chyba się wykrwawiła. Nie wiem, nie jestem w stanie stwierdzić. Ale na to wyglądało.

W sumie nie wiedział, co mógł więcej powiedzieć mężczyznom. Może wspomnieć o specyficznej zabawie w chowanego? Może o swojej kompromitującej porażce?

— Yuna stanęła do tej walki, wiedząc, że najprawdopodobniej nie wygra. — Z opresji wybawił go Papuga. — Z tak wyniszczonym ciałem nie powinna nawet brać do ręki miecza. Pomyślmy, czyja to zasługa — wyjaśnił z wyrzutem.

— Ty… kim w ogóle jesteś? — zapytał podejrzliwie Levi. Wcześniej zbyt był zajęty Yuną, by zwrócić uwagę na starszego mężczyznę.

— Jim McCartney, lekarz — przedstawił się krótko.

McCartney? To nazwisko brzmiało aż zbyt znajomo… A, przypomniał sobie Levi. Papiery Yuny. Jane McCartney była poprzednim dowódcą Asahiny Yuny, jeszcze przed Irvinem Smithem.

— Asahina wspominała — przyznał Levi. — To ty jesteś tym pierdolniętym wujkiem, co miał świra na jej punkcie.

Jim zaśmiał się.

— O tobie też wspominała — przyznał. — Nie omieszkała wspomnieć o twojej wyjątkowości. I tym, jak ją niemiłosiernie wkurwiałeś, panie niereformowalny skurwielu.

Ren uśmiechnął się sam do siebie. Może Yuna nie była aż taka zła? Może po prostu zgubiła się i nie potrafiła wrócić na właściwą drogę? Może powinien spróbować, no, przynajmniej spróbować wybaczyć?

Nie. To przecież absurd.

Nikt nie żąda od niego przebaczenia.

— A ty, młody, co chcesz wiedzieć o Yunie?

Ren przygryzł wargę.

Nie było już dla niego miejsca pośród Asahinów, nie mógłby teraz przejąć obowiązków wuja. Nie po tym, czego dowiedział się od Leviego i Papugi. A musiał coś robić ze swoim życiem. Dla Rei.

— Wszystko. Jak wyglądał jej dzień, obowiązki, praca. Jakie stosunki miała z innymi żołnierzami. Jak ją traktowano. Jakim człowiekiem była — odpowiedział po chwili namysłu.

— Ej, ej, młody, nie zagalopowujesz się? Wiesz, jak to zabrzmiało? — zapytał zdziwiony Papuga.

— Jak deklaracja wstąpienia do Oddziału Zwiadowców — potwierdził.

— Tonący brzytwy się trzyma. Nie masz, co zrobić ze swoim życiem, prawda?

Ren powoli skinął głową.

*****


Levi z niechęcią otworzył drzwi, nawet nie patrząc na młodego.

Asahina Ren nie był ani trochę podobny do terrorystki. Może miał trochę tej Asahinowej upartości, zmienności i gwałtowności, ale nie przypominał Yuny lub jej ojca. Chociaż też go skrzywdzono, może nawet bardziej niż Świstaka. Nie dusił w sobie nienawiści, po prostu pozwalał jej ulecieć wraz ze śmiercią ostatnich przedstawicieli głównej gałęzi rodu.

Ale że był takim samobójcą, żeby wytrwać w postanowieniu dołączenia do Zwiadowców? Levi żałował, że nie widział bezcennej miny Nile’a, kiedy Ren składał podanie o przeniesienie, ba, kiedy chłopak próbował mu umotywować swoją decyzję.

Z zamyślenia wyrwał go głośny atak kaszlu chłopaka. A, pewnie to poczuł. Gabinet Asahiny Yuny zawsze cuchnął fajkami. Na podłodze nadal walały się papiery i puste paczki po papierosach. Biurko zniknęło pod stertą dokumentów do przeczytania i wypełnienia. Na krześle leżał zwinięty niedbale koc, na oparciu wisiał wymięty mundur. Nikt nie zadbał o to, by po śmierci starszego kaprala posprzątać.

Syf. Totalny syf.

— Co to jest? — jęknął blondyn, zasłaniając twarz płaszczem.

— Gabinet pieprzonej terrorystki.

Asahina Yuna umarła. Bez pozwolenia, bez rozkazu. I zostawiła po sobie syf, który on, Levi, najprawdopodobniej będzie musiał posprzątać.

****************************************
Epilog: "Wola chryzantem"
****************************************


Piekło nie powinno było mieć zapachu chryzantem.

Bezwolne duchy bez marzeń, bez ambicji, bez celów do zrealizowania z definicji powinny gnić, cierpieć wiecznie. Grzesznicy nie mogli znaleźć po śmierci ulgi. Nie powinni wpatrywać się w białą przestrzeń, mając przy sobie najdroższą resztkom serca osobę.

— Znów o czymś myślisz, kochanie?

Poczuła dotyk zadbanej dłoni na jeszcze niezagojonej bliźnie na pokiereszowanym ramieniu. Szatynka syknęła cicho, kiedy Jane okrutnie wbiła paznokcie w jej bladą skórę.

— Ej, nie pozwalaj sobie — rzuciła ostrzegawczo, mierząc blondynkę wzrokiem. Ta, widząc poważną twarz ulubionej podopiecznej, roześmiała się szczerze.

— Uroiłaś sobie w tej swojej mądrej główce, że jesteś jeszcze w stanie odczuwać ból. Jakaś ty głupiutka i naiwna, Yunuś.

W niebieskich oczach Jane szalał sztorm — Asahina musiała przyznać, że takiego sztormu nie widziała nigdy w życiu. Owszem, McCarntney za życia bywała gwałtowna, ale nigdy nie aż tak bardzo.

— To miejsce — kontynuowała, objąwszy terrorystkę w talii i przyciągnęła ją do siebie — obdziera ze wszystkich masek. Piekło. Dla nas, aktorów, ukrywających całe życie swoją prawdziwą twarz, to prawdziwe piekło.

— Już chyba wolałabym całą wieczność smażyć się w ogniu — przyznała nieco sarkastycznie Yuna.

— Nie chciałabyś, uwierz. — Jane przyłożyła swoje czoło do czoła Asahiny. — Tutaj przynajmniej możesz być chociaż trochę szczęśliwa.

— Leżąc naga wśród tych chwastów? Raczej nie — odparowała zgryźliwie, wywołując kolejny atak śmiechu u Jane.

— Mówiłam o spędzeniu czasu ze mną. Mamy dla siebie całą wieczność — wyjaśniła jak małemu dziecku. — A może ode mnie wolisz tego knypka, jak mu tam… A, młodszy kapral Levi.

— Niereformowalny skurwiel — poprawiła szybko Yuna z niepokornym uśmiechem na twarzy.

— Rany, ty mu chyba już nigdy nie odpuścisz — rzuciła Jane przekornie.

— Nie rozumiem, dlaczego miałabym. Gówniarz sobie na za dużo pozwolił — stwierdziła, jakby to była najnormalniejsza rzecz w świecie.

— Jak ja kocham tę twoją szczerość. Miałam rację. Jesteś najbardziej interesująca z tych wszystkich skazanych z góry na śmierć trupów.

Piekło miało intensywny zapach chryzantem porastających barwione na czerwono łąki. Założyła, że krew jej ofiar. Krew Rei. Krew ojca. Krew wszystkich żołnierzy, którzy zginęli przez nierozsądne rozkazy. Krew cywili i żołnierzy, których zabiła w swojej karierze terrorystki.

Ale ta krew nie była w stanie dotknąć opalonego ciała Jane i pociętego bliznami ciała Yuny.

— Yuna?

— Hm? — mruknęła.

— Kocham cię — wyznała nieoczekiwania blondynka.

— To wiem. Zapewniałaś mnie chyba z tysiąc razy. — Yuna przewróciła znacząco okiem.

— Nie, teraz mnie źle rozumiesz. Chyba się w tobie zakochałam — sprostowała szybko. Yuna drgnęła. Co…? Może te chryzantemy zadziałały na przyjaciółkę jak narkotyki i najzwyczajniej w świecie dostała pierdolca.

Poderwała się i odsunęła od blondynki. McCartney także dźwignęła się do siadu i spojrzała na Asahinę wyrozumiale.

— Żartujesz sobie — zdziwiła się starszy kapral.

Jenny pokręciła głową, uśmiechając się smutno.

— Ale i tak zostaniemy tylko przyjaciółkami — zadecydowała. — Po prostu musiałam ci to powiedzieć.

— Mhm — mruknęła Yuna opierając łokieć o kolano.

Jane milczała przez chwilę.

— To może skoro ja się zdobyłam na odwagę, by zdradzić ci jeden z moich sekretów, może zrewanżujesz się tym samym?

— W sumie czemu nie? Nie mam już nic do stracenia. — Szatynka wzruszyła ramionami.

McCartney uśmiechnęła w ten swój przekorny sposób.

— Twoje ciało… widziałam, jak ręce ci drżały. Widziałam, jak desperacko próbowałaś uniknąć śmierci, ba, mogłaś to zrobić bez odstawiania szopki z ucieczką z Oddziału Zwiadowców. Mogłaś zemścić się na ojcu za pomocą Irvina Smitha. Więc dlaczego…?

Mogła się spodziewać, że właśnie o to Jane zapyta. Nie dlatego, że nie znała odpowiedzi. Po prostu chciała usłyszeć, jak ta niepokorna pani kapral przyznaje się do swojej słabości. Yuna uśmiechnęła się z pogardą dla samej siebie.

— Tak, Jane. Chciałam to zakończyć własnymi rękami, nie wykorzystując już innych. Co ważniejsze, nie chciałam upodobnić się do tego sukinsyna. Głupia ambicja.

— Zapaliłabyś pewnie teraz, co?

— No — przyznała chętnie Yuna. — Jak cholera.

— Swoją drogą, chyba będziemy miały gościa — zapowiedziała po chwili, czując zbliżający się powiew wiatru.

Nadszedł znikąd, szarpiąc chryzantemami i włosami obu kobiet.

A pośród kwiatów zjawił się on.

— Ja… umarłem…? — zapytał trochę zdezorientowany.

Młodszy kapral Levi wyglądał zupełnie tak, jak go Yuna zapamiętała. Śmiesznie ułożone czarne włosy, chłodny wzrok. Może tylko nie wiedziała, że jego ciało znaczy aż tyle blizn. Może nawet więcej niż jej.

Jane uśmiechnęła się ciepło, odgarniając włosy z czoła.

— Witamy w piekle o zapachu chryzantem. Otrzymał pan bilet w jedną stronę na uwolnienie pozostałości swojej duszy. Cóż, nie ma pan innego wyboru, jak tylko cieszyć się wiecznością w naszym jakże dobranym towarzystwie! — oświadczyła blondynka, jakby była to najnormalniejsza rzecz na świecie, jednak w jej głosie wyczuł lekką gorycz.

Co gorsza…

Była tutaj Asahina Yuna.

— O kurwa — wyrwało się i jej, i jemu.

Dodano: 06.07.2013



comments powered by Disqus

↑do góry
↑do góry
Szybki dostęp: kolejność oglądania, pierwsza seria, druga seria, trzecia seria, odcinki specjalne, teatrzyk obrazkowy, filmy kinowe, bez żalu, gimnazjum tytanów, openingi, endingi.
Podobne anime: Bleach, Black Clover, Fairy Tail, Gintama, HunterxHunter, Naruto, One Piece.
Strona wykorzystuje pliki cookies potocznie zwane ciasteczkami. Korzystając ze strony, zgadzasz się na ich udostępnianie. Można również zablokować ciasteczka w ustawieniach przeglądarki.
Na stronie nie są przechowywane żadne pliki wideo, strona archiwizuje jedynie ogólnodostępne linki do serwisów wideo, których użytkownicy potwierdzili legalność zamieszczonych materiałów.